Recenzja horroru

Horror Night of the Comet

Night of the Comet (Noc komety)

Tytuł oryginalny:

Night of the Comet

Reżyseria:

Thom Eberhardt

Scenariusz:

Thom Eberhardt

Obsada:

Catherine Mary Stewart, Kelli Maroney, Robert Beltran, Sharon Farrell, Mary Woronov

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1984

Czas trwania:

95 min.

Horror Night of the Comet - zdjęcie 1Horror Night of the Comet - zdjęcie 2Horror Night of the Comet - zdjęcie 3Horror Night of the Comet - zdjęcie 4Horror Night of the Comet - zdjęcie 5Horror Night of the Comet - zdjęcie 6

"Od niepamiętnych czasów mknęła we wszechświecie poruszając się po eliptycznej orbicie, tak wielka, że nawet fakt jej powstania pozostaje tajemnicą w czasie i przestrzeni. Dziś, w ostatnich latach XX wieku odwiedzi nas ponownie". Ostatnim razem uczyniła to 65 milionów lat temu i dobrze wiemy jak na tym spotkaniu wyszły dinozaury. Na 11 dni przed Bożym Narodzeniem ludzkość otrzyma szczególny prezent - zagładę. Natomiast widz obdarowany zostanie mieszanką science-fiction, horroru i post-apocalypse, inspirującą się odrobinę legendarnym "Dniem Tryfidów" autorstwa Johna Wyndhama.

W powieści Brytyjczyka mieliśmy do czynienia z tajemniczym promieniowaniem tworzącym na niebie wspaniałe refleksy świetlne wywołujące masową ślepotę na Ziemi. W obrazie Eberhardta mamy do czynienia z kometą, która ani myśli trwale okaleczać ludzi, od razu zamienia ich w pył wapienny. Przeżyli jedynie nieliczni, ci którzy szczęśliwym trafem spędzili feralną noc w szczelnie zamkniętych stalowych pomieszczeniach. Ranek wita ich wyludnionymi ulicami pokrytymi stosami ubrań, których resztki właścicieli zdołał rozwiać poranny wiatr. W betonowej dżungli Los Angeles, gdzie rozgrywać będzie się od tej pory koszmar przetrwania, na bohaterów czeka szczególne niebezpieczeństwo. Osobnicy, którzy poddali się działaniu komety w pośrednim stopniu, zostali zainfekowani chorobą czyniącą spustoszenie w ich organizmach. Powoli zamieniają się w szybkie i agresywne zombi, niemalże rodem z "28 dni później".

Można by zaryzykować przypuszczenie, iż "28 dni później" Danny'ego Boyle'a czerpało inspirację z obrazu Eberhardta, ale niewielką. Tyczy się to w szczególności ukazanych na ekranie zombi, które bardziej przypominają zarażonych gniewem i żądzą mordu ludzi niźli ślamazarne potwory z horrorów Romero. Stąd domysł, iż w tej kwestii oba filmy inspirowały się genialną powieścią Jamesa Herberta "Mgła". Jednak "Noc komety" w przeciwieństwie do dzieła Boyle'a, które ukazało zarażonych takimi jakie widzial je Herbert w swej powieści, maksymalnie łagodzi ów motyw. Przez ponad półtorej godziny seansu naszym oczom ukazuje się jedynie pięć "zombiaków", na korzyść których przemawia tylko przyzwoita charakteryzacja Davida B. Millera ("Superstition") oraz Williama Snydera, współpracującego dwa lata wcześniej przy "The Thing" Carpentera. Za każdym razem, gdy któryś z nich łaskawie wyskoczy na ekran, wzbudza swymi ruchami salwy śmiechu. Wyjątek stanowi pierwszy z nich, atakujący główną bohaterkę w ciasnej uliczce koło kina, którego drzwi od wewnętrznej strony zdobi plakat "Death Race 2000". "Noc komety" nie przelewa nawet wiadra posoki. Dodatkowo film dobija wlecząca się fabuła, której autor podejmując się tematu apokalipsy nie zdobył się na żadną refleksję czy morał, które przy tego typu opowieściach aż proszą się by w nich zaistnieć. Niestety dla twórców liczy się bardziej zabawa, a może poprzez swych bohaterów, którym stale towarzyszą "cukierkowe" hity lat 80-tych typu "Living on the edge" i "Girls just want to have fun", starają się powiedzieć: "co z tego, że ludzkość szlag trafił, pieprzyć to, my żyjemy, tra la la la la...". Intencje reżysera stanowią dla mnie tajemnicę nie do okrycia, a kiczowata muzyka Davida Richarda Campbella i Toma Perry'ego zdaje się stać na jej straży.

Jakikolwiek suspens w owym filmie przepadł chyba wraz z całą ziemską populacją. Oczywiście wpleciono do horroru kilka ciekawych sekwencji, jednak większość z nich jest szybko rozładowywana wesołą muzyką. Idealnym przykładem jest scena, w której główny bohater, Hektor, wraca do rodzinnego domu, gdzie zastaje zarażonego chłopca. Następuje mocno zapowiadający się atak, lecz wrażenie to szybko nas opuszcza, widząc w jak komiczny sposób sekwencja ta została ukazana. Jednakże pojawia się kolejne skojarzenie z obrazem Danny'ego Boyle'a, w którym również zainfekowany młodzian rzuca się na główną postać.

Czy jest zatem w tym filmie coś wartego uwagi, cokolwiek? Jak najbardziej, w końcu nie na próżno otrzymał ocenę mierną z plusem. Przede wszystkim przyzwoite aktorstwo, które pozwala przebrnąć nawet przez najbardziej przegadane sceny. W całym horrorze jest ich kilka, jednak zabawne dialogi czynią je znośniejszymi. Na szczególne uznanie zasługuje kreacja Kelli Maroney ("Chopping Mall", "The Zero Boys"), odtwarzającej postać pociesznej blondynki Samanthy. Zadziorna, miętosząca między zębami gumę do żucia nastolatka w jej wykonaniu to zdecydowanie jedna z lepszych ról jakie zagrała. Uwagę zwraca też krótki występ Mary Woronov, za który to aktorka w 1985 została po raz drugi nominowana do Saturna (wcześniej było to za "Eating Raoul"). Dodatkowym plusem są zdjęcia urodzonego w Wenezueli, Artura Alberta, nadające początkowym partiom obrazu apokaliptycznej atmosfery. Ciągnące się kilometrami opustoszałe ulice Los Angeles, nad którymi unosi się czerwonawy pył, w obiektywie Alberta sprawiają wrażenie jakby owo kalifornijskie miasto zamieniło się w pustynię skutą tonami betonu. Bez życia, bez nadziei.

"Noc komety", której roboczy tytuł brzmiał "Teenage Mutant Horror Comet Zombies", wymagającego widza z pewnością na kolana nie powali. Thom Eberhardt, twórca "Sole Survivor", stworzył mimu kilku plusów obraz nieciekawy, częściej zabawny niźli przerażający i to głównie z powodu głupoty twórców aniżeli przemyślanych sytuacji. W wyniku tych zamierzonych lub niezamierzonych działań powstała lekka historia o komediowym zabarwieniu mająca niewiele wspólnego z horrorem, jakiego większość z was mogłaby się spodziewać po opisie fabuły.

Ocena: 2+/6

Autor: Lobo