Recenzja horroru

Horror Mardi Gras Massacre

Mardi Gras Massacre

Tytuł oryginalny:

Mardi Gras Massacre

Reżyseria:

Jack Weis

Scenariusz:

Jack Weis

Obsada:

Curt Dawson, Gwen Arment, William Metzo, Laura Misch Owens

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1978

Czas trwania:

97 min.

Horror Mardi Gras Massacre - zdjęcie 1Horror Mardi Gras Massacre - zdjęcie 2Horror Mardi Gras Massacre - zdjęcie 3Horror Mardi Gras Massacre - zdjęcie 4Horror Mardi Gras Massacre - zdjęcie 5

Trawestując znane powiedzenie śmiało można powiedzieć, iż lista video nasties jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz na co możesz trafić. Oprócz arcydzieł kina grozy, które szokowały w chwili swojego powstania i do dziś potrafią wzbudzać kontrowersje, znajdują się tam również obrazy, które zostały umieszczone przez przypadek (vide "Funhouse"(1981) Hoopera), a także filmy tak słabe, iż tylko umieszczenie na niesławnej liście uchroniło je przed osunięciem się w otchłań zapomnienia. Niewątpliwie "Mardi Gras Massacre" Jacka Weisa z 1978 nie zalicza się do arcydzieł z listy nasties. Gdzież mu tam do "Inferno"(1980), "Possesion"(1981) czy "Cannibal Holocaust"(1979)! Jednak pomimo tego, iż budżet filmu mieścił się chyba w śwince-skarbonce zaś aktorzy wykazują się kunsztem aktorskim na miarę niemieckiego filmu pornograficznego z lat 80-tych "Mardi Gras Massacre" ma w sobie coś, co sprawia, iż poświęconego mu czasu nie uznajemy za stracony. Oprócz sporej dawki nagości i gore ma bowiem w sobie charakterystyczny urok naprawdę "złego filmu", który najlepiej oglądać w większym gronie.

Tytuł filmu, budzący skojarzenia z "Chain Saw Massacre" z pewnością może być mylący – obu tych filmów nie łączy w zasadzie nic, prócz podobieństwa tytułów. Nie znajdziecie tu hekatomby z rozbawionego tłumu obwieszonych koralikami pijanych turystów. Nie zobaczycie nietuzinkowego użytku robionego z narzędzi rzemieślniczych przez obłąkanego mordercę. Nic z tego! Obłąkany morderca oczywiście jest, lecz otchłań która go dzieli od Leatherface’a jest niemal tak wielka, jak ta dzielącą Uwe Bolla od Dario Argento. Morderca z "Mardi Grass Massacre" to zadbany gentelman w średnim wieku, który, by zadośćuczynić swoim niekonwencjonalnym przekonaniom religijnym, składa prostytutki i striptizerki w ofierze azteckiej bogini ziemi Coatlicue, jednego z bardziej "lovecraftowskich" bóstw Meksyku (badacze wskazują na jej bliskie korelacje z odrażającą Shubb-Niggurath). W zaimprowizowanej świątyni, przed obliczem "Tej o Spódnicy z Wężów", bogini życia i śmierci, która nazywana jest również Cihuacoatl (Kobieta Wąż) i Tlazolteotl (Zjadająca Grzechy), poświęca grzeszne kobiety w skomplikowanym rytuale polegającym na przywiązywaniu nago do ołtarza, masowaniu za pomocą jakiegoś tajemniczego specyfiku, nakłuwaniu rytualnym sztyletem i, jakżeby inaczej z skoro jesteśmy w kręgu kultury Azteków, wycinaniu serca. Rytualne morderstwa są chyba najciekawszym elementem filmu. Nasycenie obrazu czernią i czerwienią, zamaskowany kapłan - morderca, nagie piękne kobiety ( pierwszą ofiarę gra Laura Misch – playmate z lutego 1975 roku) oraz niepokojącą muzyka sprawiają, że sceny te zapadają na długo w pamięć. Efekty specjalne są na przyzwoitym jak na tej miary produkcję poziomie, przez co nie wzbudzają w oglądającym uśmiechu politowania. Nad wszystkim zaś unosi się duch Herschela Gordona Lewisa i jego "Blood Feast"(1963) i "Gore Gore Girls"(1972). Nie bez kozery napisałem, że morderca jest gentelmanem. Nie chodzi tylko o jego angielski akcent. Wybierając prostytutki zawsze najpierw pyta je wprost, posługując się przy tym egzaltowanym i sztucznym tonem na miarę Lugosiego, czy są naprawdę złe i zepsute. To, że biedactwa odpowiadając mają na myśli różne dziwne zachowania, z pewnością jednak nie obejmujące swoim zakresem rytualnego morderstwa oraz nie znają konsekwencji swoich słów, to już nie jego problem. Zresztą kiedy raz natrafia na istotę relatywnie niewinną puszcza ją wolno. Postać mordercy jest wartością sama w sobie. Aktor, który się nią wcielił, zapewne chciał jej nadać wymiar wampiryczny i złowieszczy. Śmiertelna powaga którą zachowuje przy wypowiadaniu najbardziej nawet idiotycznych kwestii ("Witam. Jak rozumiem jesteś najbardziej złą kobietą w tym miejscu"), stosowanie charakterystycznych pauz ("Jestem nowy w mieście i szukam czegoś…. odmiennego.", "Powiedz mi … Twoim zdaniem, która spośród wszystkich kobiet w tym barze jest najbardziej …….. zła") dają jednak efekt odwrotny do zamierzonego i sprawiają, że oglądanie tego filmu stanowi istotne zagrożenie dla przepony. Nie oglądajcie "Mardi Gras Massacre" w nocy! Nie, nie dlatego, że będziecie bali się zasnąć, ale dlatego, że sąsiedzi wezwą policję na okoliczność zakłócania ciszy nocnej salwami śmiechu! Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Sympatyczny morderca z zasadami chce bowiem zrealizować apokaliptyczny plan. Mogłoby mu się to nawet udać, gdyby na jego trop nie wpadła policja. A raczej połączone komando specjalne złożone z twardego, wąsatego gliniarza o aparycji posła PSL i "dziwki o złotym sercu". Wątek ich trudnego związku i poszukiwania szaleńca w balującym w rytmie disco Nowym Orleanie jest przez wiele osób oceniany negatywnie, jako spowalniający tempo akcji i niepotrzebny. Ja mam odmienne zdanie. Sceny takie jak walka miedzy kobietami na podświetlanym parkiecie disco czy "wyciskanie" przez gliniarzy wiadomości na chodnikach i w zaułkach nowoorleańskiej dzielnicy "czerwonych świateł" to niemal esencja grindhouse’owego klimatu lat 70-tych. A wzloty i upadki związku złego gliny z dobrą prostytutką dostarczają nowych powodów do salw śmiechu. (Ona: " Nie jesteś dobrym, cholernym gliniarzem! Oszukujesz, kłamiesz, kradniesz a na mnie naskakujesz, że jestem dziwką?! On: "Przynajmniej nie jestem dziwką za sto dolarów za noc!").

Odpowiedzialnym za powstanie tego nietuzinkowego kawałka sleazu jest Jack Weis, reżyser "Crypt of Dark Secrets" (1976) również opowiadającego o bezeceństwach których dopuszczają się członkowie mrocznych kultów Luizjany. "Mardi Gras Massacre" było jednak jego ostatnim filmem, nad czym wielbiciele kina klasy B mogą jedynie ubolewać. Pozostaje jedynie cieszyć się złym urokiem tych filmów, które udało mu się nakręcić.

Na koniec chce dodać, że bardzo trudno było wystawić temu filmowi ocenę. Jak poważny horror nie sprawdza się w ogóle, zaś jako tzw. "ser" - mimo powolnego tempa akcji –błyszczy. Dlatego też, z braku podwójnej klasyfikacji, wystawiam mu ocenę pośrednią.

Ocena: 3+/6

Autor: Raziel