Recenzja horroru

Mosquito the Rapist
Tytuł oryginalny:
Mosquito der Schänder
Reżyseria:
Marijan David Vajda
Scenariusz:
Mario d'Alcala
Obsada:
Werner Pochath, Marion Messner, Gerhard Ruhnke, Ellen Umlauf
Kraj:
Szwajcaria
Rok produkcji:
1976
Czas trwania:
100 minut






Werner Pochath wciela się tutaj w postać głuchego niemowy, który przeżył straszliwą traumę w dzieciństwie. Bity i poniżany przez sadystycznego ojca alkoholika był również świadkiem molestowania seksualnego własnej siostry. Jako dorosły już mężczyzna mieszka samotnie w swoim domowym zaciszu i kolekcjonuje lalki. Cierpi jednak na dziwaczną obsesje: jest zafascynowany widokiem krwi spływającej po ciele. Pewnej nocy włamuje się do zakładu pogrzebowego i okalecza znajdującego się tam trupa pięknej kobiety. Z czasem jego żądza krwi przeradza się w nałóg: zaczyna krążyć po miejscowych cmentarzach i zakładach pogrzebowych w poszukiwaniu świeżych ciał młodych kobiet. Zawsze nacina zwłoki używając noża, a potem łapczywie wysysa krew za pomocą szklanej rurki.
Ten dołujący i mocno depresyjny horror śmiało można uznać za prekursora takich nekrofilskich filmów grozy jak "Nekromantik" czy "Lucker". Nie należy się temu zbytnio dziwić, bo "Mosquito the Rapist" nie zalicza się definitywnie do filmów przyjemnych w odbiorze. Przesycony jest wszakże niezwykle perwersyjną aurą, a niektóre sceny potrafią porządnie zaszokować. Na sam widok Pochatha, który z obłąkanym wyrazem twarzy zbliża się do leżącego w trumnie martwego ciała kobiety przeszywał mnie zimny dreszcz. I choć efekty specjalne nie są zbyt przekonywujące, to nekro-wampiryczna tematyka filmu stanowi niewątpliwie niezwykle oryginalny koncept.
"Mosquito the Rapist" jest przykładem kina eksploatacji, ale mającego pewne artystyczne zapędy. Oprócz sporej dawki nagości i perwersji znalazło się w nim miejsce na kilka iście surrealistycznych wizji zrodzonych w pokręconym umyśle Pochatha. Nadzwyczaj interesujący jest zwłaszcza wątek miłości krwiopijcy, którą żywi do młodej dziewczyny z sąsiedztwa. Ta urocza blondynka uwielbia tańczyć w zwiewnej sukience, a kiedy umiera wskutek tragicznego wypadku Pochath jest zrozpaczony. Po uroczystym pogrzebie zostaje na cmentarzu, wykopuje jej zwłoki z grobu, sadza martwą ukochaną na ławeczce pośród drzew i dokonuje aktu nekrofilii składając na jej sinych ustach ostatni, pożegnalny pocałunek. Jest to niezwykle piękna i przerażająco smutna scena, która jak dla mnie jest najlepszym momentem filmu.
Praktycznie jedynym większym mankamentem "Mosquito the Rapist" jest irytująca na dłuższą metę organowa ścieżka dźwiękowa, która momentami psuje całkowicie nastrój. Mimo wszystko, jak już zaznaczyłem wcześniej, film ten jest unikatowy, a i ogląda się go dużo lepiej niż wiele podobnych obrazów o tematyce nekrofilskiej.