Recenzja horroru

Out of Mind: The Stories of H.P. Lovecraft
Tytuł oryginalny:
Out of Mind: The Stories of H.P. Lovecraft
Reżyseria:
Raymond Saint-Jean
Scenariusz:
Raymond Saint-Jean
Obsada:
Christopher Heyerdahl, Art Kitching, Peter Farbridge
Kraj:
Kanada
Rok produkcji:
2008
Czas trwania:
56 minut






"Out of Mind: The Stories of H.P. Lovecraft", luźną adaptację kilku utworów Howarda Philipsa Lovecrafta, wyjątkowo trudno poddać krytycznej ocenie. Przyczyna takiego stanu leży w mozaikowej strukturze kanadyjskiego obrazu. Powoduje ona, iż w istocie ocenić trzeba nie jeden, a przynajmniej cztery filmy, i to o znacznie rozbieżnej jakości i wartości.
Pierwsza z przenikających się płaszczyzn, sam rdzeń filmu, to historia opata na schemacie fabularnym mini powieści "The Case Charles Dexter Ward". Oto młody artysta, Randolph Carter (nazwisko bohatera opowiadań " The Statment of Randolph Carter", "The Silver Key" czy "The Dream Quest of Unknown Kadath" – alter ego samego pisarza) otrzymuje w spadku po swoim wuju (George Angell – tu ukłon w kierunku opowiadania "The Call of Cthulhu") kłopotliwy spadek –"Necronomicon", zdjęcie Lovecrafta oraz list do profesora Henry’ego Armitage ("The Dunwich Horror"). Jak można się spodziewać młodzieniec nieopatrznie odczytuje na głos kilka zaklęć z bluźnierczej ksiegi i uruchamia zastawiona przez niecnego wuja magiczną pułapkę. Przekracza mury snu i zagłębia się w plątaninę koszmarów, podczas gdy zły wuj przejmuje kontrole nad jego cielesną powłoką. Nie da się ukryć, że ten wątek jest najsłabszym elementem filmu. Reżyser Raymond Saint-Jean powiada w komentarzu, że został on zbudowany w oparciu o logikę snu. Niestety jest to jedynie piękne sformułowanie mające przykryć chaos i brak pomysłów. Kompletnie pozbawiony klimatu i napięcia amalgamat lovecraftowskich postaci i wątków nuży widza bardzo szybko. Jest również, a jakże, gumowy potwór pożerający głowę zacnego profesora Armitage, niemal tak żenujący jak bestia ze szklarni ze spektakularnej porażki Carpentera "In the Mouth of Madness". Na korzyść tej płaszczyzny filmu przemawiają jedynie plenery i wnętrza. Znakomicie wykorzystano stare zaułki Vancouver, a pałac kolejowego barona wykorzystany jako dom profesora Armitage’a mógłby z powodzeniem Stanowic scenerie stylowego giallo. Miłą odmianą od monotonii losów Cartera jest mały subwątek – wspomnienia Angella z wyprawy, jaką odbył za życia do ukrytej w prastarym grobowcu bramy do innego świata. Jest to pełna ekranizacja jednego z krótkich opowiadań Mistrza – wspomnianego już " The Statment of Randolph Carter". Miła dla oka i trzymająca się mocno ducha opowiadania opowieść swobodnie poradziłaby sobie jako short.
Tym, co stanowi o sile "Out of Mind: The Stories of H.P. Lovecraft", są dwie pozostałe płaszczyzny filmu, które z pewnością zdobędą szturmem serca i umysły wielbicieli twórczości Mistrza. Pierwsza z nich, to przeplatający się przez film pseudodokument. Oto sam Howard Philps Lovecraft przemawia do widza z czarnobiałej, zniszczonej taśmy, opowiadając o swoim życiu i twórczości. Nie ma chyba osoby, która choc przez sekundę nie odniosłaby wrażenia, ze to cudem odnaleziony materiał z lat trzydziestych. Christopher Heyerdahl wcielający się w HPL’a dokonuje bowiem na naszych oczach wskrzeszenia, które w zdumienie wprawiłoby Josepha Curwena i Hereberta Westa. On nie gra Lovecrafta. On, wypowiadając jego słowa zawarte w listach i esejach, staje się Lovecraftem! Heyerdahl poświecił wiele czasu na lekturę dzieł Mistrza, próbując wyczuć rytm jego prozy i przełożyć go na mowę. Studiował zachowane fotografie, starając się nauczyć w jaki sposób składał usta i jaki to mogło mieć wpływ na sposób wypowiadani się. Nakład pracy przyniósł spodziewany, niesamowity efekt. Każdy kto obejrzy "Out of Mind: The Stories of H.P. Lovecraft" nie będzie już nigdy potrafił oddzielić swoich wyobrażeń o Lovecrafcie od kreacji Heyerdahla. Zostaliście ostrzeżeni! Tu leży bowiem prawdziwa moc tego filmu. Gdyby zamiast silić się na fabułę po prostu pozwolić Heyerdahlowi deklamować listy, eseje, wiersze i opowiadania HPL’a byłby to cudowny prezent i skarb dla każdego wielbiciela twórczości Samotnika.
Tymczasem Raymond Saint-Jean jeszcze mocniej wykorzystał talent i predyspozycje Heyerdahla. Kolejnym wątkiem, splatającym się w końcówce z główną osią fabularną filmu, jest kilka scen z Lovecraftem w roli głównej, tym razem już w kolorze. Oto widzimy jak Samotnik przechadza się po mrocznych lasach, próbując wymówić imię "Cthulhu", widzimy jak pracuje, śni koszmary na koniec zaś widzimy go pogodnego, stojącego nad własnym grobem. Tych kilka scen rozbudza marzenie za fabularyzowaną biografia Lovecrafta, z Heyerdahlem w roli głównej oczywiście. Gracja i styl w jakim kreuje on Lovecrafta zniewalają. Aktor nie poszedł na łatwiznę, nie tworzy "mrocznego" wizerunku. Oglądamy Lovecrafta nie takim, jakim uczyniła go plotka i masowa wyobraźnia, lecz takim, jakim był w swoich listach i esejach. Gentelman –marzyciel, "pogodny mądrym smutkiem" i niewiarygodnie skromny erudyta.
Niestety o pełnowymiarowej biografii można jedynie pomarzyć. Dla tych wszystkich jednak, którzy chcą odbyć krótką podróż w czasie i zobaczyć Samotnika na filmowym ekranie "Out of Mind: The Stories of H.P. Lovecraft" jest pozycją obowiązkową.