Recenzja horroru

Horror Nightmare Castle

Nightmare Castle

Tytuł oryginalny:

Gli amanti d’oltretomba

Reżyseria:

Mario Caiano

Scenariusz:

Mario Caiano, Fabio De Agostini

Obsada:

Barbara Steele, Paul Muller, Helga Liné, Laurence Clift

Kraj:

Włochy

Rok produkcji:

1965

Czas trwania:

UK: 101 min, USA:90

Horror Gli amanti d’oltretomba - zdjęcie 1Horror Gli amanti d’oltretomba - zdjęcie 2Horror Gli amanti d’oltretomba - zdjęcie 3Horror Gli amanti d’oltretomba - zdjęcie 4Horror Gli amanti d’oltretomba - zdjęcie 5Horror Gli amanti d’oltretomba - zdjęcie 6

W połowie lat 60. ubiegłego wieku, we włoskim (i nie tylko) kinie grozy dominował horror gotycki. Największe zasługi w tym zakresie mieli oczywiście tacy twórcy, jak Mario Bava, Antonio Margheriti czy Riccardo Freda, ale nurt ten nieobcy był i innym, może nieco mniej utalentowanym reżyserom, jak Mario Caiano, którzy w głównej mierze czerpali inspiracje od zdolniejszych kolegów. "Gli amanti d’oltretomba" jest tego dobrym przykładem.

Rzecz dzieje się w pięknym zameczku, zamieszkanym przez zamożną arystokratkę, baronessę Muriel Arrowsmith (Barbara Steele), jej męża, zajmującego się tajemniczymi eksperymentami doktora Stephena (Paul Muller, znany miłośnikom Euro-Horroru), oraz starą guwernantkę (Helga Liné). Jednak życie w pięknej posiadłości dalekie jest od sielanki – Muriel potajemnie spotyka się z jurnym służącym, z którym spędza upojne chwile w oranżerii. Na jednej z takich schadzek kochankowie zostają przyłapani przez męża Muriel. Ów poddaje ich wymyślnym torturom i w końcu zabija, lecz przed śmiercią wiarołomna żona wyznaje, że cały swój majątek zapisała swojej przyrodniej siostrze, Jenny (również Steele), leczącej się z powodu wyjątkowo słabych nerwów. Doktor Stephen postanawia poślubić Jenny, by nie stracić majątku, ale przy okazji zamierza doprowadzić ją do prawdziwego szaleństwa, by stać się jedynym właścicielem schedy po Muriel. Jednak wraz z przybyciem młodej żony zaczynają się dziać dziwne rzeczy, niekoniecznie takie, jakich życzyłby sobie "czuły" małżonek...

Fabuła została misternie upleciona z wątków, które Caiano podpatrzył u innych, zdolniejszych kolegów. Doskonałym posunięciem było zatrudnienie Barbary Steele w podwójnej roli. Ta jedyna prawdziwa kobieca ikona horroru, obdarzona niesamowitą aparycją, po występie w "La maschera del demonio" Mario Bavy często otrzymywała propozycje odgrywania w jednym filmie dwóch postaci o odmiennych osobowościach. Caiano nie był tu wyjątkiem, ale dowiódł tym, że jeżeli coś się już raz sprawdziło, również i później może dawać dobre efekty. Barbara jest bezkonkurencyjna – jako czarnowłosa, występna Muriel, i jako nadwrażliwa blond Jenny. Absorbuje całą uwagę widza, spychając w tło Helgę Liné, która, wszak znana miłośnikom europejskiego horroru, nie miała szans odeprzeć siły jej charyzmy. Scena, w której Steele przychodzi jako upiór, uśmiechając się diabolicznie spod peleryny czarnych włosów, powoduje ciary na plecach.

Z kolei Fredzie reżyser zwędził pomysł z "I vampiri". Zapatrzył się także w "Danza macabra" Margheritiego, również ze Steele. Wszystko zaś przesycone jest duchem E.A. Poe, przychodzącego na myśl zwłaszcza w scenie, w której Jenny Arrowsmith słyszy bijące serca nieżyjących kochanków – Muriel i parobka.

Mimo wszystko Caiano stworzył naprawdę udany film. W pamięć zapada kilka niezwykłych scen, jak ta, w której Stephen, po spopieleniu zwłok żony, sadzi w jej prochach roślinę doniczkową; kojarzyć się może ona polskim widzom z balladą Mickiewicza "Lilije", ale to skojarzenie tylko dowodzi ponurego, romantycznie gotyckiego charakteru filmu. Podsumowując: mamy wiarołomną małżonkę, zemstę zza grobu, przebite serca kochanków, niecnego i sadystycznego męża, który dybie na majątek niewinnej drugiej żony, próbując doprowadzić ją do obłędu, odmładzanie kochanki doktora, eksperymenty z elektrycznością... uff, jest tego tyle, że Jesus Franco nakręciłby parę filmów, wykorzystując po jednym motywie w każdym. Na szczęście, Caiano zawarł wszystko w jednym, co sprawia, że film płynie wartko i raczej nie ma czasu na nudę, z jakiej znamy pana Jesusa ;). Zdjęcia też są bardzo dobre; w pamięci zostaje niezwykła senna wizja Jenny, w której wciela się ona w Muriel podczas feralnego zajścia w oranżerii. No i muzyka – ścieżkę dźwiękową stworzył sam Ennio Morricone! I choć temat przewodni – melodia grana przez Muriel, która w ten sposób sygnalizowała kochankowi schadzkę – jest momentami dość przypadkowo użyta, to jednak utwór organowy, pojawiający się już na początku filmu – barokowy w formie, a gotycki w wyrazie – jest jak najbardziej na miejscu i naprawdę robi wrażenie.

Mimo, iż film nie jest może tak oryginalny, jak dokonania wyżej wymienionych pierwszoligowych mistrzów gotyckiego horroru, to jednak miło go obejrzeć. I choć dubbing jest kiepski, dobrze jest popatrzeć na znane miłośnikom europejskiego kina grozy twarze. No i ten nastrój... Czysty gotyk!

Ocena: 4/6

Autor: Kamikadze