Recenzja horroru

Lucky Sky Diamond
Tytuł oryginalny:
Lucky Sky Diamond
Reżyseria:
Izô Hashimoto
Scenariusz:
Izô Hashimoto
Obsada:
Amihama Naoko, Nakamura Reiko, Shiro Sano
Kraj:
Japonia
Rok produkcji:
1989
Czas trwania:
59 minut






Seria "Guinea Pig" znana jest każdemu miłośnikowi krwistej ekstremy. Filmy, które wyszły spod ręki Hideshi Hino szokowały i nadal szokują niesamowitym realizmem w ukazywaniu dezintegracji ludzkiego ciała. "Flowers Of Flesh And Blood" to jeden z najbardziej okrutnych filmów, jakie zrealizowano w konwencji gore. Również "Devil's Experiment", mimo dość poważnych wad, potrafi nieźle potrząsnąć widzem, choć w tym akurat przypadku dość mocno widać sztuczność sytuacji przedstawionej w filmie. Do serii weszły również obrazy lżejsze takie jak "He Never Dies", a także "Devil Woman Doctor", który to film uważam za kompletne nieporozumienie i marnotrawstwo taśmy filmowej. W niesławnej serii nie znalazło się za to inne dzieło, które swoim klimatem, obrazem okrucieństwa i fabułą (szczątkową, oczywiście) jak najbardziej pasuje do wspomnianych "Devil's Experiment" czy "Flowers Of Flesh And Blood".
W opuszczonym budynku, w zdewastowanej sali na szpitalnym łóżku wije się młoda dziewczyna. Przygnębiające otoczenie zaczyna ujawniać swoje koszmarne oblicze - z otworów wentylacyjnych wypływa krew, ze ścian zwisają ludzkie wnętrzności, w worku kroplówki wiją się robaki. Przerażona kobieta odchodzi od zmysłów, zrywa się z łóżka. W panice miota się po pomieszczeniu, nagle zaczyna krwawić z krocza, po chwili widać jak zaczynają jej wypadać wnętrzności! Ale to wszystko okazuje się tylko delirycznym stanem, w który wprowadza ją demoniczna para - lekarz i pielęgniarka, którzy porwali dziewczynę, by przeprowadzać na niej eksperymenty. W ramach tych doświadczeń przeprowadzają na swej ofierze operację na otwartym mózgu. Dziewczyna zupełnie zwiedziona przez halucynacyjne stany zaczyna być prześladowana przez groteskową postać skrywającą się w kartonie, z którego wystają tylko kończyny i głowa.
Po tym jak Beatlesi nagrali kawałek pod tytułem "Lucy in the Sky with Diamonds" każdy już wie co oznacza taka zbitka słowna (w wersji polskiej można zaproponować znane tu i ówdzie wyrażenie Lepszy Spokojny Dzień). I tak też można określić "Lucky Sky Diamond" - to "Guinea Pig" na kwasie. Schemat fabularny przypomina pierwsze odsłony serii - mamy ofiarę, nad którą znęcają się w wymyślny sposób prześladowcy, odosobnione miejsce kaźni i katalog tortur, tutaj dość wymyślny. Z zachodnich opracowań wynika, że osią "intrygi" jest produkcja narkotyku wytwarzanego z hormonów, jakie produkuje ludzki organizm pod wpływem strachu. Niestety nie mam pojęcia czy tak jest w istocie, bo kopia, którą oglądałem nie miała angielskich napisów. Jednak brak znajomości motywacji postaci w żadnej mierze nie wpływa na przyjemność odbioru. Nie oszukujmy się, w serii "Królik doświadczalny" fabuła odgrywa zupełnie marginalną rolę. Tak jest i w tym przypadku. Siłą filmu są przede wszystkim wizualne przedstawienia koszmarów głównej bohaterki i surrealistyczny klimat, który dominuje w finale.
Podświetlone stroboskopami pomieszczenia, ujęcia z różnych rodzajów kamer, zupełnie odrealnienie wydarzeń, groteskowe postaci, malarskie kompozycje wielu kadrów, gra kolorem, ale i wywoływaniem uczucia obrzydzenia, sprawia że ważniejsza od treści staje się forma. Widać to także w późniejszym dziele Izô Hashimoto - "Evil Dead Trap 2", gdzie zepchnięta na drugi plan fabuła dawała tylko kontekst dla przemyślanych i zręcznie skonstruowanych scen. W "Lucky Sky Diamond" najistotniejsze jest wytworzenie onirycznego i surrealistycznego nastroju. Stąd postaci zachowują się dziwacznie - lekarz po otwarciu czaszki ofierze śpiewa, pielęgniarka tańczy, potem uprawiają seks oralny. Jednocześnie mężczyzna wodzi palcami po uwidocznionym mózgu swej "pacjentki", traktując ranę w głowie jako zastępczą waginę! Scena operacji kręcona jest w obezwładniającej bieli. Ostre światło usuwające wszelkie cienie i twarz porwanej z włożoną w usta rurą do oddychania, która upodabnia ją do androida wywołują niesamowite wrażenie. Podobnie efektownie i jeszcze bardziej hipnotycznie wygląda walka między dwoma kobietami - pielęgniarka ubrana w kwiecistą sukienkę i porwana dziewczyna w skrwawionym kimonie, z obandażowaną głową, walczące o lancet w czymś w rodzaju upiornego tańca przemocy. A "człowiek-karton" bawiący się wnętrznościami jak najbardziej żywej ofiary? A masturbująca się na przewróconym stole operacyjnym pielęgniarka - pośród chaosu zdemolowanego pomieszczenia, zakrwawiona i wciąż w swej kolorowej kreacji? Ten film naprawdę urzeka w chorobliwy sposób przedstawionymi w nim wizjami. A wszystko to dzieje się w rytm lekko jazzującej muzyki. Efekt jest piorunujący!
Sceny krwawe i okrutne w filmach z cyklu "Guinea Pig" służyły różnym celom. W pierwszych odsłonach serii chodziło o jak największy realizm, stworzenie iluzji niemal realnej. W "Devil Woman Doctor" gore to narzędzie campowej rozrywki. Hashimoto w "Lucky Sky Diamond" buduje za pomocą krwi i flaków swój perwersyjnie poetycki film. Brzmi paradoksalnie? Ależ tak - efekt osiągnięty na ekranie naprawdę zniewala, to prawdziwa poezja gore.
Na potwierdzenie odwołań do LSD w tytule filmu reżyser kończy swoje dzieło w momencie, gdy zmaltretowana dziewczyna dopada pigułek, które przyniosą jej ulgę - połyka je i popija płynem do kroplówek! To przynosi jej ukojenie. Czyżby więc ten film był wizją narkotykowego głodu? Japońską wersją stanu, który później Danny Boyle przedstawił w sugestywnej scenie w "Trainspotting"? Być może, bardzo być może. Ale zdecydujcie sami, gorąco zachęcam do obejrzenia tego mało znanego i niesłusznie niedocenianego kawałka japońskiej ekstremy.