Recenzja horroru

Mary Mary Bloody Mary
Tytuł oryginalny:
Mary Mary Bloody Mary
Reżyseria:
Juan Lopez Moctezuma
Scenariusz:
Don Rico, Don Henderson
Obsada:
Cristina Ferrare, David Young, John Carradine, Helena Rojo, Arhur Hansel
Kraj:
USA / Meksyk
Rok produkcji:
1975
Czas trwania:
101 minut





W 1977 roku George A. Romero nakręcił "Martin" – psychologiczny horror o nastoletnim krwiopijcy, który morduje młode kobiety, rozcina im tętnice żyletkami i dokonuje transfuzji świeżej krwi za pomocą strzykawek. Zagubiony w chaotycznym świecie Martin (John Amplas) nie lęka się promieni słonecznych, nie działa na niego czosnek i nie ma wampirzych kłów. Na skutek bezowocnego poszukiwania intymności narasta w nim żądza krwi, co prowadzi do wyboru potencjalnych ofiar (wstrząsająca scena w przedziale pociągu). Niezaspokojone pożądanie staje się dla Martina straszliwym przekleństwem. Wujek młodzieńca, Tada Cuda (Lincoln Maazel) zna sekret udręczonego chłopaka i sięga po krzyż oraz wodę święconą próbując wyegzorcyzmować zło z ‘nosferatu’. Jego fanatyzm religijny kreuje w umyśle Martina fantazmat wampira będący frustrującą próbą odrzucenia jak najdalej religijnej dogmatyki. We wcześniejszej o dwa lata meksykańsko-amerykańskiej koprodukcji "Mary, Mary, Bloody Mary" Juana Lopeza Moctezumy ("Alucarda") biseksualna malarka zabija mężczyzn i pojedynczą kobietę dla życiodajnej krwi.
Pierwszą ofiarą atrakcyjnej wampirzycy (Cristina Ferrare) pada pracownik amerykańskiej ambasady w Meksyku, Howard Miller. Kiedy uprawiają miłość, Mary wyciąga z bujnych włosów szpilkę i przebija kochankowi tętnicę szyjną. Fabuła nabiera znamion melodramatu, gdy kobieta poznaje wędrującego po Meksyku autostopowicza z US, Bena. Razem udają się na plażę, gdzie obserwują wyciąganie z morskich fal rybaka pogryzionego przez rekina i zabicie bestii. Ben na moment oddala się; korzystając z jego nieobecności Maria podaje kawę z narkotykiem łowiącemu ryby Amerykaninowi w podeszłym wieku. Po krótkiej, acz rozpaczliwej szamotaninie mężczyzna umiera od kilku furiackich ciosów nożem, a Mary syci się jego krwią. Śledztwo w sprawie tajemniczych morderstw prowadzą wspólnie agent FBI Cosgrove oraz inspektor Pons z meksykańskiej policji. Nocą do kostnicy, w której przechowywane jest ciało włamuje się tajemniczy osobnik odziany w czarny płaszcz, rękawiczki i kapelusz, po czym zabija wścibskiego pracownika prosektorium...
Jestem zagorzałym wielbicielem wyświetlanej ongiś na Dniach Makabry "Alucardy" (1978), bluźnierczego horroru rozgrywającego się w ortodoksyjnym konwencie pełnym zakonnic w białych, umorusanych menstruacyjną krwią (?) habitach. "Mary, Mary, Bloody Mary" Moctezumy jest filmem bardziej konwencjonalnym, ale i tutaj widz natrafi na kilka przesiąkniętych surrealizmem scen. Natomiast razi mnie trochę uporczywy brak konsekwencji w sportretowaniu Mary. Z jednej strony nie miewa ona żadnych skrupułów w bezlitosnym uśmiercaniu napotkanych ofiar i łapczywym piciu ich krwi, z drugiej zaś bywa wrażliwa i łatwo popada w histerię. Warsztat aktorski modelki Cristiny Ferrare nie zachwyca, natomiast posagowej urody odmówić jej nie można. Wampiryczna artystka realizuje się twórczo w malarstwie dziwacznych obrazów a la Salvatore Dali przedstawiających mózgi, serca, zwierzęta, tunele i jamy. Prześladują ją metaforyczne wizje Coatlicue, azteckiej bogini ziemi, życia i śmierci, noszącej spódniczkę z węży, naszyjnik z ludzkich dłoni i głów, o stopach zakończonych pazurami jaguara. Maria pragnie krwi, jednak przez dłuższy czas może się bez niej obyć. Z ojcem (John Carradine, "Evil Within", "The Howling", "Monster", "The Boogeyman", "Shock Waves", "Silent Night, Bloody Night", "Hex", itd.) łączą ją mordercze więzy, które najlepiej obrazuje buchająca z przebitych gardeł jucha. Weteran kina grozy pojawia się jedynie w końcowej sekwencji, co pozwala mi przypuszczać, że Moctezuma zatrudnił go z uwagi na rozpoznawalne wśród miłośników horroru nazwisko. Wampiryzm w "Mary, Mary, Bloody Mary" potraktowany zostaje jako niewytłumaczalne schorzenie: nie ma tutaj miejsca na dębowe trumny, osikowe kołki czy gotyckie krucyfiksy.
Jako zapomniany prekursor "Martina" horror Moctezumy radzi sobie całkiem nieźle, lecz osobiście wolę poruszający obraz Romero o samotności, w którym padają nieśmiertelne słowa: "Rzeczy tylko wydają się magiczne. Nie ma prawdziwej magii. I nigdy jej nie będzie."