Recenzja horroru

Marabunta (Atak Morderczych Mrówek)
Tytuł oryginalny:
Marabunta
Reżyseria:
Jim Charleston
Scenariusz:
Linda Palmer, Wink Roberts
Obsada:
Eric Lutes, Julia Campbell, Mitch Pileggi
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1998
Czas trwania:
92 minuty
W małym miasteczku na Alasce pojawiają się niezwykle niebezpieczne, mięsożerne mrówki z gatunku Marabunta. Za ulubiony przysmak upatrzyły sobie, jakżeby inaczej, ludzi. Czwórka bohaterów stara się nie doprowadzić do tego, aby mordercze mrówki wydostały się poza miasteczko.
Czy w ogóle mrówki mogą być w horrorze przerażające? Może i tak, jeśli są przynajmniej prawdziwe. W "Ataku..." natomiast, nasze mordercze mrówy są komputerowo animowane! Co sobie myśleli ci ludzie, którzy wpadli na pomysł straszenia tak zrobionymi owadami? Że ciarki będą nam przechodziły po plecach, widząc te, zrobione chyba na domowym pececie, sztuczne twory? Szczerze mówiąc bardziej się bałem na "Mrówce Z". Tak więc, strachu nie ma tu wcale, za to niezamierzonego śmiechu co niemiara: scena ewakuacji ludności czy większość z tych przygodowych wstawek - spływ kajakiem, wskakiwanie na helikopter itp. Tylko co w tym mrówczym bobie robi Mitch Pillegi, bardziej znany fanom horroru jako Horacy Pinker z "Shockera" Wesa Cravena? I dlaczego ktoś wydaje takie filmy na DVD?
Jeśli kogoś już naprawdę ciśnie, żeby pooglądać mrówki w akcji, to niech lepiej poszuka starszych pozycji takich jak "One!" ("Them", 1954) czy "Faza IV" ("Phase IV", 1974), bo na "Marabuncie" albo zaśnie z nudów albo umrze ze śmiechu.