Recenzja horroru

Night of the Demon (1980) (Noc demona)
Tytuł oryginalny:
Night of the Demon
Reżyseria:
James C. Wasson
Scenariusz:
Mike Williams
Obsada:
Michael J. Cutt, Joy Allen, Bob Collins, Melanie Graham, Jodi Lazarus
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1980
Czas trwania:
92 min.






Legendarna lista Video Nasties utworzona w 1984 w celu zakazania lub przynajmniej ograniczenia dystrybucji pewnych tytułów na terenie Wielkiej Brytanii, to cały szereg wspaniałych horrorów, na których walory artystyczne wielu krytyków do tej pory pozostaje ślepych. Goszczące na owej liście "okazy" trafiały tam z najróżniejszych powodów. Często zaważały na tym pojedyncze sceny, jak chociażby zjadanie ludzkiego płodu, pnącza drzew gwałcące niewinną dziewczynę czy gigantyczna igła wbijana w gałkę oczną. Przyznam, iż są to imponujące przykłady, lecz trudno im konkurować z wybrykami Wielkiej Stopy z horroru Wassona. "Noc demona" to nie dziecinna igraszka w stylu "The Capture of Bigfoot", ale krwawa orgia w leśnej głuszy, w trakcie której spragniony morderczych wrażeń widz będzie świadkiem brutalnego wyrwania męskiego członka w czasie załatwiania potrzeby fizjologicznej i niemniej krwawego biczowania przy użyciu ludzkich jelit. Nie myślcie jednak, że na tym koniec. To wyłącznie przedsmak atrakcji czyhających na rozkochanych w niskobudżetowych horrorach kinomanów, do których osobiście należę. Zatem z dumą prezentuję tę nieokiełznaną, wysokokaloryczną porcję gore w slasherowej konwencji, wpisaną w poczet wspaniałości składających się na listę Video Nasties.
Kino grozy już w latach 50-tych spuściło na dobre z łańcucha kolejną po wilkołaku, człekokształtną bestię zwaną Yeti. Śnieżnego potwora, ochoczo krzyżowanego przez filmowych twórców z Wielką Stopą, początkowo mieliśmy okazję podziwiać w "Snow Creature" z 1954 roku, "Half Human" czy też "The Abominable Snowman" z 1957. Oczywiście potwór ewoluował, zacierając na zawsze kontynentalne granice dzielące Człowieka Śniegu z Sasquatchem. Termin Bigfoot zastąpił wszystkie inne, a lawina w skład której wchodziły: "Shriek of the Mutilated", "The Legend of Boggy Creek", "Snowbeast", "Creature from Black Lake" i wspomniane wyżej "The Capture of Bigfoot", spadła na świat, pozbawiona niestety intensywności z jaką uczyniły to slashery pod koniec lat 70-tych. Jednak oba nurty spotkały się i spłodziły demona tak okrutnego, że nie sposób było go ujarzmić, o czym przekonała się piątka studentów oraz ich profesor. Wypędzeni przez swą naukową ciekawość w otchłań gęstniejącego wraz z zachodem słońca lasu, poznali, co to strach i czuli go w ustach tak długo, aż uprzytomniający krzyk nie rozdarł ich gardeł. Oto bowiem z mroków nocy wyłoniło się monstrum gotowe rozczłonkowywać sparaliżowane lękiem ciała.
Uwierzcie mi, gore w tym filmie to rwący potok nieszablonowych pomysłów, nieuchronnie prowadzący do zakończenia, które dosłownie zwala z nóg. Całość została utrzymana w klimacie "Don’t Go in the Woods", jednak mimo podobnie niskiego budżetu, "Night of the Demon" odznacza się większą dbałością o szczegóły oraz aktorstwem, które nie kole w oczy. Michael J. Cutt jako profesor trzymający pieczę nad członkami ekspedycji wypadł przeciętnie, lecz zaznaczyć należy, iż to jego debiut w opływającej w "serialowe" epizody karierze. Podobnie ma się rzecz do reszty obsady na czele z Shanem Dixonem, odtwarzającym tytułową postać, zmarłym w 1999 roku. Nie ukrywam, że Bigfoot w jego wykonaniu jest do łez komiczny, ale to właśnie dzięki niemu uchwycono ten ulotny urok kiczu, którego podejrzewam Wasson sam nie był świadomy w czasie zdjęć. Dixon w kostiumie wyglądającym na niekompletny, jakby wpadł pod kosiarkę, jest równie skory do figli z dziewczętami, co potwory z rewelacyjnych "Humanoidów z głębiny". Oczywiście zaowocowało to kolejną sceną, niezwykle kuszącą dla widzów jak i zajadłych cenzorów z BBFC. Obraz padł ofiarą brutalnych cięć. Najdotkliwiej ucierpiała sekwencja kastracji motocyklisty i cudownie sfotografowany moment odrywania ręki przypadkowemu obozowiczowi, zgrabnie przechodzący do czołówki filmu. Liczby ofiar na szczęście nie zredukowano i martwe ciała z tą samą intensywnością uderzały o ziemię.
Czyja krew spływa zatem na leśne poszycie tak gęstą strugą, skoro zawodników jest tylko sześciu? Nie będą to przygodnie spotkani ludzie z gatunku tych, od których roiło się w "Don’t Go in the Woods" w celu podniesienia liczebności zgonów. Autor scenariusza, Mike Williams, zastosował inny sposób. Wprowadził do swego tekstu retrospektywne migawki, których narratorem jest Cutt. Skąd wszystkie te przypadki tak doskonale spamiętane przez profesora, tego nie wiemy, ale opowiedziane przy ognisku, tulącym się w śpiworach studentom, wprowadzają przyjemny nastrój, mimo, iż są trochę nielogiczne. Na szczęście całość jest wystarczająco spójna, by widz przebrnął przez nią bez łapania się za umęczoną głowę, a szalona muzyka, jaką skomponował Dennis McCarthy, zgrabnie ją ilustruje. Od początku do końca nie jest idealna. Zdarzają się potknięcia i pełne dzikiej kakofonii fragmenty, przywodzące na myśl utwory, które H. Kingsley Thurher stworzył z myślą o "Don’t Go in the Woods". Jednak w obliczu rzeki posoki, dzielącej w "Nocy demona" życie od śmierci, ulatują szybko w niepamięć pozostawiając w uszach wyłącznie krzyk przerażenia głównych bohaterów.
"Night of the Demon" to jedyny film wyreżyserowany przez Jamesa C. Wassona. Tanie, kiczowate, brutalne, zabawne kino, wypełnione wspaniałą atmosferą leśnych ostępów, których trzewia skrywają przed człowiekiem większe tajemnice niźli Wielka Stopa. Obecnie o pełną wersję znacznie łatwiej, zatem proponowałbym na niej zawiesić złaknione wrażeń oko, by tym skuteczniej oddać się wariackiemu okładaniu ludzkimi jelitami, gdyż jak się okazuje, frajdy w tym, co nie miara.