Recenzja horroru

Manhunt
Tytuł oryginalny:
Rovdyr
Reżyseria:
Patrik Syversen
Scenariusz:
Patrik Syversen, Nini Bull Robsahm
Obsada:
Kristina Leganger Aaserud, Janne Beate Bones, Henriette Bruusgaard, Jeppe Laursen
Kraj:
Norwegia
Rok produkcji:
2008
Czas trwania:
76 minut






"Zawsze kochałem horrory. Pierwszym, jaki zobaczyłem był ‘King Kong’, potem zachwyciły mnie ‘The Thing’ Carpentera i ‘The Texas Chain Saw Massacre’. Zapragnąłem sięgnąć do korzeni gatunku wyszukując stare taśmy z filmami Lucio Fulci i Dario Argento. Uwielbiam włoskie kino z lat 70-tych i wczesnych 80-tych: kryminały, horrory, filmy eksploatacji, spaghetti westerny itd. ‘Rovdyr’ stanowi rezultat wszystkich moich inspiracji z oczywistym wyróżnieniem ‘Texas Chainsaw...’ Hoopera i wielu innych survivali z ich przerażającymi miejscowymi i dziwacznymi autostopowiczami. Podążam za tą tradycją, lecz na norweski sposób. Chciałem nakręcić mocny, realistyczny i bezkompromisowy horror z nagłymi wybuchami przemocy i terroru." – Patrick Syversen, Twitch.
17 lipca 1974 roku. W powietrzu dźwięczy ckliwa ballada Davida Hessa "And the Road Leads to Nowhere". Czwórka młodych ludzi podąża vanem w mroczne głębie norweskiej kniei. Mia i Jorgen są rodzeństwem, a blondwłosej Camilli towarzyszy chłopak w typie macho imieniem Roger, do którego należy przestronne auto. Zatrzymują się na stacji paliw, by coś przekąsić i wówczas dochodzi do nieprzyjemnego spotkania z miejscowymi wieśniakami. Przerażona dziewczyna z jadłodajni prosi grupkę o podwiezienie. Wbrew woli pozostałych Roger nie oponuje i wnet okaże się, iż nie była to rozsądna i do końca przemyślana decyzja. W momencie gdy mija ich złowieszczy Land Rover, dziewczę wymiotuje i wpada w szał. Strumień krwi bucha z przestrzelonych klatek piersiowych i rozwalonych pięt - pierwsze martwe ciała padają z łoskotem na pobocze. Pozostała przy życiu trójka porzucona zostaje głęboko w lesie jak najdalej od cywilizacji. Ich tropem podąża trio zdegenerowanych myśliwych o dłoniach splamionych juchą. Milczą. Komunikują się gwiżdżąc i naśladując ptactwo. Krwawe łowy czas rozpocząć...
W "Rovdyr" nie ma ani krzty oryginalności. Fabuła garściami czerpie z "Teksaskiej..." Hoopera, natomiast początek norweskiej rzeźni zanadto przypomina remake Nispela. Mniejsza z tym. 'Backwoods' Syversena ogląda się z zapartym tchem. To wściekły, utopiony w fontannach posoki survival, w dodatku wiarygodnie wystylizowany na lata 70-te, co uwidacznia nie tylko wygląd postaci, czy czas akcji, ale też tło obrazu. Fabuła schodzi na drugi plan, liczą się przede wszystkim sytuacje ekstremalnego terroru i reakcje postaci na nie. Tak jak w pokaźnej większości survivali z czasem myśliwi przemieniają się w zwierzynę, a ofiary odnajdują w sobie niespożyte pokłady agresji. Błyszczy naczelna survivalowa zasada "Zabij albo zgiń!". Zaledwie 24-letni w chwili powstawania filmu Syvertsen reżyseruje sprawnie, akcja szybciutko nabiera tempa i pędzi na złamanie karku, wyprute flaki barwią glebę, noże przebijają ciała, druty kolczaste wrzynają się w skórę, ciszę lasu co rusz przerywają przeraźliwe odgłosy jatki, a bezlitośni łowcy wzbudzają odrazę. Trafiając w szpony terroru młoda obsada gra nadzwyczaj przyzwoicie, czemu towarzyszy emocjonalna ścieżka dźwiękowa Simona Boswella ("Santa Sangre" Jodorovskiego). Film jest nieźle nakręcony, w dużej mierze z ręki, przesycony odpowiednią dawką brudu. Już od pierwszych minut projekcji da się wyczuć, iż para scenarzystów (Syversen i jego dziewczyna Nini Robsahm) naprawdę szanuje gatunek. Brutalność scen morderstw wyrywa z krzesła, rozległy las tonie w brązowawej zieleni oraz mrocznej czerwieni, wreszcie prostota "Rovdyr" i wierność korzennym zasadom survivalu przekonuje o sile owej skromnej produkcji.
Od paru lat norweski horror wychyla swój szkaradny łeb i szczerzy zęby. "Villmark" z 2003 roku oraz "Cold Prey" (2006) odniosły spory sukces komercyjny w ojczystym kraju i zostały zauważone przez fanów horroru na świecie. Odkrycia wciąż wymaga "The Lake of the Dead" aka ""De dødes tjern" (1958) – pierwszy norweski film grozy traktujący o grupie przyjaciół odwiedzającej chatkę w centrum lasu niedaleko jeziora, od strony którego... nocą... daje się słyszeć mrożący krew w żyłach krzyk szalonego mężczyzny. "Rovdyr" nie zapisze się zapewne w historii gatunku, ale na Patrika Syversena już warto zwrócić uwagę.