Recenzja horroru

Nutbag
Tytuł oryginalny:
Nutbag
Reżyseria:
Nick Palumbo
Scenariusz:
Nick Palumbo
Obsada:
Mack Hail, Renee Sloan, Jenesses Kenny, Sally Graham
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2000
Czas trwania:
85 minut






Jeżeli ktoś oglądał głośny "Murder-Set-Pieces", drugi pełnometrażowy film w dorobku Palumbo, zapewne pamięta scenę, w której główny bohater odwiedza sklep z filmami w poszukiwaniu "prawdziwego filmu snuff". Jeżeli nie zwróciliście uwagi, jaki tytuł wtedy pada, to pędzę poinformować, że chodzi o "Nutbag" - debiut amerykańskiego reżysera z 2000 roku. Narcyzm czy skuteczny zabieg marketingowy? Niestety i jedno, i drugie.
Ten rzekomy "film ostatniego tchnienia" to opowieść o kilku dniach z życia seryjnego mordercy (w tej roli Mack Hail, reżyser "Transamerican Killer"), który, mówiąc najogólniej, uwodzi i morduje prostytutki, czasem rejestrując swoje brutalne i krwawe mordy na kamerze. Nic więcej ponad to nie da się napisać, bo po prostu na tym kończy się zarys fabularny.
Dla niektórych "Nutbag" to naprawdę przyzwoity kawałek szokującego, zerobudżetowego kina. Doprawdy nie jestem w stanie tego pojąć, czym sobie na taką ocenę zasłużył fabularny debiut amerykańskiego reżysera. Zwolennicy (zapewne twórcy filmu) podkreślają dwa elementy, które przemawiają na korzyść filmu: jego wstrząsający wymiar (określając go jako "pseudo-snuff") oraz liczne i brutalne mordy. Z pierwszym argumentem trudno mi się zgodzić, bo choć faktycznie w owym czasie takich "Mordum’ów" ("August Underground", 2001 oraz "August Underground's Mordum", 2003) jeszcze nie było, ale powstały inne filmy, które na takie miano zasługują o wiele bardziej niż "Nutbag" ("Guinea Pig" chociażby). Natomiast ci, którzy wskazują te kilka scen gore, które Palumbo wkomponował do swojego pustego niczym bęben filmu, jako jeden z mocniejszych punktów raczej się nie mylą. Jestem stanie się z nimi zgodzić, bo wszystko co jest w stanie przerwać wylewającą się z ekranu nudę zasługuje na takie miano. Tyle, że te zabójstwa kobiet zupełnie nie elektryzują i są w stanie zaszokować jedynie tych, którzy w kinie niewiele widzieli. Już niektóre mainstreamowe badziewia, ochoczo wyświetlane na ekranach polskich kin, są bardziej wstrząsające i oddziaływujące na psychikę. "Nutbag" nie jest po prostu filmem ani intrygującym, ani szokującym.
Skoro to jednak film, którego centralnym punktem jest postać seryjnego mordercy, skupmy się przez chwilę na tejże postaci. Palumbo wykreował swoistą współczesną wersję Kuby Rozpruwacza (co sam sugeruje) i jednocześnie starał mu się nadać status nadczłowieka. Tyle że übermensch stworzony przez Palumbo to człowiek potężny tylko fizycznie – napakowany, łysy wielkolud, który mógłby zabijać samym spojrzeniem. I tak może i jest dopóki grający go Hail ("Carnage Road") nie zacznie wypowiadać swoich kwestii, chodzić i w ogóle robić cokolwiek innego niż stać jak posąg. W jednej chwili wiarygodność jego postaci spada do poziomu zerowego. Ciarki mnie przechodziły, gdy patrzyłem na Erwina Ledera w "Angst", skóra cierpła gdy napotykałem spojrzenie Michael’a Rooker’a w "Henry’m", gdy przyglądałem się Hail’owi to mi się autentycznie śmiać chciało. Co to za film o seryjnym mordercy, w którym ów anty-bohater nie budzi lęku i przerażenia? Poza tym czy może być wiarygodny seryjny morderca, który nie zaciąga się paląc papierosa? Przemyślenia zwyrola oraz jego "filozofia" życiowa to zbiór banałów, które poziomem nie wybiegają poza horyzonty myślenia uczniaków podstawówek, mających ze sobą problemy emocjonalne. Swoimi wynurzeniami morderca najczęściej dzieli się z jedynym kumplem, pająkiem o imieniu Heinrich i zazwyczaj zamykają się one przykładowo w następujących stwierdzeniach: "Nienawidzę dziwek! Dziwki musza umrzeć!". Po prostu szok!
Najgorsze, że reżyser, zapatrzony w swoje mizoginistyczne obsesje, nazistowskie odchyły (daleko bardziej widoczne w "Murder-Set-Pieces") i skupiony wyłącznie na przelaniu na ekran swoich kompleksów, nie dostrzega jednej zasadniczej kwestii. Nie wszyscy są Nick’ami Palumbo – zagubionymi ludźmi (i domorosłymi filmowcami), którzy chcą zaistnieć produkując pseudo-wstrząsające produkcje, w których zawiera się odbicie własnych ukrytych pragnień i żądz. Dla tych, którzy nie podzielają jego fascynacji i skrytych problemów, "Nutbag" będzie mozolną wędrówką, po której zostaje nie uraz na psychice tylko odparzenie na dupie. Mimo że wraz z "MSP" udało się pokazać fanom horroru jeszcze więcej Palumbo (nad czym szczerze ubolewam), bo wszystko to, z czym się tutaj stykamy zostało tam wyraźnie spotęgowane, to podejrzewam, że droga jego filmowej kariery urwie się dość szybko. Dla mnie właściwie już się skończyła, bo wydaje mi się, że jego kolejny film znowu będzie opowiadał tę samą historię: zdegenerowanego seryjnego mordercy o wyglądzie nafaszerowanego koksem karka, który brutalnie morduje kobiałki. Jestem też w stanie założyć się, że nie zabraknie w nim również dotychczasowych cech charakterystycznych obu filmów Palumbo (w tym zapewne "świńskiej maseczki").
Na koniec kilka słów o stronie realizacyjnej. Całość jest nakręcona kamera cyfrową i przedstawiona w dominującym kolorze pomarańczowym, ale co to ma oznaczać, przyznaję się, że nie wiem. Jeśli to czysta wprawka techniczna to fajnie, ale jeżeli miała czemuś służyć to naprawdę nie mam pojęcia czemu. Do tego dochodzi statyczna praca kamery, która najczęściej jest unieruchomiona w jednym miejscu, czasami tylko jej położenie się zmienia, ale jedynie po osi X i Y, żadne płynne przejścia, gwałtowne ruchy, czy subiektywny obraz – nie ma o tym mowy. W latach świetności kina czarno-białego zdjęcia te dawałby radę, ale obecnie takie rozwiązanie jest po prostu niespotykane. Może i na swój sposób oryginalne, bo nikt już chyba tak nie kręci, ale trudno to uznać za plus. Efekty specjalne są mało realistyczne i drętwe, a muzyka toporna i nudna.
Kiedy tak kończę pisać tę recenzję, przypomina mi się moja rozmowa z Embalmerem po seansie "Nutbag", podczas której dzieliłem się wrażeniami po projekcji. Kiedy usłyszał, jaką ocenę mam zamiar wystawić i jaką postawiłbym "Murder-Set-Pieces" (2-/6), skwitował to wszystko (skądinąd logicznym) stwierdzeniem, które jednak obaj uznaliśmy za wyśmienity żart: "czyli jednak Palumbo rozwinął się jako reżyser!".