Recenzja horroru
Night of the Eagle (AKA Burn, Witch, Burn!)
Tytuł oryginalny:
Night of the Eagle
Reżyseria:
Sidney Hayers
Scenariusz:
Charles Beaumont, Richard Matheson i George Baxt na podstawie powieści Fritza Leibera Jr. „Conjure Wife”
Obsada:
Peter Wyngarde, Janet Blair, Margaret Johnston, etc.
Kraj:
Wielka Brytania
Rok produkcji:
1962
Czas trwania:
90 min.






Brytyjskie kino grozy jest utożsamiane głównie z produkcjami wytwórni Hammer, Amicus i ewentualnie Tigon. Oczywiście, najsłynniejsze horrory wyszły właśnie stamtąd, jednak nie należy marginalizować filmów, które powstały poza nimi. Wśród nich są niewątpliwe perełki, jak np. "Night of the Demon" z 1957 r., nakręcony przez Jacquesa Tourneura. Czy 5 lat późniejszy "Night of the Eagle" jest nią również? Spróbuję na to odpowiedzieć.
Film opowiada historię Normana Taylora (w tej roli niebywale męski Peter Wyngarde, prywatnie gej i późniejszy bohater skandalu obyczajowego), utalentowanego wykładowcy medycznego college’u. Profesor Taylor to mężczyzna twardo stąpający po ziemi i bezlitośnie tępiący zabobony. Utrzymuje, że istnienie magii i działanie czarów uzależnione jest wyłącznie od wierzących w nie ludzi. Tym większe jest jego zaskoczenie, gdy pewnego dnia odkrywa w szufladach swojej oddanej żony przedmioty o zdecydowanie magicznym charakterze. Przyparta do muru małżonka wyznaje mu, że jest... czarownicą, a owe rzeczy, które mąż nakazał jej zniszczyć, chroniły dom i jego samego przed tzw. urokiem. Bolejąc nad stratą talizmanów, pani Taylor z rozpaczą uświadamia męża, iż jest teraz praktycznie bezbronny wobec złych mocy, które go otaczają. Ten oczywiście nie wierzy, do czasu, gdy zaczynają go spotykać same złe przygody – niemal wpada pod ciężarówkę, jedna ze studentek oskarża go o molestowanie seksualne, a jej chłopak grozi mu bronią. Groza kumuluje się i zaczyna być namacalna, a profesor stopniowo uświadamia sobie, że padł ofiarą czarnej magii. Komu zależy na zniszczeniu jego osoby?
Omawiany film to niskobudżetowa, czarno-biała produkcja samego Samuela Arkoffa. Za reżyserię odpowiada Sidney Hayers, twórca filmów TV, ale i obrazów grozy, jak "Circus of Horrors", zaś scenariusz jest dziełem Cormanowskiego scenarzysty, Charlesa Beaumonta (jego dziełem są również scenariusze "Premature Burial", "The Haunted Palace", "The Masque of Red Death" oraz "The Intruder"), wspieranego przez samego Richarda Mathesona oraz George’a Baxta ("Circus of Horrors", "The Vampire Circus"). Choć ów film nie przyciąga oka nazwiskami aktorskich gwiazd, jest koncertowo zagrany, świetnie sfotografowany (zdjęcia Reginalda H. Wyera, wykorzystujące drapieżny kontrast czerni i bieli, nawiązują do produkcji Universalu) i kapitalnie operuje napięciem. Bo właśnie napięcie jest tym, co charakteryzuje udane filmy grozy, o czym zapomnieli dzisiejsi ich twórcy. Można je uzyskać i bez kosztownych efektów, czego przykładem omawiany tytuł. "Night of the Eagle" oferuje naprawdę niepokojący klimat, z kilkoma niesamowitymi scenami. Jedna z nich zdecydowanie zapadła w pamięć Dario Argento, co widać w filmie "Suspiria", kiedy wywołany czarami Tanatos łopocze skrzydłami orła wieńczącego jeden z budynków przy pustym placu, na którym ginie niewidomy pianista.
"Night of the Eagle" to jeden z tych filmów, które sprawiają, że człowiek obgryza paznokcie i autentycznie się boi! I w zasadzie nie do końca wie, czego ;) Końcówka przynosi sporą satysfakcję.
Odpowiadam więc na postawione we wstępie pytanie – tak, uważam, że "Night of the Eagle" jest właśnie jedną z tych zapomnianych dziś perełek brytyjskiego horroru, które zasługują na dużo większą uwagę i szerszą znajomość widzów kina grozy. Nie pozostaje zatem nic innego, jak szczerze zachęcić do jego obejrzenia.