Recenzja horroru

Omen IV: The Awakening (Omen 4: Przebudzenie)
Tytuł oryginalny:
Omen IV: The Awakening
Reżyseria:
Jorge Montesi, Dominique Othenin-Girard
Scenariusz:
Brian Taggert
Obsada:
Faye Grant, Michael Woods, Kevin Spirtas, Michael Lerner, Madison Mason
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1991
Czas trwania:
97 min.






"Omen IV: Przebudzenie" to obraz opatrzony chyba najmniej trafnym podtytułem w historii kina. Autorzy pociągnęli wątek zła zaklętego w niewinne kształty, zgrabnie zapoczątkowany przez Richarda Donnera, wprowadzając go na nowe tory. Jednakże zwrotnica po której przetaczają swe ociężałe intelektualnie dzieło, obrosła tendencyjnymi schematami do tego stopnia, iż udaje się to jedynie w połowie, a sam film powinien nosić tytuł "Omen IV: Plagiat". Dzieje się tak zawsze gdy reżyserzy posługują się kamerą jak kserokopiarką. Z kolejnych kadrów przestaje powstawać samodzielnie funkcjonujące dzieło, tylko tania podróbka, którą najtrafniej określa termin "pseudoremake".
Trudno orzec kto ponosi największą odpowiedzialność za klęskę tego horroru, dzielnie bazującego na wyjątkowo popularnym w latach 70-tych nurcie filmu satanicznego. Obrazy takie jak "Bezbożny" czy "Siódmy znak" nie wpłynęły dobrze na jego rozwój w początku lat 90-tych, przez co temat solidnie wystygł. Najpoważniejszym konkurentem historii Damiena była zawsze historia Regan, możliwe więc, że Harvey Bernhard (producent "Omenu"), poczuł małe ukłucie zazdrości, gdy William Peter Blatty, autor nagrodzonego Oscarem scenariusza do pierwszej części "Egzorcysty", osobiście postanowił wyreżyserować jego ciąg dalszy. Jednakże o "Omenie IV", w przeciwieństwie do trzeciej części "Egzorcysty", nie można powiedzieć, że jest dziełem udanym. Fabuła płytka niczym listopadowa kałuża, równie mętna i bez wyrazu, dosłownie powala ilością skopiowanych motywów, począwszy od wykorzystania oscarowej muzyki Jerry'ego Goldsmitha, a na ironicznym zakończeniu skończywszy. Oryginalny motyw przewodni Goldsmitha popiera wszystkie "ambitniejsze" w oczach twórców sceny, co według mnie dodatkowo je dobija i podkreśla nieudolność z jaką starają się dorównać pierwowzorowi. Tam gdzie pobrzmiewają kompozycje Jonathana Sheffera radzę zadrutować szczękę, gdyż częste ziewanie to jedyna reakcja ze strony widza, jaką prowokują stworzone przez niego dźwięki.
Akcja ponownie rozgrywa się w wysokich sferach amerykańskiego establishmentu, a dziecko stanowiące istotę dramatu zostaje adoptowane. Strzeże go wielki, czarny pies, a zwierzęta znów dostają szału na widok diabelskiego pomiotu (w tym wypadku będą to konie). W pierwszej części nadchodzącą śmierć zwiastowały niepokojące zdjęcia, tu natomiast będzie to widok odwróconego krzyża, pojawiający się w najmniej oczekiwanych miejscach (ciekawie ilustruje to scena w szpitalu, gdy złowieszczy cień pada na siostrę Felicytę). Wymienione tu przykłady to najistotniejsze kalki, od razu rzucające się w oczy, które ciążą nad filmem niczym sataniczny stygmat nad jego bohaterami. Co natomiast świadczy o próbie kontynuacji lub przynajmniej takiej myśli? Zakończenie, ostatni kadr, pomysłowy i niezwykle mroczny w swym ironicznym wyrazie. W "Omenie" Donnera, Damien puszcza do nas "perskie oko", dając do zrozumienia, iż nie raz jeszcze usłyszymy jego imię. Natomiast w obrazie spółki Montesi - Girard, pogrążony w smutku ojciec z dwójką dzieci kroczy przez cmentarz ścieżką, która przecina u dołu inną, tworząc znak obróconego krzyża. Oto furtka, która może, choć nie musi pozostać otwartą.
Poza tym schemat goni schemat, prawnicy Karen i Gene adoptują dziewczynkę Delię, co po grecku oznacza "zawsze widoczna", by zafundować jej najszczęśliwsze dzieciństwo na jakie tylko ich stać. Wkrótce jednak mała pociecha o przeszywających, czarnych oczach, oferuje im o wiele ciekawsze przeżycia, a widz siedzi wlepiony w ekran i zastanawia się, kiedy to jemu przypadnie w udziale narobić pod siebie ze strachu. Na to ja przychodzę z pomocą i odpowiadam - NIGDY, jedna zmiana bielizny mniej. Mimo, iż autor scenariusza poczynił pewne kroki by uatrakcyjnić fabułę (próba konfrontacji satanizmu z ideologią New Age i związany z tym festyn metafizyczny), to całość nadal odbierana jest jako niskiej klasy negatyw. Czy zawinił warsztat reżyserski? Nie bardzo, Dominique Othenin-Girard działał wcześniej na polu kina grozy czego dowodem jest "Night Angel" z 1990 oraz "Halloween 5", horrory niezbyt ambitne ale dające się oglądać. Za to Jorge Montesi to spec od seriali, kilka odcinków "The Other Limits" w 1995, "Mutant X" w 2001, a w szczególności powstający w latach 1987-90 serial "Friday the 13-th", pozwalają wierzyć, iż nabrał pewnej wprawy w przekładaniu słów na obraz. A zatem Brian Taggert.
Nie ma sensu szukać winnych, konkluzja jest oczywista, "Omen IV" to film płytki i pozbawiony wyrazu, bardziej sataniczny kryminał niźli horror, który na upartego da się strawić, choć nie ręczę, iż nie odbije się czkawką. W takim wypadku proponuję popić piwkiem i sięgnąć po klasykę z lat 70-tych.