Recenzja horroru

Madman
Tytuł oryginalny:
Madman
Reżyseria:
Joe Giannone
Scenariusz:
Joe Giannone
Obsada:
Gaylen Ross, Tony Fish, Harriet Bass, Seth Jones, Paul Ehlers
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1982
Czas trwania:
88 minut






Zgodnie z tradycją "Piątku trzynastego" grupa obozowiczów siedzi przy ognisku i opowiada sobie mrożące krew w żyłach historie. Najpierw TP śpiewa piosenkę, która w założeniu ma zgromadzonych wystraszyć, ale u mnie wywołała tylko uśmiech politowania. Następnie Max, właściciel położonego w leśnej głuszy obozu, przedstawia młodym ludziom opowieść o brutalnym farmerze znanym jako Madman Marz, który pewnej nocy oszalał i wymordował siekierą całą swoją rodzinę. Ta tragedia wydarzyła się wiele lat temu w położonym na uboczu ponurym ranczu. Po dokonaniu bezsensownej rzezi szalony Marz został schwytany przez miejscowych, a potem powieszony na drzewie. Następnego dnia morderca zniknął bez śladu i tak narodziła się straszliwa legenda. Jeśli ktokolwiek, przebywając w leśnych ostępach wypowie głośno jego imię, może być pewien, że Marz go usłyszy. Jeden z obozowiczów, Richie, dla żartu wzywa obłąkanego farmera nie zdając sobie sprawy z tego, że szalony Marz powróci jeszcze tej nocy, by mordować przy użyciu swojej wielkiej siekiery.
"Madman" jest dość rutynowym horrorem typu slasher zainspirowanym w dużej mierze wielkim sukcesem komercyjnym "Piątku trzynastego". Nie ma w nim bynajmniej ani krzty oryginalności, ale horror ten jest na tyle interesujący i sprawnie opowiedziany, że powinien z łatwością trafić w gusta mniej wybrednych miłośników niskobudżetowego kina grozy. Na szczery aplauz zasługują w szczególności zdjęcia ziejącego mrokiem lasu oraz ciekawe operowanie kolorami (dużo czarnego błękitu przenikającego przez tonące w ciemności nocy leśne zarośla). Oba te elementy kreują nastrój dławiącej grozy i osamotnienia, co w amerykańskich horrorach typu slasher jest rzadko spotykane. Sama postać szalonego Marza zapada głęboko w pamięć budząc przy tym nieskrępowane przerażenie - tytułowy czarny charakter to typ o naprawdę potężnej posturze i o wyglądzie, który bardziej przypomina mi dzikiego ogra aniżeli normalnego człowieka. Sceny krwawych morderstw robią odpowiednie wrażenie - mamy tutaj między innymi makabryczne podcinanie gardła, dekapitację przy użyciu bagażnika do samochodu czy nabijanie na wystający z drewna hak. Szkoda tylko, że aktorstwo jest niewiarygodnie słabe, chociaż niektórzy fani horroru mogą złapać się za głowę ze zdziwienia widząc, iż w roli głównej, z miernym zresztą skutkiem, wysila się znana z kultowego horroru "Dawn of the Dead" Gaylen Ross. Bardziej istotnym mankamentem filmu jest natomiast kłująca w oczy przewidywalność wydarzeń, ale samo zakończenie nieco mnie zaskoczyło i to w sposób jak najbardziej pozytywny. Jest mocne, szokujące, krwawe czyli takie, jakie powinno być.
Pomimo kilku logicznych wpadek i kiepskiej gry aktorskiej "Madman" jest raczej udanym horrorem typu slasher. Nie jest to co prawda poziom świetnego "The Burning" czy "Just Before Dawn", ale film ogląda się nadzwyczaj miło i bez ziewania.