Recenzja horroru

Horror My Bloody Valentine 3-D

My Bloody Valentine 3-D (Krwawe Walentynki 3D)

Tytuł oryginalny:

My Bloody Valentine 3-D

Reżyseria:

Patrick Lussier

Scenariusz:

Todd Farmer, Zane Smith

Obsada:

Jensen Ackles, Jaime King, Kerr Smith, Betsy Rue

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2009

Czas trwania:

101 minut

Horror My Bloody Valentine 3-D - zdjęcie 1Horror My Bloody Valentine 3-D - zdjęcie 2Horror My Bloody Valentine 3-D - zdjęcie 3Horror My Bloody Valentine 3-D - zdjęcie 4Horror My Bloody Valentine 3-D - zdjęcie 5Horror My Bloody Valentine 3-D - zdjęcie 6

Wiadomo, że spece od marketingu zawsze wynajdą jakiś piękny slogan, aby przyciągnąć widownię na salę kinową. "Krwawe Walentynki 3D" mają rzekomo oferować "nowy wymiar horroru", coś czego jeszcze w gatunku nie widzieliśmy. Jednak zastosowanie technologii trójwymiarowej nie jest w kinie grozy żadną nowością i wiąże się z jego historią na dobre już od lat 50-tych zeszłego wieku za sprawą m.in. takich filmów jak "It Came from Outer Space" (1953) czy "House of Wax" (1953) z Vincentem Pricem. W następnych dekadach również pojawiały się produkcje korzystające z dobrodziejstwa trzech wymiarów ("Flesh for Frankenstein", 1973), a swoisty boom zapanował na początku lat 80-tych zeszłego stulecia. W owym czasie powstało kilka takich obrazów ("Parasite"), a trzecie części popularnych serii horrorów w tytule dostawały literkę "D" ("Piątek Trzynastego 3-D" czy "Amityville 3-D"). We wszystkich tych przypadkach miało to oczywiście na celu uatrakcyjnienie odbioru filmu poprzez spotęgowanie nastroju grozy, a później również wzmocnienie krwawych efektów. Tyle, że zabieg ten okazał się na dłuższą metę nieskuteczny i bardzo szybko stracił swój intrygujący charakter. Tym samym po raz kolejny rację miał mistrz Hitchcock, który przy okazji kręcenia "M jak Morderca" wyraził się dość jednoznacznie o tego typu filmach, uważając je za szybko przemijającą modę. Moda ma jednak to do siebie, że co jakiś czas powraca i chcąc nie chcąc zagnieżdża się na jakiś czas w naszej kulturze. Wszystko wskazuje na to, że właśnie w kinie grozy trafiliśmy na okres powrotu do odstawionej nieco na boczny tor techniki filmowania w trójwymiarze.

Wszystko za sprawą kilku horrorów, które powstały (lub powstaną, vide "Pirania 3-D" czy ogłoszony właśnie remake "Re-Animatora") w niewielkim odstępie czasu. Można się zastanawiać, czy jest to spowodowane tym, że producenci całkowicie nie mają inwencji (to stwierdzenie niepokojąco często pojawia się w recenzjach nowych horrorów), czy po prostu w mniej więcej tym samym czasie kilku ludziom zaświtała w głowie ta sama idea. Raczej to pierwsze, bo skoro zaczyna się kręcić nowe wersje najbardziej znanych horrorów o dużo bardziej chwytliwych tytułach ("Piątek 13-tego") trzeba zwrócić na siebie uwagę w inny sposób. Reżyser Patrick Lussier postanowił więc sięgnąć po całkiem udany, choć nie tak dobrze znany, kanadyjski slasher z 1981 r. i dodatkowo przyozdobić go efektowną zabawą w trójwymiarze. Oryginał, który mimo że powstał na fali największej popularności nurtu, nigdy nie zyskał sobie takiej sławy jak amerykańskie produkcje, dlatego odświeżenie tego tytułu wydawało się być dobrym pomysłem. Chociażby z tego powodu, że wiele osób mogłoby po niego sięgnąć. A od razu napiszę, że warto, bo mimo iż nakręcony "jedynie" w dwóch wymiarach, jest filmem lepszym niż wersja z 2009 r. przygotowana przez Lussiera. Być może również dlatego, że fabularnie odbiega on od pierwowzoru zachowując jedynie ramy opowieści, charakterystyczną postać mordercy oraz kilka jedynie luźno nawiązujących do niego scen (jak np. osławiony mord w pralni).

W wyniku rażącego zaniedbania niedoświadczonego górnika, w kopalni dochodzi do wypadku, w którym życie traci pięć osób. W rok po tym wydarzeniu, w dniu Św. Walentego, jedyny ocalały mężczyzna, Harry Warden, przebrany w górniczą maskę, nagle wpada w morderczy szał i zabija kilofem kilkudziesięciu mieszkańców spokojnego miasteczka, po czym sam ginie. Dokładnie w dziesiątą rocznicę tej tragedii, ktoś znowu rozpoczyna krwawe żniwo. Podejrzenie pada na górnika odpowiedzialnego za nieszczęście w kopalni, który właśnie powrócił w rodzinne strony. A może to jednak duch Harry’ego Wardena postanowił dokończyć to, co zaczął dekadę temu?

Patrząc na dotychczasowe dokonania reżysera trudno znaleźć jakieś lepsze tytuły. Seria filmów o "Draculi" to wszystko filmy, których nie można zaliczyć do udanych. Mimo tych kilku prób oraz artystycznej opieki Wesa Cravena, który zatrudniał go jako montażystę przy wielu swoich produkcjach (trylogia "Krzyk", "Cursed"), nie udało mu się osiągnąć przyzwoitego poziomu reżyserskiego i pozytywnie zapisać w historii gatunku. Podejrzewam, że "Krwawe Walentynki 3D" też nic w tej kwestii nie zmienią, bo jego najnowsze dzieło, mimo szczerych chęci, trudno uznać za w pełni udane. Wystarczy bowiem spojrzeć na nie z "normalnej" dwuwymiarowej perspektywy, a wszystkie niedoskonałości, błędy i warsztatowe braki momentalnie wypłyną na wierzch. Mowa nie tylko o scenariuszowych dziurach, w których pełno jest niestworzonych sytuacji, mało wiarygodnych postaci oraz innych drobnych potknięciach, jak rzucająca się w oczy miniatura kopalni w początkowych scenach filmu. Lussier w żaden sposób nie umie znaleźć recepty, jak wszystko to wyprostować, nawet nie stara się podjąć walki, spróbować zmienić to niekorzystne wrażenie. Jest to dość charakterystyczne, jeśli przeanalizuje się "Krwawe Walentynki 3D" pod kątem nurtu, do jakiego go zaliczamy. Wyraźnie widać wtedy punkty zbieżne z innymi jego reprezentantami– irracjonalne działania bohaterów czy całkowicie oderwane od całości sceny są tego najlepszym dowodem. Tyle, że nie wygląda mi to na świadome działanie tylko na najzwyklejszy w świecie brak umiejętności (niemniej można stwierdzić, że w pewnym sensie, paradoksalnie, udało się reżyserowi spełnić zadanie jakie sobie postawił polegające na odwzorowaniu atmosfery starych slasherów). Dlatego też jedyny, i przyznajmy od razu, że skuteczny kamuflaż, jaki mu pozostaje to 3-D. Wszystko zostało podporządkowane formie, w jakiej film powstał, natomiast treść (a przy okazji fatalne aktorstwo i puste dialogi) została zepchnięta na bardzo odległe miejsce. Jeśli przyjrzeć się "Krwawym Walentynkom 3D" z bliska to łatwo zauważyć, że jest to obraz absurdalny i po prostu głupi. Gdyby nie przeniesienie go w trzeci wymiar mielibyśmy do czynienia z najzwyklejszą w świecie fuszerką, ale to akurat jest cechą charakterystyczną podobnych produkcji. W tym miejscu przypomina mi się seans "Nocy żywych trupów 3-D" w ramach Horrorfestiwalu 2007, kiedy nie dostarczono okularów – kto uświadczył, ten jest sobie w stanie wyobrazić, jak to się może prezentować.

Ale kto idąc na film zrealizowany taką techniką nie jest nastawiony na jego odbiór innaczj niż przez specjalne okulary? Czas przejść do głównej atrakcji filmu, czyli efektu trójwymiarowości. I tutaj już z samego początku pozytywne zaskoczenie: reżyser wie dokładnie co i jak pokazać, aby widownia była zadowolona. I tu faktycznie mogło się przydać doświadczenie Lussiera przy montowaniu innych filmów. Swoje dobre wyczucie potwierdza już w jednej z pierwszych scen, gdy po ciosie kilofem oko opuszcza oczodół i zbliża się do widza. Ale to dopiero początek – takich przyjemności czeka na widza jeszcze wiele: od strzelby wymierzonej prosto między nasze oczy, przez konary drzew przebijające szybę samochodu i muskające nasze skronie, po rzucony z olbrzymią siłą kilof, który trafia nas w środek czoła. Przyznaję, że bardzo mi się to podobało, bo niejednokrotnie chciałem chociażby takiego rzutu uniknąć. Duża w tym zasługa specjalnie opracowanego przez firmę Paradise FX na potrzeby filmu systemu, który faktycznie w niezwykły sposób przenosi nas momentami do samego centrum akcji. A że do tego jest dość krwawo, bo twórcy postanowili, że tytuł do czegoś jednak zobowiązuje, to efekt przez to jest jeszcze lepszy. Niektóre sceny mogą się wydawać mocno przesadzone, udziwnione, podporządkowane priorytetowi efekciarstwa, jednak twórcy starali się trochę trzymać to w ryzach. Dzięki temu jest krwawo, trochę nienaturalnie i momentami śmiesznie (mord na karlicy, notabene potwierdzający dystans twórców do projektu), ale nie na tyle by popaść w groteskę. Trzeba twórcom oddać, że swój cel osiągnęli, a zadanie, jakie sobie założyli wykonali bardzo dobrze. Posłużyli się systemem 3-D w sposób, w jaki po prostu należało to zrobić, aby dać widzom satysfakcję z oglądania. Dla porównania goszcząca na naszych ekranach kilka miesięcy wcześniej "Blizna 3-D" zupełnie nie wykorzystuje możliwości, jakie daje ta technologia. Pod tym względem film Lussiera bije go na głowę. A sam reżyser najwyraźniej również był zadowolony z efektu, bo już teraz wiadomo, że jego kolejna produkcja, "Condition Dead 3D", jak sugeruje sam tytuł, również będzie nakręcona w podobny sposób.

I tak trzeba do "Krwawych Walentynek 3D" podejść i w takich kategoriach go oceniać. To miała być czysta rozrywka, przygotowana dla widzów, którzy wolą podziwiać chluśnięcia krwi i świszczące w powietrzu kilofy, a nie zastanawiać się nad konstrukcją scen i zawiłościami scenariusza. Ja w ten sposób podszedłem do filmu i nie żałuję, bo bawiłem się całkiem dobrze (niemniej na potrzeby recenzji uruchomiłem jednak krytyczne oko). Nadal pozostanę oczywiście wierny tradycyjnemu kinu, ale na taką trójwymiarową masakrę co jakiś czas mogę się do multipleksu wybrać. A na słowa recenzenta z "Wybiórczej", który skrytykował film i stwierdził, że "miłośnicy filmowych strachów, podobnych fabuł widzieli już mnóstwo, a ci, co tego rodzaju kina nie lubią, spokojnie mogą sobie >>Krwawe walentynki 3D<< darować (...) chyba że ktoś chce się przekonać, jakie to uczucie, gdy kilof wychodzi z ekranu i trafia prosto w naszą głowę" mam tylko jedną odpowiedź: w takim razie jest to film dla mnie.

Ocena: 3+/6

Autor: Mort