Recenzja horroru

Horror Naked Blood

Naked Blood

Tytuł oryginalny:

Megyaku: Akuma no yorokobi

Reżyseria:

Hisayasu Sato

Scenariusz:

Taketoshi Watari

Obsada:

Misa Aika, Sadao Abe, Mika Kirihara

Kraj:

Japonia

Rok produkcji:

1995

Czas trwania:

76 minut

Horror Megyaku: Akuma no yorokobi - zdjęcie 1Horror Megyaku: Akuma no yorokobi - zdjęcie 2Horror Megyaku: Akuma no yorokobi - zdjęcie 3Horror Megyaku: Akuma no yorokobi - zdjęcie 4Horror Megyaku: Akuma no yorokobi - zdjęcie 5Horror Megyaku: Akuma no yorokobi - zdjęcie 6

Dla niektórych gore to bezmyślna rozrywka. Jak z zapałem przekonywał Mirosław Pęczak w swoim niechlubnym artykule - "dobre gore to jak najdalej idąca przesada". Można to rozumieć dwojako: sprowadzać rzeź na ekranie do absurdu lub pokazywać najbardziej niewiarygodne akty okrucieństwa. W każdym razie dla pożal się boże krytyków popularnych gore to niepoważna rozrywka i prymitywizm w najlepszym wydaniu. Ciekawe co by taki krytyk stwierdził w zetknięciu z filmami, które pod płaszczykiem epatowania makabrą próbują przemycić kilka głębszych refleksji? Ale dajmy spokój pęczkopodobnym tworom, bo nie kopie się leżącego. Lepiej skierować swoją uwagę w stronę dzieła oryginalnego, niepokojącego i szokującego. Bo takie jest "Naked Blood" Hisayasu Sato.

Eiji, siedemnastoletni syn kontrowersyjnego naukowca, jest u progu przełomowego odkrycia. W domowych warunkach wyprodukował preparat, który całkowicie może zmienić oblicze ludzkości. "My Son", bo tak się ów specyfik nazywa, jest radykalnym środkiem przeciwbólowym, który ma szanse zlikwidować ludzkie cierpienie. Mechanizm jego działania jest następujący - w momencie, kiedy człowiek odczuwa ból, w mózgu zaczyna się produkcja endorfin, które mają uśmierzać nieprzyjemne doznania. Lek wytworzony przez chłopaka intensyfikuje wydzielanie hormonów, by całkowicie usunąć uczucie bólu. W celu sprawdzenia efektów wynalezionej substancji, Eiji podstępem aplikuje ją trzem dziewczynom, które biorą udział w testowaniu nowego środka antykoncepcyjnego. Młody geniusz zaczyna obserwować młode kobiety. Ale w stosunku do jednej - Riki, odczuwa coś więcej niż naukową ciekawość. Nieśmiało i nieporadnie próbuje się do niej zbliżyć. A eksperyment tymczasem, jak to często bywa, wymyka się spod kontroli...

Film nakręcony jest w chłodny wykalkulowany sposób. Dominują zimne kolory i aseptyczne wnętrza. Oprawa wizualna tworzy nieprzyjemny kliniczny nastrój eksperymentu. Te wrażenia są kontrapunktowane krwawymi ekscesami. Dziewczyny bowiem pod wpływem działania "My Son" zaczynają się okaleczać. Skoro ból wywołuje produkcję endorfin, które związane są również z odczuwaniem przyjemności, to każde dodatkowe cierpienie staje się jednocześnie rozkoszą. I spirala nakręca się sama, prowadząc młode kobiety do coraz to bardziej drastycznych okaleczeń. Trzeba przyznać, że Sato posuwa się bardzo daleko w wymyślaniu sposobów destrukcji ludzkiego ciała. W którym innym filmie można zobaczyć, jak kobieta zjada z ekstatyczną rozkoszą własną pochwę? Oprócz tego mamy nieprzyjemną scenę ekstrakcji oka. No, ale do takich motywów kino japońskie zdążyło widza już przyzwyczaić. To swoisty znak firmowy produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni. Jednak ta tryskająca krew wydaje się być nieco na dalszym planie. Reżyser nie miał na celu stworzenia najbardziej szokującego filmu wszechczasów. Gore służy tu tylko jako dodatek do snutej przez Sato opowieści. Niektórzy chcą w tym widzieć filozoficzną rozprawkę...

Mam poważne wątpliwości czy "Naked Blood" jest faktycznie głębszym dziełem. Z jednej strony mamy tu obiecującą zapowiedź kina z intelektualnymi pretensjami, ale wszystko spełza na niczym. Punkt wyjściowy wydaje się ciekawy - człowiek nie jest zdolny do egzystencji bez doświadczenia bólu. Potwierdza to zresztą praktyka dnia codziennego, bo istnieją schorzenia, gdzie chory nie odczuwa fizycznych dolegliwości - jest to bardzo niebezpieczne zjawisko i musi być traktowane z największą uwagą i ostrożnością. Na poziomie filozoficznym również nie sposób się nie zgodzić z powyższą konstatacją. Przyjemność i cierpienie są dwoma krańcami tego samego kontinuum - bez jednego nie istnieje drugie. Jednak Sato raczej bawi się samą koncepcją zniesienia nieprzyjemnych doznań, niż faktycznie ją rozważa i bada. Bawi się zwłaszcza wzajemnym spleceniem bólu i przyjemności. Biorąc pod uwagę, że reżyser wcześniej działał głównie na polu pinku eiga nie powinno to dziwić. Ale też nie należy oczekiwać dzieła głębokiego czy zmuszającego do refleksji. "Naked Blood" to bardziej poważne potraktowanie tematu z "He Never Dies", ale też i niewykorzystany potencjał.

Jedno trzeba reżyserowi oddać - swoją historię zbudował solidnie. Przynajmniej jeśli chodzi o postaci pojawiające się na ekranie. Eiji jest nieodrodnym synem ojca - geniusz, który jest opętany wizją swojego wynalazku. Bardzo tęskni za swoim mentorem, co ma odbicie w nazwie, jaką nadaje swojemu dziełu - "Mój syn". Dziewczyny biorące udział w testach preparatu antykoncepcyjnego również nie są tylko papierowym mięsem armatnim rzuconym na pastwę chorobliwej wyobraźni twórcy. Choć nie dowiadujemy się z jakich powodów biorą udział w testach, to dowiadujemy się o ich obsesjach i hierarchii wartości, która staje się przyczyną ich zguby. Również Rika, główna postać kobieca ma swoją tajemnicę i historię. I wszystko co pokazane zostaje na ekranie ma swoje logiczne uzasadnienie we wcześniejszych wydarzeniach.

Na poziomie struktur fabularnych mamy do czynienia z opowieścią o szalonym naukowcu i wynikach eksperymentu, które wydostają się spod kontroli. A wszystko to podane w estetyce gore z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z jednej strony wielka umowność - Eiji swojego epokowego odkrycia dokonuje w domowym zaciszu, sztuczność całego eksperymentu i izolowanie tych wątków fabuły, które reżyserowi są wygodne. Z drugiej mamy krwawą łaźnię, które urządzają sobie dwie dziewczyny i otwarte zakończenie, apokaliptyczno pesymistyczne w swojej wymowie. Jakby się komuś chciało podywagować, to może się zastanawiać dlaczego Rika nie poddała się działaniu środka i dlaczego zrobiła to, co zrobiła. Mnie takie rozważania wydają się jałowe. Film ogląda się z zainteresowaniem, efekty robią wrażenie, kliniczny chłód ma swój urok, ale bez przesady. Czy więc rację należy przyznać Pęczakowi? A gdzie tam. Film Sato może być przyczynkiem do kilku refleksji, choć dość powierzchownych, to jednak głębszych niż tych po projekcji "Boogeymana", którym to filmem publicysta "Polityki" się zachwycał.

Ocena: 4/6

Autor: Grzegorz