Recenzja horroru

Paranormal Activity (Paranormal Activity)
Tytuł oryginalny:
Paranormal Activity
Reżyseria:
Oren Peli
Scenariusz:
Oren Peli
Obsada:
Katie Featherston, Micah Sloat, Mark Fredrichs, Ashley Palmer
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2007
Czas trwania:
86 minut
Kolejki fanów przed kinami w oczekiwaniu na seans, przerażony Steven Spielberg zamykający się w pokoju po zakończeniu seansu, detronizacja szóstej części "Piły" na amerykańskiej liście "box-office" w okresie Halloween, kilkadziesiąt milionów dolarów zysku zaledwie po kilku tygodniach obecności przy bardzo wąskiej dystrybucji – lista fenomenów towarzyszących pojawieniu się "Paranormal Activity" jest doprawdy zdumiewająca, czy może jak przystało na tytuł filmu, paranormalna. Trzeba jednak kiedyś skonfrontować faktyczną zawartość tak głośnego filmu z wyolbrzymioną i rozdmuchaną akcją marketingową, zestawić wszystkie te historie z rzeczywistością, zobaczyć co tak przeraziło całą Amerykę w 2009 r. Na ile sztuczki reklamowe mające przyciągnąć do kina rzesze widzów to jedynie chęć zwiększenia zainteresowania dobrym filmem, a na ile to tylko próba przepchnięcia obrazu, który musi się wspomagać takimi zabiegami by faktycznie zaistnieć w świecie horroru.
Dwójka młodych ludzi, Katie i Micah, wprowadza się do nowego domostwa. Wkrótce para zaczyna słyszeć w nocy dziwne, niepokojące dźwięki. Podejrzewają, że dom może być nawiedzony, a ich samych nęka tajemnicza, złowroga siła. Aby przekonać się co tak naprawdę się dzieje pozostawiają na noc włączoną kamerę w pokoju.
Trudno podejść do oceniania "Paranormal…" bez pisania czegokolwiek na temat szeroko zakrojonej kampanii promocyjnej dotyczącej filmu. Sam się jej poddałem, zamawiając seans za pośrednictwem specjalnie do tego wyznaczonej strony internetowej, choć zrobiłem to z pełną premedytacją. O ile mogło to mieć znaczenie w Stanach, gdzie wyświetlano film w niewielkiej liczbie kin, ciężko uwierzyć by miało to przełożenie na warunki polskie. Cokolwiek by o tym nie sądzić i jakakolwiek nie byłaby prawda, ta cała paranormalna marketingowa nadaktywność nie jest jednak w stanie przykryć dużych niedoskonałości filmu Orana Peli. Pojawiają się one niemalże na wszystkich poziomach, zarówno na płaszczyźnie fabularnej, jak i realizacyjnej, choć w tym drugim przypadku sprawa ma się nieco lepiej. Chciałbym napisać, że historia jest świeża i mogła czymś zaskoczyć widza, nawet tego spoza gatunkowego kręgu. Jednak motyw groźnego ducha nawiedzającego domostwo znany jest właściwie każdemu, a lista horrorów podejmujących ten temat bardzo długa. Tym jednak co wyróżnia "Paranormal…" na tle typowych opowieści o nawiedzeniu jest inny sposób realizacji. Film został wciśnięty w formułę paradokumentu, który przy odpowiedniej prezentacji potrafi nadać obrazowi pożądanej wiarygodności. Co prawda i z tej metody horror wielokrotnie wcześniej korzystał, że wystarczy wspomnieć niedawny majstersztyk "[REC]" (do którego pośrednio nawiązano w kampanii reklamowej wykorzystując identyczny pomysł na trailer) czy powszechnie kojarzony "The Blair Witch Project". Jednak to chyba pierwszy od początku do końca zrealizowany w ten sposób film grozy o duchach/nawiedzonym domu. W "Paranormal…" ta stylistyka wypada jednak raczej średnio i nie zawsze przynosi zadowalające efekty. Owszem, są momenty, w których wywiera pożądany skutek, w szczególności w scenach obrazujących nocne doświadczenia bohaterów lub ich wędrówki po domu przy skąpym oświetleniu. Niekiedy jednak owa forma staje się męcząca, chwilami wyglądając jak urywki z inscenizowanych amatorskich filmików umieszczonych na serwisie youtube. Czasem również, przez niezbyt umiejętne prowadzenie akcji, paradokumentalna wizja paradoksalnie podważa wiarygodność obrazu, a film staje się po prostu więźniem własnej formuły. Trudno mi bowiem dać wiarę, że Micah, który za wszelką cenę chce sfilmować źródło lęków dręczących parę, w niebezpiecznych sytuacjach nie rzuca kamery, by ratować swoją ukochaną, tylko dalej próbuje wszytko uwiecznić na twardym dysku kamery. To zresztą nie jedyne budzące zdziwienie zachowania bohaterów, ale nie ma co się rozpisywać szerzej na ten temat. Bardziej uważna analiza doprowadziłaby zapewne do mało ciekawych wniosków.
Najważniejsze jednak, że w "Paranormal…" zdarzają się niestety poważne zwolnienia akcji, przestoje, sceny zupełnie zbędne, które poniekąd wypełniają jedynie luki pomiędzy kolejnymi tajemniczymi zdarzeniami, które mają miejsce w domu w nocy. Chwilami "Paranormal…" staje się przez to nieco nużący i momentami odczuwałem mimowolne zniecierpliwienie, domagając się w myślach, aby akcja nabrała nieco szybszego tempa. Ciekawie zapowiadał się wątek rozpoczęty wizytą na strychu (inspiracja [REC]?), jednak okazał się jedynie zwykłym wtrąceniem i nie rozwinął fabuły w żaden istotny sposób. A szkoda, bo przydało by się nieco ożywić całą historię i wprowadzić do niej nieco więcej elementów zaskoczenia. Na specjalnym pokazie, na którym byłem kamera rejestrowała zachowania zebranej na sali widowni. Bardzo jestem ciekaw, co udało się uchwycić, gdyż w moim przekonaniu na większości twarzy malowało się rozczarowanie pomieszane z niedowierzaniem, a nie zdziwiłbym się również gdyby udało się kogoś złapać na ziewaniu. To po części również zasługa aktorów pierwszoplanowych, którzy nie nadali swoim postaciom wystarczającej dozy autentyczności i wyrazistości, przez co ich bohaterowie prezentują się przeciętnie i nie budzą specjalnej sympatii. Ale i tak wypadają dużo lepiej od pojawiającego się przez kilka chwil specjalisty od zjawisk nadprzyrodzonych, który za każdym wejściem rozkłada film na łopatki. Wtedy też najlepiej widać sztuczność formy w jakiej nakręcono film.
Kiedy już doczekamy scen kręconych w nocy reżyser przypomina, że mamy do czynienia z horrorem. Niewyjaśnione zdarzenia, które mają miejsce przede wszystkim w sypialni młodej pary, zagadkowe zachowanie jednego z bohaterów czy niektóre działania tajemniczej siły mogą na chwilę przykuć uwagę i wywołać namiastkę grozy, która jednak dość szybko znika wraz z nastaniem dnia. I tu właśnie leży też słabość "Paranormal…". Mając niewątpliwy potencjał, dostrzegając siłę horroru w postrzeganiu grozy w tym czego nie widać i czego nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, reżyser nie potrafi tej sugestii w pełni wykorzystać. Nie jest w stanie długo utrzymać odpowiedniego nastroju, wywołać prawdziwego suspensu, a sceny, które powinny budzić wielkie przerażenie, powodują jedynie mały dreszczyk emocji. Sytuacja polepsza się pod koniec filmu, ostatnie minuty są zdecydowanie najlepszą i najbardziej dynamiczną częścią debiutu Peliego. Szkoda, że samo ostatnie ujęcie jest już jednak bardzo banalne i należy do katalogu tych najbardziej oklepanych rozwiązań gatunkowych (ponoć istnieją alternatywne zakończenia, ale ja póki co widziałem tylko to, które będzie wyświetlane w polskich kinach). Mimo wszystko kilka momentów się udało i nie zgodzę się ze stwierdzeniem Embalmera, który po seansie stwierdził, że jest to tylko "film o stukaniu".
Wiele hałasu o nic. "Paranormal…" nie pomoże ani silnie rozkręcona kampania reklamowa, ani dziesiątki wpisów internautów zapewniających, że to najbardziej przerażający film jaki zdarzyło im się dotychczas obejrzeć. Pomimo całej tej wrzawy, ekscytacji amerykańskiej publiki i wielu niezwykle pochlebnych recenzji, za chwilę niewiele osób będzie o debiucie Peliego pamiętało. Trudno zachować na dłużej w pamięci film, który pomimo specyficznego chwytu realizacyjnego jest zwyczajnym średniakiem. A cały wytworzony wokół niego medialny szum bardziej mu zaszkodził niż pomógł, bo jest, jak dla mnie, horrorem po prostu przereklamowanym. Starając się ocenić "Paranormal…" na chłodno, nie widzę innej możliwości jak postawić mu taką, a nie inną ocenę, z zastrzeżeniem, że gdybym zestawił go z oczekiwaniami rozbudzonymi przez speców od marketingu nota powinna być jeszcze niższa.