Recenzja horroru

Horror Mutant

Mutant

Tytuł oryginalny:

Mutant

Reżyseria:

John „Bud” Cardos

Scenariusz:

Michael Jones, John C. Kruize, Peter Orton

Obsada:

Wings Hauser, Bo Hopkins, Jody Medford, Lee Montgomery, Marc Clement

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1984

Czas trwania:

99 min.

Gdy spojrzeć na amerykański film grozy z perspektywy minionego czasu, od razu można zauważyć jak trwale najróżniejsze jego maszkary zadomowiły się w małych, przytulnych miasteczkach. To przysłowiowe zejście horroru pod strzechy, dość gwałtowne na początku lat 70-tych, pozwoliło wkraść się w ramy codzienności, by tym skuteczniej siać wśród ludzi strach i cierpienie. Spokojne dotąd osiedla zastąpiły wilgotne lochy, a trapiące naszą rzeczywistość problemy z łatwością dawało się wykorzystać na potrzeby licznych, często wręcz kuriozalnych fabuł. Toksyczne odpady, gazy i podejrzanego pochodzenia chemikalia, nie były w kinie lat 70-tych nowością, ale to dopiero w tym okresie w pełni ukazały koszmarne w swych skutkach konsekwencje ich nieprzemyślanego użytkowania. W "The Crazies" z 1973 roku tajemniczy gaz bojowy zamienia mieszkańców miasteczka w Pensylwanii w morderców. Na skutek kontaktu z radioaktywnym gazem grupa dzieciaków z Nowej Anglii zamienia się w zombi w obrazie "The Children", a w "The Being" z 1983, trujące odpady zamieniają chłopca z Idaho w mutanta. Podobnie rzecz ma się w filmie Johna "Buda" Cardosa, będącym nie do końca udanym "miksem" wcześniej wspomnianych pozycji. Są w nim mutacje, "zombiaki" i nieokiełznana żądza mordu, a to wszystko w mrocznej tonacji, przeplatanej na zmianę gęstą mgłą i potokiem beznadziejnych dialogów.

Groza startuje z pogrążonej w lesie drogi, przecinającej pełną zdziwaczałych "tubylców" okolicę o myśliwskich tradycjach. To właśnie z tym umiarkowanie przyjaznym "kwiatem" amerykańskiej prowincji styka się dwójka spokojnie podróżujących braci. Jak zapewne wielu z was się orientuje, nie najlepiej na tym wychodzą. Kapryśny los zsyła ich do zapomnianego miasteczka, gdzie nie sposób bez solidnej bójki wychylić piwa. Ostatecznie noc przyjdzie im spędzić w starym drewnianym domu, zatopionym w oparach mgły, przy nastrojowym cykaniu świerszczy. Dźwięk nasila się, kompozycje Richarda Banda stają bardziej nerwowe, a kamera sprawnie oprowadza widza po trzewiach budynku. Niestety owa atmosfera pojawia się i znika, a fabuła kilkakrotnie zmienia tor, co wcale nie wpływa na podniesienie suspensu czy pomnożenie tajemnic. Scenarzyści błądzą po mieścinie w sidła, której wpadają bracia Josh i Mike, zdradzając ten sam stopień zagubienia, co bohaterowie. Zrodziło to w filmie Cardosa wiele ślepych zaułków, w które widz zostaje zapędzony, lecz nikt już nie dba o sprawne wyprowadzenie go z tego potrzasku. Akcja w tych momentach startuje z zupełnie innego punktu, tak jakby panowała w tym wszystkim pewna umowność. Niestety luki fabularne, jakie ze sobą niesie, nawet najbardziej wypranej z emocji publiczności nie pozwala się na nią zgodzić. W niczym nie pomaga przy tym aktorstwo, katastrofalna kreacja Jody Medford w roli Holly Pierce, dobija wręcz całość. Podobnie Richard Band, który mimo kilku udanych wejść i drażniących nerwy dźwięków, tworzy muzykę zbyt ckliwą i melodramatyczną jak na tak mroczny momentami obraz.

Tak, oto jest bowiem ta dobra strona horroru Cardosa. Ponure, rozgrywające się w pochłaniającej kształty czerni, nocne sekwencje, pełne wyjątkowo szybkich i toksycznych przeciwników. To oni, zrodzeni dzięki chemicznym odpadom, stają się największą zmorą głównych bohaterów, których rozpaczliwe próby opuszczenia zacnej mieściny, eksplodują raz po raz fajerwerkiem grozy. Pozwala to odetchnąć od zbyt licznych dialogów i bezcelowych spacerków pierwszoplanowych postaci. Ostatnie dwadzieścia minut rozegrane przy wtórze przeraźliwych wrzasków, pozwala nawet stwierdzić, iż pan Cardos począł się do projektu przykładać, choć nie na tyle jakbyśmy tego wszyscy chcieli. Ja się jednak nie dziwię skoro jest on aktorem, statystą, reżyserem, producentem, scenografem, a nawet twórcą efektów wizualnych do rewelacyjnego "Vengeance is mine" z 1974 roku. Zapewne ciężko komuś takiemu być dobrym we wszystkim i to za każdym razem. Prawda jest jednak taka, że John "Bud" Cardos nigdy nie wyszedł ponad swój pewien określony poziom, jaki skromnie nazwałbym przeciętnym. Zgodzi się każdy, kto miał okazję podziwiać "Kingdom of Spiders", "The Dark" czy "The Day Time Ended". "Mutant", znany również jako "Night Shadows", często mylony z "Forbidden World" Allana Holzmana (tytuł alternatywny "Mutant"), nie pozostaje w tym zestawie wyjątkiem.

Jednakże pomimo całej swej schematyczności i kulejącej akcji, pozostaje w tym obrazie pierwiastek wyłamujący się wszelkim miażdżącym atakom krytyki. Bezwzględny, morderczy wróg, wobec którego można by zaryzykować stwierdzenie, że jest prymitywnym zalążkiem tego, co grasowało "28 dni później".

Ocena: 3+/6

Autor: Lobo