Recenzja horroru

Horror Monster

Monster (Potwór z Jeziora)

Tytuł oryginalny:

Monster

Reżyseria:

Kenneth Hartford, Herbert L. Strock

Scenariusz:

Walter Roeber Schmidt, Herbert L. Strock, Gerland Scott, Kenneth Hartford

Obsada:

Jim Mitchum, John Carradine, Phil Carey, Tony Eisley, Andrea Hartford

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1979

Czas trwania:

85 min.

Nie jesteśmy jedyną formą życia na Ziemi i w pełni zdajemy sobie sprawę z tego faktu. Póki co, trzecią planetę od słońca dzielą z nami miliony innych stworzeń, pytanie tylko czy znamy je wszystkie? Odkrywanie "żywych skamieniałości" jest zjawiskiem na porządku dziennym ("latimeria chalumnae" jest na to najlepszym dowodem), są jednak w przyrodzie istoty, które, mimo, iż manifestują się rzadko, sieją wątpliwości co do faktycznej wiedzy jaką posiadamy na temat mieszkańców naszej planety. Góry, lasy, doliny, jeziora, skrywają sekrety będące tematem legend, powieści oraz filmów. Przynoszą zdumiewające zyski (np. chupacabry w Puerto Rico i Meksyku), przez co ich istnienie często poddawane jest pod wątpliwość, lecz jak powiadają, w każdej historii kryje się ziarno prawdy.

Mnie osobiście interesują głębie jezior, gdyż to ich bijące złowrogą czernią wnętrza stanowią istotę takich obrazów jak "Monster" Kennetha Hartforda. Nieuchwytna Nessie ze szkockiej krainy doczekała się swojego filmu (tandetne "The Loch Ness Horror") oraz książki "The Loch Ness Mystery Solved" autorstwa Ronalda Binnsa. Słynny Champ z "Lake Champlain" w stanie Vermont zainspirował pisarza Josepha Citro do stworzenia rewelacyjnej powieści "Mroczna poświata". Natomiast istotą omawianego tu "Potwora z jeziora" jest bestia z okolic małego miasteczka Chimayo w Kolumbii. Daleki kuzyn wymienionych wcześniej "osobistości" świata błękitnych głębin, którego niskobudżetowy horror Hartforda nie wprowadził niestety w ich zaszczytny poczet.

Zanim na widza spłynie terror szerzący się w Chimayo niczym zaraza, powita go krótka nota informująca, iż przedstawione w filmie wydarzenia zostały zainspirowane autentyczną historią jaka rozegrała się na tych terenach w czerwcu 1971 roku. Jednakże śledząc kolejne kadry tryskające nieskrępowanym kiczem, aż trudno uwierzyć w jej autentyczność. W przypadku horroru Hartforda istnienie potwora nie jest żadną tajemnicą, widz od początku jest świadom niebezpieczeństwa jakie skrywają pieniące się co noc krwią pomordowanych Kolumbijczyków fale. Jakikolwiek suspens należy absolutnie wykluczyć, siła tego paskudnie obskurnego obrazu drzemie w jego niezamierzonej "kiczowatości". To ona stanowi jego piękno, rozbudza szalenie niedorzeczną fabułę i zauracza nas jej nieścisłościami. Utrzymuje wolne tempo poparte "wieśniackimi" dialogami i torturuje grą aktorską na poziomie barowych wygłupów w sobotni wieczór. Nawet weteran kina grozy, John Carradine ("Dom długich cieni", "Skowyt", "Vampire Hookers"), usypia resztki swych aktorskich możliwości, których w innych produkcjach też specjalnie nie przejawiał. Jednak, gdy każdy inny film w obliczu tylu mankamentów klasyfikowałby się tylko do spalenia, tak w tym przypadku omawiany obraz wybija się na wyżyny kiczu, sprawiając swą głupotą masę radości. Mimo tak wielu minusów, "Monster" dzięki bezbłędnemu oddaniu atmosfery niskobudżetowego kina lat 70-tych i panującej w nim umowności, na którą należy się zgodzić by nie wyjść poirytowanym w połowie seansu, gwarantuje niecałe półtorej godziny egzotycznych doznań, popartych wyborną muzyką Gene'a Kauera.

Oczywiście pojawienie się w jeziorze żądnej posoki poczwary zostaje wytłumaczone w najprostszy, najbardziej klasyczny sposób, odkryty przed widzem już na samym początku. Położona w Chimayo cementownia "Durado" wyjątkowo niecnie pozbywa się swych odpadów. Czy są one toksyczne? To wybitnie retoryczne pytanie, a jego problematyka obchodzi bohaterów tyle co zeszłoroczny śnieg i pojawia się w ich dialogach (kończących się przeważnie tematem monstrum) z trzy razy. Wynajęty przez szefa korporacji zarządzającej cementownią, Bill Travis, ma za zadanie zbadać faktyczny stan zanieczyszczenia środowiska w kolumbijskim miasteczku i krążące w nim plotki o krwiożerczej bestii. Jednak trujące odpadki szybko przestają go interesować, jest przecież potwór i tyle pięknych kobiet dokoła. Aby zaimponować tym drugim, trzeba zabić tego pierwszego, co doprowadza do finałowego pojedynku, w którym mieszkaniec głębin dumnie prezentuje swoją smoczą sylwetkę przed tłumnie zgromadzonymi nad jeziorem obywatelami Chimayo. Tanie sztuczki speców od efektów wizualnych radują nasze serca prowokując soczyste salwy śmiechu, lecz nie tylko zakończenie zdaje się być w obrazie Hartforda momentem magicznym. Wcześniej reżyser zabawia nas odrobiną gore (morderstwo sekretarki na plaży) i ciekawie sfilmowaną próbą spalenia okolicznej wiedźmy. Wszystko to niedbale poskładane w całość, przystrojone naiwną powagą i poparte przewrotnym epilogiem, zaowocowało kiczem, który ogląda się ze łzami w oczach. Łzami nie tylko śmiechu, ale też żalu i tęsknoty za tak niezobowiązującym, obskurnym kinem, którego klimat dawno już zatracono.

"Monster", znany również jako "Monstroid", "It Came from the Lake" lub "Beast from Beyond", jest jednym z niewielu obrazów wyreżyserowanych przez Kennetha Hartforda. "The Lucifer Complex" z 1978 czy też mało ambitny film akcji "Hell Squad" z 1985, jakie wyszły spod jego ręki, gwarantują podobny, balansujący na granicy kiczu i zabawy, poziom. Przyjemnie jest się czasem potaplać w głupocie, pod warunkiem, że przed taplaniem jest się zabezpieczonym w wysoce rozwinięte poczucie humoru.

Ocena: 2+/6

Autor: Lobo