Recenzja horroru

Ordeal
Tytuł oryginalny:
Calvaire
Reżyseria:
Fabrize Du Welz
Scenariusz:
Fabrice Du Welz, Romain Protat
Obsada:
Laurent Lucas, Jackie Berroyer, Philippe Nahon, Jean-Luc Couchard
Kraj:
Francja, Belgia, Luksemburg
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
94 minuty






*Wskazane jest przeczytanie recenzji dopiero po obejrzeniu filmu. W tym miejscu ostrzegam przed licznymi spoilerami.*
Lucky McKee i "May", Richard Kelly i "Donnie Darko", Rob Zombie i "Dom 1000 trupów", James Wan i "Piła", Eric Valette i "Maléfique", Eli Roth i "Śmiertelna gorączka", Edgar Wright i "Wysyp żywych trupów", Fabrice du Welz i "Kalwaria"… Nawet wymieniony w gronie znakomitych debiutów ostatnich lat, film du Welza wyróżnia się w gronie konkurentów. Oryginalny, przewrotny, niepokojący, śmiały, prowokujący… Odbyłem wiele rozmów na temat "Kalwarii" przy okazji cieszyńskiego festiwalu sprzed dwóch lat, na którym miał swoją oficjalną, polską premierę. Padało wiele zarzutów – od bardzo konkretnych ("gdyby się tylko zdecydował, czy chce być komedią czy horrorem…", "wszystko to już widzieliśmy…"), po bardziej abstrakcyjne ("ten koleś, jak mu ścinali włosy, to przecież ryczał ze śmiechu!"), ale zawsze na końcu słyszałem: "ale coś w tym filmie było…". Pomijając już kwestię jakości, nie ma wątpliwości, że właśnie to "coś", jakkolwiek to określimy, stanowi wyróżnik filmu du Welza na tle współczesnej produkcji gatunku. Przez to zapada w pamięć widza na długo i ciężko się z niego wybudzić, niczym z koszmaru, który nigdy do końca nie pozwala o sobie zapomnieć. Rzeczywiście, "Kalwaria" wymyka się klasycznej klasyfikacji, prostym ocenom, oglądanie jej, to jak składanie wizyty w jakiejś obcej rzeczywistości z pogranicza jawy i snu, w której wciąż odkrywa się coś nowego. A przecież już od samego początku składa nam taką obietnicę. Gdy na ekranie, na krwisto-czerwonym tle pojawiają się wygrawerowane na czarno napisy początkowe, jesteśmy pewni, że oto wreszcie jest - dzieło szczególne i unikatowe. I tą obietnicę dotrzyma aż do końca.
Tytułową kalwarię przeżyje wraz z nami Marc Stevens (Laurent Lucas), przeciętny śpiewaczyna, który ze swoim repertuarem składającym się z kiczowatych piosenek miłosnych odbywa właśnie rokroczne tournee. Zbliża się Boże Narodzenie i oto opuszcza przytułek dla starców zagubiony gdzieś w paśmie Ardenów. Żegnają go stałe adoratorki (w tym Brigitte Lahaie grająca pielęgniarkę, słynna gwiazda porno sprzed lat), nie mogące się pogodzić z tym, że "gwiazdor" odtrąca ich miłość. Czas jednak nagli i jesteśmy już w drodze do kolejnego etapu podróży, gdy nagle pośród skąpanego deszczem lasu, psuje się samochód Marca. Ratunek znajdzie w oberżyście, prowadzącym gospodę znajdującą się nieopodal, zdziwaczałym Paulu Bartel (w tej roli znakomity Jackie Berroyer). Marc jest jej jedynym gościem i daje się przekonać zapewnieniom właściciela, który obiecuje zająć się naprawą jego wozu. Jednak Bartel kryje swoje prawdziwe intencje. W przybyłym "artyście" dostrzega inkarnację miłości swojego życia, żony Glorii, która uciekła od niego przed laty. Nie, tym razem zakochany po uszy Bartel, nie pozwoli jej tak po prostu odejść.
Du Welz nie porzuca tematyki, którą poruszył w swoim krótkim metrażu "Quand on est amoureux, c`est merveilleux" ("Jest wspaniale, kiedy jesteśmy zakochani") nagrodzonym Grand Prix w sekcji filmów krótkich na festiwalu w Gerardmer (współczesny odpowiednik legendarnego Avoriaz). Niestety nie miałem okazji go oglądać i z tego, co się orientuję, dotąd nie doczekał się premiery na płytach dvd, a szkoda, bo zapowiada się piorunująco. Ta miłosna opowieść o kobiecie, która wciąż kocha się w zwłokach swojego męża, znajduje oddźwięk w fabule "Kalwarii". Przede wszystkim nasuwa się jedno, banalne podobieństwo, "Kalwaria" to także film o miłości, choć nie rozumianej dokładnie tak, jak życzyłyby sobie tego wielbicielki "Mody na sukces". Ten melodramat ma bowiem odcień obsesyjno-nekrofilski i podobnie jak tytułowa panna młoda z jednego z zapomnianych, filmowych klasyków, jest dodatkowo umaczany w posoce. Mieszanka wybuchowa zatem, której oglądanie gospodynie domowe mogą sobie darować i śmiało powrócić do Romantici. Ale tego samego powiedzieć się nie da o fanach, bowiem tym razem "Kalwaria" objawia się jako pozycja absolutnie obowiązkowa. Jak zgrabnie napisał kiedyś jeden z krytyków a propos innego tytułu: "must-see, must-talk-about, must-plan-to-see-it-again."
"Znowu przybyłaś, żeby złamać mi serce?", jak echo powraca bolesny wyrzut Paula Bartela. Nie tylko zresztą jego. Wszyscy w "Kalwarii" Marca Stevensa chcą, pragną, kochają i przede wszystkim – liczą na to, że odwzajemni ich uczucia. Ten głód miłości osiąga w "Kalwarii" znamiona perwersji. Ekran już od początku (piorunująca pierwsza sekwencja w domu starców!) promieniuje od tej chorobliwej, erotycznej aury, którą roztacza wokół siebie "artysta", nie mający w sobie nic z wzorcowego amanta. Chłodny, zdystansowany, zamknięty w sobie na kształt widmowego Pale Ridera. Bartel wspomina, że podstawowym atrybutem artysty jest "entuzjazm", którego Marcowi brakuje. Kiedy otaczających go ludzi, aż rozdziera od pulsujących emocji, on pozostaje wciąż niemy – niezdolny do wyrażenia sprzeciwu, czy nawiązania jakiegokolwiek kontaktu. Jak na melodramat przystało, trudnej sztuki miłości musi się dopiero nauczyć. A lekcja ta będzie w filmie du Welza, nie miejcie co do tego wątpliwości, wyjątkowo bolesna. Sam tytuł jest w tym kontekście przewrotny: kalwaria to określenie Męki Pańskiej, ale i zapowiedź nadchodzącego po niej oczyszczenia. Du Welz, przewrotnie reinterpretując jedną z podstawowych reguł survivali, doprowadza swojego bohatera do skraju szaleństwa i krok dalej, z obietnicą następującej po niej transgresji. Marc Stevens także musi powiedzieć swoje: "kocham".
Można nawet interpretację poprowadzić dalej, choć obawiam się, że ocieram się tu o recenzencką grafomanię (próbując analizować taki film jak "Kalwaria" nie jest to zresztą trudne). Koszmarna rzeczywistość belgijskiej prowincji odzwierciedla po części rozbitą psychikę Stevensa. Zwróćmy uwagę, że parokrotnie powraca motyw potrojonego lustra (lustro jako takie jest w tym filmie jednym z najczęściej powracających motywów), jakby Jackie Berroyer i Philippe "Sam przeciw wszystkim" Nahon (fizycznie niezwykle do siebie podobni) stanowili uzupełniające się alter ega, odzwierciedlając pętające człowieka popędy Erosa i Thanatosa. Wyprawa po górskich bezdrożach, w których rządzą inne prawa niż w zwyczajnej rzeczywistości, stanowi po części walkę z samym sobą, jaką wydaje Marc Stevens. Oczyścić może się dopiero w momencie, w którym wyzwoli z siebie tłumione instynkty. Jeśli nie przekonują Was powyższe słowa, to przypomnę, że koszmar Marca zaczyna się w momencie, w którym Boris budzi go ze snu w trakcie deszczu, jakby go informował: "witamy po drugiej stronie lustra". Nie ma wątpliwości, "Kalwaria" to rzeczywiście schizofreniczna relektura "Alicji w krainie czarów".
Ten emocjonalny trip znakomicie puentują zdjęcia Benoît Debie, który wyrasta na najwybitniejszego operatora światowego formatu ("Kalwaria", "Niewinność", "Nieodwracalne" i "Day Night Day Night" to cztery przykłady operatorskiej maestrii). W pierwszej połowie zanurza nas w zimnej, aseptycznej rzeczywistości, wyjałowionej z emocji psychice Marca. Stopniowo, zdjęcia nabierają coraz większej ostrości (kadry nasycają się czerwienią i zielenią), aż w ostatniej pół godzinie osiągają swoje apogeum. Kiedy w finale Marc stawia czoło Ortonowi wokół pada śnieg. Dodatkowego komentarza nie potrzebujemy - harmonia została przywrócona.
Ale nie zapominajmy, że "Kalwaria" to przede wszystkim miłosny hommage du Welza złożony filmowym survivalom (sam wspomina, że nigdy nie otrząsnął się z traumy po obejrzeniu w dzieciństwie "Teksaskiej masakry piłą mechaniczną"). Oglądając "Kalwarię" nie mamy wątpliwości, że Belg zna je na wyrywki. Czego tu nie ma! Scena wieczerzy wigilijnej przywołująca "Teksaską…"; grupa mężczyzn, którzy upominają się o swoją ofiarę ("Nędzne psy"); pogoń myśliwych za Marciem ("La Traque"); motyw zwierzęcego wycia i gwałtu ("Deliverance"); fan znęcający się nad swoim idolem ("Misery")… Sami na pewno podczas oglądania będziecie mieli jeszcze więcej skojarzeń. Ale du Welzowi udaje się rzecz niezwykła, posługując się skodyfikowanymi regułami gatunkowego survivalu (podchodzi do niego z namaszczeniem), wykracza poza nie i na naszych oczach kształtuje zupełnie autonomiczne dzieło, udowadniając jak wiele wciąż, wbrew licznym sceptykom, ten podgatunek kryje w sobie możliwości i ile drzwi ciągle pozostaje zamkniętych.
Jak na survival przystało, długo asystujemy istnej kaźni Marca. Torturowany, przybijany do krzyża, sprowadzony do roli bezwolnego przedmiotu, gwałcony… Ta katorga portretowana za pomocą zimnych, niemal paradokumentalnych zdjęć Debie i precyzyjnych konceptów du Welza, udowadniającego, że zadatki na wielkiego reżysera to on ma, po prostu powala na kolana. Owszem, nie pozwala na empatię – z jęczącym i popadającym w obłęd Stevensem identyfikować się nie sposób. To co przeraża tak naprawdę, to ta ekranowa wizja świata pogrążonego w szaleństwie. Oglądamy grupę mężczyzn pogujących w knajpce w takt eterycznej, błyskotliwej w swoim minimalizmie muzyki Vincenta Cahaya (sam wystąpił w roli pianisty); asystujemy scenie fellacji z udziałem świni; w lasku mijamy grupę dzieci ubranych w czerwone kapturki… Pogrążeni w tym zdegenerowanym świecie i nam stopniowo udziela się ten klimat bliski histerii i obłędu.
Jednak prawdziwa eksplozja czeka na nas w samej końcówce. Wystarczy sobie przypomnieć znakomicie skomponowaną i przemyślaną sekwencję ataku Roberta Ortona w trakcie wigilijnej wieczerzy. Trójaktowa konstrukcja sceny to rodzaj przekraczania kolejnych progów szaleństwa, który zostanie doprowadzony do paroksyzmu w chwili tego powietrznego travellingu z perspektywy boskiej. Pod nami, jak w obrazie Boscha (do takiej inspiracji przyznaje się sam reżyser), obraz kompletnego rozkładu. Zwierzęce wycia, gwałcony Marc, krwistoczerwone światło, kołtunina ciał… W tym momencie pozostaje widzowi tylko szeroko otworzyć oczy i dać się porwać tej erupcji obłędu. Ja z tej konfrontacji wyszedłem zdruzgotany. Granice makabrycznej poezji zostały osiągnięte.
Jedną z właściwości filmów wybitnych jest to, że nigdy nie pozwalają na jedną interpretację. Gdy zaczyna się je drążyć, wciąż znajduje się w nich coś nowego, a gdy już zdaje nam się, że wreszcie dotarliśmy do sedna, oto pojawia się przed nami kolejny odcinek układanki. Podobnie z "Kalwarią". Widziałem ją do tej pory pięć razy, ale za każdym razem znów odkrywałem coś fascynującego, co umknęło mi przy poprzednim oglądaniu. A może po prostu na tym poprzestanę i znów poddam się halucynogennej sile debiutu du Welza, który pozostaje wciąż i wciąż (znów cytat krytyka, tym razem a propos "Kalwarii"): "fascynujący, szokujący, piękny i równie niepokojący co kwiat w morzu popiołu". Po prostu wielki, wielki film...