Recenzja horroru

Horror Martyrs

Martyrs (Skazani na strach)

Tytuł oryginalny:

Martyrs

Reżyseria:

Pascal Laugier

Scenariusz:

Pascal Laugier

Obsada:

Morjana Alaoui, Mylène Jampanoï, Catherine Bégin, Mike Chute

Kraj:

Francja, Kanada

Rok produkcji:

2008

Czas trwania:

100 minut

Horror Martyrs - zdjęcie 1Horror Martyrs - zdjęcie 2Horror Martyrs - zdjęcie 3Horror Martyrs - zdjęcie 4Horror Martyrs - zdjęcie 5Horror Martyrs - zdjęcie 6

O kryzysie amerykańskiego kina gatunku, szczególnie horroru, nie ma co pisać – wystarczy przejrzeć listę zapowiadanych remaków i ciągów dalszych, która wydaje się nie mieć końca. Również kino azjatyckie straciło swój impet i w większości przypadków nie ma do zaoferowania widzowi nic nowego, ciągle powielając wciąż te same dwa-trzy motywy. Punkt ciężkości w światowej grozie znowu przesunął się więc na Europę. To tutaj bije serce horroru i tu do głosu dochodzą pokolenia młodych twórców, którzy starają się naprawdę przestraszyć widza i przy okazji poruszyć ważkie tematy, a nie tylko odcinać kupony od zyskownych serii. Oprócz sceny hiszpańskiej i brytyjskiej, najczęściej mówi się o horrorze francuskim. To znad Sekwany pochodzą filmy, które co roku wywołują mniejsze lub większe skandale. "Haute Tension", "Inside" czy "Frontiere(s)" były obwieszczanie kolejnymi objawieniami kina grozy. I trzeba przynać, że Francuzi nie boją się w swoich obrazach iść bardzo daleko, łamać tabu i konwencje, przekraczać kolejne granice. W tym roku wedle plotek dochodzących z Cannes, filmem, który jeszcze wyżej ustawił poprzeczkę miało być "Martyrs" Pascala Laugier. Jak zachwalali niektórzy, pod względem intensywności trzy wymienione powyżej filmy to zabawa dla grzecznych dzieci w porównaniu z tym, co przygotował dla widza twórca "Saint Ange".

Na początku lat ’70 mała Lucie zostaje porwana i uwięziona na terenie kompleksu fabrycznego. Oprawcy poddają dziecko bezsensownym torturom – unieruchamiają, biją, źle karmią. Dziewczynce udaje się uciec, a policja pozostaje bezradna w próbach ustalenia sprawców i ich motywów. Lucie trafia do sierocińca, gdzie zaprzyjaźnia się z Anną, która pozostanie jej przyjaciółką także w dorosłym życiu. A to upływa pod znakiem poszukiwania tajemniczych oprawców. Pewnego dnia, zdjęcie w lokalnej gazecie wskazuje trop – zdjęcie młodocianej pływaczki w towarzystwie rodziców. Anna nie jest przekonana, że na podstawie czarnobiałej fotografii w gazecie, po 30 latach można bezspornie ustalić, że to poszukiwani dręczyciele. Ale Lucie nie ma wątpliwości – postanawia wyrównać rachunki, odpłacić pięknym za nadobne, a przy okazji wyegzorcyzmować swoje prywatne demony...

W sporej ilości opinii, które opublikowano na stronach internetowych pojawia się zdanie, że "Martyrs" to film, wobec którego nie można pozostać obojętnym; że dzieli widzów na dwa obozy. Potrzebowałem dwóch seansów, żeby na spokojniej spróbować przeanalizować obraz Laugier. Podczas pierwszego bowiem spodziewałem się nie wiadomo jak wielkiego arcydzieła, dzieła głębokiego i misternie skonstruowanego. Oczekiwania były tak wygórowane, że w momencie kolejnego zwrotu fabuły, mniej więcej w połowie filmu, zwyczajnie wybuchnąłem śmiechem i uznałem, że nie warto sobie więcej historią opowiedzianą przez reżysera głowy zawracać. Jednak zastanawiające było jak wiele osób uznaje "Martyrs" za dzieło głębokie, skłaniające do refleksji, poruszające jakąś strunę wewnątrz widza, nie pozwalające przejść obok siebie obojętnie. Drugie podejście pozwoliło mi się skupić na warstwie pozafabularnej obrazu, przy okazji próbując odszukać tę głębię i niesamowitość, która każe niemal każdemu recenzentowi pisać, że to film ważny, niezwykły i poruszający (wygodnie jednak nie precyzując nigdy na czym owa doniosłość dzieła ma polegać).

Dużo dobrego można napisać o nowym dziele reżysera "Saint Ange". Na poziomie fabularnym pierwsza połowa filmu to przykład rzetelnej i przemyślanej roboty. Wydaje się, że dobrze wiadomo jak potoczy się akcja. Oto mamy przecież schemat filmu odwołującego się do formuły rape & revenge. Ofiara staje się myśliwym i poprzysięga okrutną zemstę . Ale kiedy owa zemsta się dokonuje widz ma za sobą jakieś 20 minut fabuły. Laugier wprowadza elementy opowieści o duchach czy chwyty rodem z creature feature. Ale nie sprawia to wrażenia misz-maszu, zmusza raczej widza do aktywnej próby odgadnięcia co wydarzy się za chwilę. Pod tym względem "Martyrs" jest intrygujące i wciągające, szczególnie że reżyser jest fanem horroru i klisze gatunkowe są mu znane i umie dobrze rozgrywać napięcie między znajomością konwencji/oczekiwaniem, a chęcia bycia zaskoczonym. Dzięki znakomitym zdjęciom można niemal zapomnieć, że mamy do czynienia z filmem gatunkowym. Mylène Jampanoï i Morjana Alaoui wypadają przekonująco i łatwo sympatyzować z bohaterkami. Więc gdzie leży żródło mojego problemu z odbiorem "Martyrs"?

Większa część tej recenzji jest naszpikowana spoilerami, dlatego radzę najpierw zapoznać się z filmem, dopiero potem czytać poniższe akapity.

Laugier opowiada, że pomysł filmu zrodził się od sceny ataku na dom, z której wyewoluowała cała fabuła. Jeśli chodzi o pierwszą część filmu intuicja go nie zawiodła – akcja trzyma w napięciu, kolejne wydarzenia obalają teorie, które stwarza sobie widz. Ale kiedy do akcji wkracza neognostycka sekta, próbująca za pomocą tortur, deprywacji sensorycznej i opowiastek rodem z prasy brukowej dowiedzieć się, co jest po drugiej stronie, ja zwyczajnie mówię "stop". Zupełnie nie trafia do mnie taka nagła wolta, tym razem twórca przedobrzył. Oto znajdujemy się nagle na terytorium znanym z "X-Files" czy "powieści" Dana Browna. Wedle słów przywódczyni sprzysiężenia, przez wielkie cierpienie można dostąpić stanu, w którym widzi się prawdziwą rzeczywistość, można wydrzeć śmierci jej tajemnicę. Próbując ją wydrzeć, spiskowcy podpierają się świadectwami zebranymi na całym świecie – seria zdjęć pokazuje ludzi w terminalnych stadiach chorób, którzy mają szczególny wyraz twarzy, dziwnie spokojne spojrzenie, kontrastujące z ich stanem fizycznym. Stali się bowiem męczennikami – czyli wedle greckiego źródłosłowu terminu – świadkami. Grupa więżąca Lucie próbuje pożenić religijne bajania i metodę naukową – podpierają się statystykami w wyborze potencjalnych męczenników. Chłodno i mechanicznie przystępują do tortur – schwytana osoba traktowana jest niemal jak nieożywiony przedmiot eksperymentu. Oprawcy nie wykazują żadnych ludzkich odruchów w stosunku do katowanej Anny, może poza zniecierpliwieniem, że jeszcze tli się w niej wola życia, że pamięta o doczesności. Ale ten chłód i systematyczność przeradza się w poczucie nudy u widza. Oto druga część filmu rozgrywa się niemal wyłącznie w jednym pomieszczeniu – w piwnicy gdzie przetrzymywana jest Anna. Widzimy opuszczaną drabinę, oprawca schodzi do celi, by obić przedmiot eksperymentu, po czym wraca na górę. Czasami jeszcze widzimy procedurę karmienia i mycia. Ta systematyczność jest podkreślana powtarzającymi się ujęciami opadającej drabiny. W pewnym momencie aż chce się powiedzieć w kierunku reżysera – no dobrze, już rozumiem co chcesz przekazać. Faktem jest, że w finalych minutach ma miejsce scena, która zapiera dech w piersiach – dzięki niesamowitej pracy charakteryzatorskiej. Jest tym bardziej uderzająca, że Anna zostaje poddana ostatniej fazie procesu stawania się męczenniczką, ale co dokładnie się dzieje, jest przed widzem ukryte. Do momentu zakończenia procedury, kiedy okazuje się, że została żywcem odarta ze skóry! Jest to naprawdę potężne wrażenie. Tyle tylko, że z powodu bzdurnych założeń, na których opiera się działanie sprzysiężenia nie byłem w stanie przejąć się losem Anny, a tylko podziwiałem doskonałą robotę speca od efektów specjalnych Benoît Lestang.

Pomysł spisku oczywiście służyć jako krytyka tego, co człowiek jest gotów drugiemu uczynić z pobudek religijnych. Ludzie zabijają się w imię swoich bogów, gotowi są bliźnim ucinać głowy, by szerzyć swoją wiarę, w imię pośmiertnych miraży zadają niewyobrażalne cierpienia. A koniec końców i tak skazani są na niepewność. Tak przynajmniej odczytuję intencje reżysera. Laugier krytykuje takie podejście – spiskowcy są ukazani w filmie jako grupa groteskowych w większości staruchów, którzy nie wzbudzają najmniejszej sympatii. A sposób w jaki prowadzą swoje "dochodzenie" jest tak przerażający i absurdalny, że pierwszą reakcją jest śmiech niedowierzania. Nasuwają się oczywiście skojarzenia z hitlerowskimi eksperymentami, czy dokonaniami niesławnej jednostki 731 – trudno o dosadniejsze napiętnowanie. A mimo to jako widz nie byłem w stanie uwierzyć w opisywaną historię. To co proponuje Laugier jest zwyczajnie głupie. Może ci, którzy są w stanie przełknąć ten śmieszny koncept, odnajdują w "Martyrs" głębsze treści. Dla mnie film staje się zwyczajnie niedorzeczny.

To właściwie koniec spojlerów.

Gdy przyjrzeć się "Martyrs" powierzchownie, pokusić się można o tezę, że francuski obraz wpisuje się w wymierający na szczęście nurt torture porn. I to w tym drażniącym filozofującym wydaniu – niezbyt daleko od kaźni przedstawionych w drugiej połowie dzieła do wydumanych pułapek Johna Kramera. Tym co odróżnia film Laugier od celluloidowego śmiecia pokroju kolejnych odsłon "Piły", jest typowo europejski rodowód, europejskie, art-housowe podejście do gatunku. Nie ma szaleństw kamery, filtrów odrealniających świat przedstawiony, aktorów, którzy minęli się z powołaniem. Laugier zrobił obraz wściekle serio, chłodny i przemyślany, realistyczny, który przez swoją ascezę wizualną ma wzmocnić efekt szoku u oglądającego. Reżyser nie patyczkuje się bowiem z widzem. Przygotował taki spektakl przemocy, że nie sposób nie zastanawiać się, przez jakie prywatne piekło musiał przechodzić, kiedy pisał scenariusz. Gore nie jest tu rozrywką, nie ma umilać czasu – ma prowokować i skłaniać do myślenia. I tu też leży słabość jego dzieła. Gdyby bowiem Laugier przez cały film bawił się mieszaniem konwencji, grą z widzem, zamiast próbować być śmiertelnie poważnym – odbiór dzieła byłby inny. Gdyby choć zmrużył oko jak Eli Roth w "Hostel", druga połowa filmu nie wypadałaby tak śmiesznie. A tak niestety, choć "Martyrs" dotyka istotnych kwestii, jest komentarzem do pytań eschatologicznych, to mnie osobiście zawiódł. Może dlatego, że trudno jest połączyć elementy zaczerpnięte z "Męczeństwa Joanny d’Arc" Dreyera z "Hellraiserem".

Niemniej jednak jest to kawał solidnego, bezkompromisowego kina - rewelacyjnie zagranego, znakomicie sfotografowanego; kina które potrafi prawdziwie poruszyć i wstrząsnąć. Ja nie doszukałem się w nim wielkiej głębi, poza znanymi motywami gnostyckimi, czy delikatnym "ukąszeniem foucaltowskim". Jeśli ktoś gotów jest dowodzić, że oto mamy arcydzieło zaangażowanego i filozoficznego horroru – zapraszam do napisania kontrrecenzji. Ja oglądałem "Martyrs" ze sporym zainteresowaniem pomimo pretensji do głębi.

Ocena: 4/6

Autor: grzEGOrz