Recenzja horroru

Moonstalker (Księżycowy morderca)
Tytuł oryginalny:
Moonstalker
Reżyseria:
Michael O'Rourke
Scenariusz:
Michael O'Rourke
Obsada:
Blake Gibbons, Ingrid Vold, John Marzilli, Tom Hamil, Jil Foor
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1988
Czas trwania:
92 minuty
Po raz kolejny leśne ostępy staną się areną makabrycznych wydarzeń. Tym razem sprawcą zastraszającej liczby nagłych zgonów będzie Bernie, maniak nad wyraz wybornie posługujący się siekierą. Zimową porą, iskrzący się w świetle księżyca śnieg, przyjmie niepokojąco czerwoną barwę.
Niedaleko obozującej na totalnie wyludnionym campingu rodziny zatrzymuje się swą doświadczoną przez czas przyczepą, podejrzany staruszek. Wieczorem przy ognisku raczy ich opowieściami o okolicznych lasach i swym synu, z którym uwielbiał chodzić na ryby. Jednakże z każdą minutą jego zachowanie staje się na tyle niesamowite, iż gromada mieszczuchów w końcu grzecznie dziękuje za gościnę i udaje się do przyczepy na spoczynek. Staruszek również znika we wnętrzu swego wozu campingowego, gdzie oczekuje go obity kaftanem bezpieczeństwa, wspomniany w świetle ogniska, syn. Spuszczony z łańcucha chwyta siekierę i atakuje pogrążoną we śnie rodzinkę. Jednak rozbudzona żądza krwi motywuje go do szukania kolejnych ofiar, a tak się składa, iż kilka kilometrów dalej grupa zapaleńców organizuje kurs przetrwania w dziczy, kwalifikujący do pracy na najlepszych obozach. Bernie i jego siekiera postanawiają wziąć w nim udział.
W "Księżycowym mordercy" wyraźnie pobrzmiewają echa takich klasyków jak "The Burning", "Madman" czy nawet "Piątek 13-go". Jednakże są to tylko echa odbijające się głucho od opieszale przewijających się kadrów pełnych absurdalnych dialogów i miernego aktorstwa. Powolna tonacja horroru przy odpowiednio miękkim fotelu może wyjątkowo sprawnie potęgować uczucie senności. Do bólu przewidywalna fabuła potrafi solidnie zaleźć za skórę nie tylko miłośnikom filmów grozy, ale i rozkochanym w obozowych slasherach maniakom. Z początku reżyser nie pozwala nawet zawiesić oka na skąpo odzianych panienkach, od których zazwyczaj roi się w takich produkcjach czy choćby kilku scenach gore. Makabryczne sekwencje pojawiają się dopiero w czterdziestej minucie filmu, a swym wykonaniem są w stanie wzbudzić śmiech nawet najbardziej naiwnych widzów. Odrąbanie ramienia, przeszywanie włócznią lub wbicie noża w czoło, są niczym w porównaniu z tym co oferują wymienione wyżej klasyki. Natarczywe powielanie schematów w każdej kwestii, skłania tylko widza do poszukiwania coraz to nowszych pozycji w fotelu i zadawania zasadniczego pytania: "czy mi się zdaje czy tyłek cierpnie mi od siedzenia?". Miły wyjątek od standardowych chwytów stanowi scena, w której pokiereszowane ciała śpiewają przy ognisku. Myślicie, że to niewykonalne, wręcz przeciwnie, wszystko jest możliwe, gdy w okolicy grasuje Bernie. W pierwszych minutach odziany w cuchnący psychiatrykiem kaftan, z białym workiem na głowie (przywodzącym na myśl ten w którym przemykał między kniejami Jason w drugiej części "Piątku 13-go") oraz dzwoniącymi złowieszczo łańcuchami. Niestety reżyser szybko pozbawia go owego stroju co stanowi poważny błąd, psychopata przestaje wyglądać niesamowicie, a horror traci sympatyczną otoczkę, w którą zaczął obrastać. Całość ratuje na szczęście w paru momentach muzyka Douglasa Pipesa, wyraźnie inspirowana kompozycjami Johna Carpentera.
Klimatem i sposobem narracji "Księżycowy morderca" przypomina odrobinę "Kreta" Waldmana, obfituje jednak w bardziej prawdopodobne zdarzenia i nie obraża widza tak często swą głupotą, za co osobiście jestem reżyserowi niezmiernie wdzięczny.