Recenzja horroru

Luna (Luna)
Tytuł oryginalny:
Luna
Reżyseria:
Cyrk Shuty
Scenariusz:
Cyrk Shuty
Obsada:
Alek, Emeryt, Lechu, Suchy, Nina
Kraj:
Polska
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
76 minut






"Luna" stanowi miłą niespodziankę na tle pozostałych produkcji polskiego kina niezależnego (nie chcę tu używać terminu "kino offowe", które od dawna jest nacechowane pejoratywnie). Kiedy już wydawało się, że jesteśmy skazani do końca życia na oglądanie portretów z życia polskich blokowisk i dziewczynek przeżywających pierwszą miesiączkę, Sławomir Shuty zabrał się za realizację znacznie ambitniejszego i oryginalnego projektu, który sam określił mianem "horroru psychodelicznego". Inicjatywa szczytna, tym bardziej godna uznania, że nieliczne próby wskrzeszenia w ostatnich latach konwencji horroru, okazały się całkowitą klapą. Wystarczy wspomnieć o kręconym przez niewprawnych amatorów "22:22" czy o miernej "Legendzie", by zdać sobie sprawę z filmami jakiej klasy mamy do czynienia. Nie ma się co łudzić, świadomość gatunkowa polskich twórców oscyluje w okolicach zera absolutnego i choć "Luna" żadnych zmian w tym względzie nie zapowiada, to stanowi w Polsce pierwszy od lat przykład udanej inspiracji kinem gatunku (choć odwołuje się do niego w pośredni sposób).
Fabułę filmu da się streścić w paru zdaniach. Czterech mężczyzn jedzie samochodem po opustoszałych rejonach Podkarpacia. Zdążają przed siebie, w nieznanym nam bliżej celu, a rzeczywistość, która ich otacza, szybko zaczyna przybierać kształt prześladujących ich, niepokojących wizji.
Zanim Shuty wraz z grupą przyjaciół zabrał się za realizację "Luny", nakręcił krótki metraż "W drodze" inspirowany kinem Jima Jarmuscha. Leniwy, senny klimat, portretowanie "zwyczajnej" rzeczywistości, w której pozornie nic się nie dzieje – inspiracja Jarmuschem powraca jak echo i w "Lunie". Większą część metrażu zajmuje obraz jadącego samochodu (z muzyką przywołującą "Broken Flowers" w tle), bohaterowie wymieniają nieznaczące uwagi, zatrzymują się na krótkie postoje, dobrze nam znany krajobraz polskiej prowincji tylko potęguje uczucie nudy. Powolny rytm co jakiś czas burzą psychodeliczne wizje odwołujące się jakoby do stylu Davida Lyncha. Do poziomu "Zagubionej autostrady" oczywiście im daleko, ze swoją techniką "flashową", zgrzytami i obrazkami zakrwawionych siekier w tle, znacznie bliżej "Lunie" do horrorów klasy B. Szkoda, że tylko takimi tanimi efektami Shuty i Cichoński próbują wywołać niepokój u widza (spiętrzając kolejne środki wyrazu, "Luna" osiąga efekt przeciwny do zamierzonego). Mimo tego estetycznego przeładowania ujawniającego warsztatowe braki, mimo całego ładunku kiczu, taniej do przesady symboliki (czaszki, krzyże, ubrana na czarno kobieta…) i ryzykownych pomysłów (jak ten, w którym bohaterów obserwujemy przez "czarno-białą kamerę"), Shutemu udało się wykreować na ekranie rodzaj alternatywnej rzeczywistości, zawiesić bohaterów w symbolicznym bezczasie. Wszystkie środki filmowe, choć wykorzystywane przez Bartosza Cichońskiego z przesadną atencją, logicznie wpisują się w koncepcję narracyjną filmu. Nie chcę tu zdradzać zakończenia, jednak śmiałość i największa zaleta "Luny" polega na próbie "opowiadania za pomocą obrazów". Nie licząc jednego urywka z gazety (który odsłania tylko rąbek tajemnicy), nic w "Lunie" nie jest powiedziane wprost, to zadaniem widza jest złożenie w całość rozrzuconych fragmentów układanki (znów wraca inspiracja kinem Lyncha). Jak na polskie filmy, które z reguły próbują albo tuszować filmową formę albo sprowadzać ją do serii ładnych obrazków, za którymi nic się nie kryje, jest to rozwiązanie oryginalne i godne pochwały.
Można narzekać, że końcowy twist niczym nowym nie zaskakuje, a "Luna" stanowi tylko eklektyczny zlepek "odgrzanych" pomysłów i motywów (można znaleźć odwołania, nie wiem czy świadome, do "BWP", "Czystej formalności" czy nawet do jednego z wczesnych filmów Wesa Cravena!). Owszem, racja, ale z drugiej strony Shuty nie kreuje z siebie Kubricka, który nagle dokonał wielkiego odkrycia, jak to się czyni w wielu filmach podobnego typu, a do samej opowieści podchodzi z dystansem, w pełni świadomy jej wtórności. Postać Mariana, jak wyrwana z jakiejś polskiej komedii z lat 80-tych, scena popijawy, przystanek na toaletę… Kolejne dowody na to, że "Luna" to przede wszystkim eksperymentalna zabawa, zrobiona w gronie przyjaciół za śmiesznie małe pieniądze. Zabawa, która dodatkowo może przynieść widzowi sporo satysfakcji.
Mimo że "Luna" żadnej rewolucji nie zapowiada, to jest dowodem na to, że przy odrobinie chęci i zaangażowania polskich twórców stać na zrobienie klimatycznego filmu. Czekamy na krok następny!
Podziękowanie dla goregirl za udostępnienie filmu