Recenzja horroru

Horror Parasite

Parasite (Pasożyt)

Tytuł oryginalny:

Parasite

Reżyseria:

Charles Band

Scenariusz:

Alan J. Adler, Michael Shode, Frank Levering

Obsada:

Robert Glaudini, Demi Moore, Luca Bercovici, James Davidson, Al Fann

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1982

Czas trwania:

87 min.

Oślizgła istota przypominająca gigantyczną pijawkę namiętnie rozsmakowuje się w ludzkim ciele przyprawiając o mdłości mieszkańców zapomnianej przez czas osady. Niestety widzom nie będzie dane zwrócić posiłku w trakcie seansu, niskobudżetowa produkcja jaką jest "Pasożyt" nie serwuje wrażeń zdolnych sprowokować takie reakcje. Nudnawe połączenie filmu post-apocalypse z horrorem, które zdecydowanie nie należy do szczytowych osiągnięć Charlesa Banda, człowieka odpowiedzialnego za powstanie legendarnej wytwórni Full Moon Pictures.

Świat jaki znamy dawno przestał już istnieć, nikt nawet nie wspomina o koszmarze, który był za to odpowiedzialny. Jedynie sklepikarz spragniony towarzystwa napomina o nim, gdy tłumaczy się ze swej blizny na policzku. Woda i jedzenie są praktycznie dostępne tylko w puszkach, a pieniądze nadają się wyłącznie do tapetowania ścian. Niestety naszej doświadczonej przeciwnościami losu planecie grozi kolejny horror. Doktor Paul Dean zarażony stworzonym przez siebie pasożytem, trafia do otoczonej jałowym krajobrazem mieściny by wynaleźć serum zdolne ocalić mu życie. W specjalnym pojemniku przechowuje jedyny dojrzały okaz potworka, licząc na to, że nakieruje go na właściwy tok badań. Jednakże młodociany gang terroryzujący okolicę siłą wchodzi w posiadanie naczynia uwalniając drzemiącą w nim bestię. Jeśli dojdzie do rozmnożenia, Ziemia spłynie posoką milionów niewinnych istnień.

"Pasożyt" podobnie jak "Piątek 13-go III" i "Amityville 3", był pierwotnie wyświetlany w systemie 3D. Głównie z myślą o tym by spotęgować ekstremalne wrażenia jakim widz miał być poddawany w czasie seansu. Niestety na próżno doszukiwać się takich wrażeń w obrazie Banda. Wszak kilka interesujących ujęć raczy nasze złaknione morderczych przeżyć oczy, jednak nic ponad to. Fabuła rozpaczliwie kuleje, a dziury w logice wielkości kul armatnich wcale jej nie pomagają. Nie będę oryginalny, aktorstwa też się przyczepię. Dobijające, z łaski wykonywane ruchy, twarze stale wyrażające te same uczucia i standardowe teksty jakimi obrzucają się postacie, pogrążają ów horror w bezkresnej beznadziei. Robert Glaudini, widziany później w katastrofalnym "Cutting Class", Luca Bercovici pamiętany z "Frightmare" i oczywiście Demi Moore, która uwierzcie mi, nawet się nie rozebrała (pewnie producenci uznali, że w 3D kiepsko wygląda), mogą swobodnie podać sobie dłonie z obsadą żenującego "Goodnight, God Bless". Ze swego zadania zadowalająco wywiązał się jedynie tytułowy pasożyt, wyglądający niczym olbrzymie połączenie "pijawy" z kijanką, daleki krewny "Diabelskiego nasienia". Imponujący sznur ociekających śliną ząbków jakimi dysponuje monstrum szczególnie ciekawie wygląda w scenach gdy wyrywa się z brzucha i głowy. Sceptycznie nastawieni do niskobudżetowego kina widzowie mogliby go określić mianem "Obcego dla ubogich", nie zmienia to jednak faktu, że te ewidentnie przygotowane pod efekt 3D sekwencje, robią piorunujące wrażenie. Charakteryzacja, mimo, iż swym poziomem określa granicę budżetu, co wyraźnie widać na ekranie, jest najmocniejszą stroną "Pasożyta". Pokaźny, pulsujący pęcherz na brzuchu głównego bohatera, maszkara wgryzająca się w klatkę piersiową młodego mężczyzny czy też błyskawiczne odcięcie dłoni, pozwalają przebrnąć do końca z nadzieją, że coś nas jeszcze zaskoczy. Cóż, zdarza się kilka niespodzianek, lecz nie są one w stanie dźwignąć tego ociężałego "dzieła" na tyle by zakończyć seans z uczuciem zadowolenia.

Zapowiadało się ciekawie, nieco psychodeliczny wstęp do dalszych wydarzeń, poprzedzający czołówkę, pozwalał przypuszczać, iż to co za chwilę ujrzę będzie mi dane, ku memu przerażeniu, śnić po nocach. Niestety tak się nie stało, widać Charles Band, twórca "Crash!" z 1977, "Trancers" i "Meridian", syn Alberta Banda, który wyreżyserował w 1958 roku słynne "I Bury the Living", skupił się wyłącznie na efektach charakteryzatorskich, pozostawiając fabułę samej sobie. Całość katuje dodatkowo muzyka Richarda Banda, brata Charlesa, naczelnego kompozytora Full Moon Pictures ("Puppet Master", "Castle Freak"), której daleko do utworów jakie stworzył w dalszej karierze ("Re-Animator"). Pozbawiona suspensu, okazjonalnie mrożąca krew w żyłach i to bardziej z obrzydzenia niż strachu, historia, może się dać strawić jedynie starym wyjadaczom, buszującym w oceanie obskurnych tytułów. Widz skupiony na klasyce podda się zapewne w połowie filmu, rezygnując tym samym z najciekawszego, z pasożyta, będącego jedynym argumentem dla, którego warto mieć ten horror obejrzanym.

Ocena: 2/6

Autor: Lobo