Recenzja horroru

Manhattan Baby (Dziecko Manhattanu)
Tytuł oryginalny:
Manhattan Baby
Reżyseria:
Scenariusz:
Dardano Sacchetti
Obsada:
Christopher Connely, Martha Taylor, Brigitta Boccoli, Giovanni Frezza
Kraj:
Włochy
Rok produkcji:
1982
Czas trwania:
89 minut






Egipt. Fascynuje, urzeka, intryguje... Ze swoją kulturą, zabytkami i przeszłością stanowi idealny punkt zaczepienia dla twórców horrorów. Ci dość szybko zdali sobie z tego sprawę i nie raz wykorzystywali egipskie motywy w opowieściach mających budzić grozę, że wystarczy wspomnieć jeden z najbardziej rozpoznawalnych wizerunków łączonych z horrorem filmowym, mumię. Przetwarzana setki razy historia o klątwie i przywróceniu do życia mumii była już wałkowana do znudzenia. Gdy jednak za tematy związane z tajemniczą otoczką egipskich bogów bierze się sam Ojciec Chrzestny Gore, Lucio Fulci, można być pewnym, że na ekranie nie będą nas straszyć zabalsamowane zwłoki w bandażach...
Podczas wizyty w Egipcie dziewczynka dostaje od niewidomej kobiety dziwny naszyjnik. W tym samym czasie jej ojciec, archeolog, otwiera starożytny grobowiec i uwalnia potężne moce, które wkrótce opanowują jego córkę...
We wstępie napisałem, że żadnych obandażowanych pokrak w tym filmie spodziewać się nie można. Jeżeli nie tego, to w takim razie czego? Odpowiedź, zdawałoby się prosta jeżeli brać pod uwagę najbardziej znany wizerunek Fulci'ego: fontanny krwi i kosza pełnego flaków. Niestety nie, nie tym razem! Spragnionych podobnych wrażeń odsyłam do wcześniejszych filmów Fulci'ego, chociażby do "The Beyond" czy "City of the Living Dead" - tam do woli nasycą się posoką i rąbanym mięsem, tudzież zwracaniem (?) przez otwór gębowy własnych wnętrzności. W "Dziecku Manhattanu" (konstrukcja tytułu zerżnięta z "Dziecka Rosemary" miała zwrócić uwagę na film potencjalnych nie-fanów Fulci'ego) gore jest właściwie nieobecne. Mistrz chyba postanowił dać nam chwilę oddechu po swoich poprzednich filmach i nie rzuca w nas bezkompromisową, drapieżną i zawsze skuteczną dawką gore. Wręcz przeciwnie: co bardzo zaskakujące, spora część morderstw jest ukazana poza kadrem! Rzecz u Fulci'ego niedopuszczalna, żeby nie powiedzieć niewybaczalna! A jednak! Nie wiem, może to wina braku środków finansowych (tuż przed zdjęciami okazało się, że producenci obcięli 2/3 pierwotnego budżetu filmu), a może po prostu tak sobie Fulci założył. Żeby jednak nie było, że włoski tygrys stępił sobie pazury, Fulci serwuje nam jedną naprawdę godną siebie scenę gore - atak wypchanych (!) ptaków, które ożywione mordują pod koniec filmu jednego z bohaterów. Scena wyborna i zrealizowana naprawdę z iście fulciowskim zacięciem, brutalnością i dosadnością - ptaki rozdziobują szyję mężczyzny w naprawdę realistyczny sposób. Ta scena, ewidentne odniesienie do twórczości Hitchcocka, jakby nie było, ulubionego reżysera Fulci'ego, jest zresztą o tyle interesująca, że ptaki nie dobierają się ofierze do oczu. Fulci potrafił jednak zaskoczyć!
A jak się sprawa ma z całą resztą? Otóż jeśli wziąć pod lupę scenariusz i historię to właściwie... nie ma czego szukać, nie ma o czym pisać. Historia przeklętego amuletu, "Oka Zła", zupełnie nie trzyma się kupy. Niektóre zadziwiające zdarzenia są tak absurdalne, że nijak nie da się ich przyjąć, nawet w horrorze, w którym logika zdarzeń nie jest traktowana priorytetowo. To irytuje i to bardzo. Co prawda, podobne podejście Fulci prezentował już we wcześniejszych produkcjach, ale tam zalewał nas krwawymi i wyszukanymi obrazami będącymi niekontrolowaną podróżą do samego Piekła. W "Dziecku Manhattanu" jedyną podróż jaką można odbyć to ewentualnie po kubek kawy, żeby nie zasnąć w niektórych momentach. Dlatego też koncepcja dziurawego scenariusza nie zdaje tutaj egzaminu. Mimo to Fulci gromadzi jednak na tyle energii, żeby stworzyć coś na wzór namiastki klimatu. Pierwsze sceny, kręcone w Egipcie, odkrycie amuletu, zniknięcie Jamie Lee - jest kilka scen, które się w tym filmie Fulci'emu udały. Warto jednak zauważyć, że część pomysłów mających potęgować nastrój jest chybiona. Zupełnie nie sprawdzają się tutaj np. patenty ze skrzypiącymi drzwiami. Warto wspomnieć natomiast, że świetnie wypada muzyka Fabrio Frizziego. Co prawda jest to pomieszanie znanych już motywów z "The Beyond" oraz "City of the Living Dead" z oryginalnymi utworami to jednak nie przeszkadzało to, żeby momentami doskonale podkreślała klimat filmu, choć zdarzały się też fragmenty, że wybrzmiewała bez wyraźnego powodu. Niemniej stanowi ona potwierdzenie faktu, że naczelny kompozytor włoskiego reżysera to człowiek o niebywałej intuicji muzycznej i talencie. Warto by jeszcze powiedzieć parę słów o aktorach. Nie będzie tego dużo, bo i co napisać o ludziach przypominających na ekranie przytaczane powyżej mumie... chyba po prostu źle zrozumieli egipskie odniesienia. Ale zaraz, zapomniałbym o jednym z najbardziej irytujących dzieciaków, jakie kiedykolwiek pojawiły się na ekranie. Tak właśnie, Giovanni Frezza ("House by the Cemetery"), też tu jest i, o zgrozo, jest w swoim żywiole.
W "Dziecku Manhattanu" przeplatają się zarówno sceny zaskakujace i oryginalne, bardzo dobrze pokazujące talent i wyczucie Fulci'ego do tworzenia odpowiedniego klimatu, jak i koszmarnie złe. Jeśli chodzi o te pierwsze to co powiecie np. na scenę, kręconą z perspektywy węża, który gładko prześlizguje się po podłodze biblioteki, aby dopaść niczego nie podejrzewającą ofiarę? Jakże proste, a jakże genialne! Bardzo dobrze prezentują się również zdjęcia wykonane w Egipcie. Do tego Fulci dorzuca garść sprawdzonych (również przez innych) zagrywek jak chociażby zabawę kolorowym światłem, utrzymaną w stylu wielkiego Bavy czy przeszywające puste pokryte bielmem oczy. Fani Fulci'ego z pewnością będą się też rozkoszować charakterystycznymi dla stylu reżysera ujęciami czy zbliżeniami na oczy (choć w moim odczuciu są one tutaj troszeczkę zbyt często i nachalnie używane). Te sceny są jednak w mniejszości i zostają przytłoczone przez kilka zupełnie niepotrzebnych, kompletnie wyjętych z innej bajki scen, nierzadko wspomaganych przez tandetnie zrealizowane efekty wizualne jak np. pojawiający się na zdjęciach rentgenowskich wąż czy strzelające strumienie energii wyjęte chyba z "Gwiezdnych Wojen".
Nie polecam i sam raczej często nie będę powracał do tego filmu. Ale kompletnie zgnoić go nie mogę, dlatego też po namyśle zdecydowałem, że zamiast 2+ postawię mu ciut wyższą ocenę. Zdecydowanie jednak wolę inne filmy włoskiego mistrza.