Recenzja horroru

Horror Mu zan e

Mu zan e

Tytuł oryginalny:

Muzan-e: AV gyaru satsujin bideo wa sonzai shita!

Reżyseria:

Daisuke Yamanouchi

Scenariusz:

Daisuke Yamanouchi

Obsada:

Yuki Emoto, Naohi Hirakawa, Kenichi Kanbe, Shigeki Katô

Kraj:

Japonia

Rok produkcji:

1999

Czas trwania:

65 minut

Horror Muzan-e: AV gyaru satsujin bideo wa sonzai shita! - zdjęcie 1Horror Muzan-e: AV gyaru satsujin bideo wa sonzai shita! - zdjęcie 2Horror Muzan-e: AV gyaru satsujin bideo wa sonzai shita! - zdjęcie 3Horror Muzan-e: AV gyaru satsujin bideo wa sonzai shita! - zdjęcie 4Horror Muzan-e: AV gyaru satsujin bideo wa sonzai shita! - zdjęcie 5Horror Muzan-e: AV gyaru satsujin bideo wa sonzai shita! - zdjęcie 6

Yamanouchi Daisuke jakis czas temu zyskał sobie ograniczoną internetową sławę, jako ekstremista kina dla dorosłych. Unearthed Films wydało dwie części "Red Room" na anglojęzycznym rynku, pozostałe filmy reżysera dostępne są wyłącznie w wydaniach pirackich. Jak się okazało twórczość Japończyka to mało interesująca zbieranina obrzydliwych pomysłów, krwawych scen i seksu, która pewnie ma swoją niszę i wiernych odbiorców, ale to tylko celuloidowy śmieć. Yamanouchi zdaje się kręcić swoje obrazy niczym Bil Zebub – ruchome obrazki dla wszelkiej maści onanistów, których mikrofetysze są zbyt odjechane nawet dla bogatego pornograficznego rynku. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że twórca "Senketsu No Kizuna" jest współscenarzystą nowej odsłony słynnej serii "All Night Long" Matsumura Katsuya. Wydaje się jednak, że jest w twórczości Yamanouchi przynajmniej jeden film, który niesie ze sobą nieco więcej niż tylko epatowanie obrzydliwością (choć i tego oczywiście zabraknąć nie mogło) – wariacja na temat fenomenu snuff, czyli "Muzan E".

Film nakręcony w paradokumentalnym stylu, podąża śladami reporterki, która usiłuje spenetrować rynek obrazów snuff. Odwiedza seks shopy, rozmawia ze znawcą tematu, dociera na plan fetyszystycznej produkcji pornograficznej. W końcu, ekipie filmowej udaje się wejść w posiadanie kasety wideo, na której zarejestrowano brutalne morderstwo. Próbując dowiedzieć się więcej, reporterka i filmowcy trafiają w odludne miejsce poza miastem, gdzie czeka ich przykra niespodzianka. Wpadają w ręce gangu, który nakręcił ów film ostatniego tchnienia.

Oglądanie filmów bez przetłumaczonej listy dialogowej to dość osobliwa rozrywka. Zwłaszcza tam, gdzie istotna jest również fabuła, bo mało który film jest w stanie przekazać głębię treści wyłącznie za pomocą obrazu. W przypadku twórców kręcących swe dziełka za śmiesze pieniądze kamerą wideo jest to boleśnie ewidentne i oczywiste. Jeśli chodzi o sporą część filmografii Yamanouchi tłumaczenia są zupełnie zbyteczne, bo zbieranina pseudo-trasgresywnych scen tylko udaje normalne filmy. Tak samo jak nikt przy zdrowych zmysłach nie zgłębia meandrów fabularnych szwedzkich pornosów. Niemniej jednak, w przypadku "Muzan E" reżyser sprawia wrażenie, że słowa, które padają z ekranu mają istotny związek, z tym co próbuje opowiedzieć. Z drugiej strony bariera językowa dodaje pewnego smaczku i niemalże powiewu realizmu wydarzeniom. W końcu jeśli istniałby prawdziwy film snuff, który przypadkowo wpadł w czyjeś ręce, trudno oczekiwać, by oprawcy zadali sobie trud przetłumaczenia słów padających z ekranu, tak by żądny sensacji zachodni widz mógł je zrozumieć. Mit snuff opiera się przecież założeniu, że takie filmy kręci się tam, "gdzie życie jest tanie". W domyśle jakiś egzotyczny kraj, gdzie morderstwo łatwo można zatuszować.

Yamanouchi, być może przypadkiem, obnaża naiwność entuzjastów teorii, że "skoro daje się o tym pomyśleć, to na pewno, ktoś to zrobił", którzy z zapałem twierdzą, że fakt, że nigdy jeszcze nie odkryto prawdziwego obrazu ostatniego tchnienia (z kilkoma wyjątkami, które nie spełniają definicji "snuff movie" obecnego w świadomości masowej, ale przedstawiają prawdziwą śmierć specjalnie utrwaloną na filmie), tym bardziej potwierdza, że one istnieją. Japoński reżyser w końcowej partii filmu odkrywa, że reportaż był od początku do końca sfingowany – przeprowadzono casting do roli dziennikarki, jak również do roli aktorki porno. Okazuje się, że nawet urywki filmu, gdzie filmowany jest seks z menstruującą kobietą były kręcone przez jedną i tę samą ekpię, a za pikselami, którymi zamazano twarz kobiety, kryje się "dziennikarka". Bardzo trafnie zostaje więc zobrazowany mechanizm, który podsyca wciąż zainteresowanie tematem. Ponieważ w kulturze masowej mem snuff jest żywotny, kolejni reżyserzy próbują wycisnąć trochę pieniędzy z tematu. I tak to się kręci.

"Muzan E" to pod względem technicznym typowe dla reżysera niskobudżetowe dzieło. Kamera wideo i mikroskopijny budżet. A Yamanouchi nie byłby sobą, gdyby nie wplótł w fabułę kilku scen, które mogą zemdlić nawet co wytrwalszych i odpornych widzów. Nie mogło zabraknąć takich obrazów jak wycinanie nożyczkami warg sromowych czy odryzania brodawki sutkowej. Tym razem Japończyk postanowił chyba przebić samego siebie - pokazuje z całą dosłownością fetyszystyczne porno menstruacyjne. Nie byłby również sobą, gdyby nie przekształcił tego w ultrafetysz – z wysysaniem tamponów nasączonych krwią, rozchlapywaniem krwi po podłodze łazienki, stylizowanym na gwałt seksem włącznie. Służy mu to do pokazania spirali deprawacji, zstępowania do kolejnych kręgów undergroundowej produkcji. Zdaje mi się jednak, że te właśnie momenty filmu sprawiły mu najwięcej przyjemności podczas kręcenia. Jednak to, co w "Muzan E" jest frapujące i nie pozwala automatycznie zakwalifikować go jako stymulatora masturbacyjnego, to ów niezmiernie w sumie prosty, lecz diabelnie efektywny zabieg pokazania filmu w filmie. Odjazd kamery w kluczowej scenie powoduje wyrwanie widza z pierwotnego trybu odbioru, zmusza do ponownej analizy obejrzanego przekazu. Oczywiście nie jest żadne novum, wręcz dosłowne nawiązanie do "Snuff" Shackletona. Ale to właśnie ta metafilmowość sprawia, że film Yamanouchi jest o wiele bardziej intrygujący. Co, umówmy się, nie jest tak naprawdę wielkim osiągnięciem w porównaniu z z obrazem z 1976 roku, bo ten ostatni ma wartość jedynie historyczną.

Tak więc widz dostaje paradokumentalną wycieczkę po japońskich sklepach dla dorosłych, gadające głowy, ekstremalne porno, by w końcu ujawnić naiwność oglądającego. Ale Yamanouchi przygotował jeszcze jedną niespodziankę na samym końcu fabuły, kiedy wydaje się, że nic więcej się nie wydarzy. Do recenzji zasiadałem mocno przekonany, że przy ponownym zmierzeniu się z "Muzan E" nie zostawię na nim suchej nitki. A jednak jest w nim coś co intryguje. Oczywiście należy sobie zdawać sprawę, że jest to obraz reżysera AV, żadna wysokobużetowa próba zarobienia pieniędzy na ludzkiej potrzebie tajemnicy i skłonności do spiskowych teorii a la "8 mm". Paradoksalnie jednak owa tandetność przemawia za filmem japońskim. Bo też nie ma co próbować oceniać tego typu kina wedle reguł wypracowanych przez krytykę mainstreamową.

Ocena: 4/6

Autor: grzEGOrz