Recenzja horroru

Horror Long Weekend

Long Weekend (Długi weekend)

Tytuł oryginalny:

Long Weekend

Reżyseria:

Colin Eggleston

Scenariusz:

Everett Da Roche

Obsada:

John Hargreaves, Briony Behets, Mike McEwen, Roy Day, Michael Aitkens

Kraj:

Australia

Rok produkcji:

1978

Czas trwania:

92 minuty

Horror Long Weekend - zdjęcie 1Horror Long Weekend - zdjęcie 2Horror Long Weekend - zdjęcie 3Horror Long Weekend - zdjęcie 4Horror Long Weekend - zdjęcie 5Horror Long Weekend - zdjęcie 6

"Long Weekend" był pierwszym pełnometrażowym filmem wyreżyserowanym przez nieżyjącego już Colina Egglestona. Eggleston zmarł w 2002 roku w Genewie, ale pozostawił po sobie parę horrorów. Pomijając powyższy tytuł zrealizował jeszcze dwa filmy typu slasher, a konkretnie "Innocent Prey" (1984) i "Cassandra" (1986) oraz komediowy horror wampiryczny "Outback Vampires" (1987). Był także autorem scenariusza i producentem krwawego slashera "Nightmares" (1980), którego fabuła toczy się w teatrze. "Długi weekend" bywa zaliczany do nurtu animal attack, ponieważ motywem przewodnim filmu jest zemsta natury na człowieku ingerującym w jej dzikie piękno, aczkolwiek oprócz wyraźnie zarysowanego podtekstu ekologicznego horror Egglestona można również potraktować jako swoistą medytację nad alienacją nowoczesnego życia.

Związek małżeński Petera (John Hargreaves) i Marcii (Briony Behets) wisi na włosku nieuchronnie zbliżając się do separacji. Aby ratować rozpadające się małżeństwo Peter wpada na pomysł udania się wraz z żoną na camping w miejscu do tego nie przeznaczonym – na opuszczonej plaży. I choć bardziej zależy mu na wypróbowaniu sprzętu do obozowania i jego strzelby oboje ruszają w nieznane. Co prawda Marcia wolałaby spędzić wolny czas w gronie przyjaciół, ale postanawia dać małżonkowi jeszcze jedną szansę. Plaża i otaczające ją zarośla wyglądają przecudnie w świetle poranka, niestety ich obozowisko zostaje zaatakowane przez mrówki. Pomiędzy Peterem i Marcią narasta coraz większy konflikt, ona nie chce uprawiać z nim seksu, czuje się winna aborcji, której dokonała po zdradzie, on wyładowuje swoją frustrację na otaczającym go środowisku strzelając bez celu i sensu. Kiedy oboje odkryją, jak mroczne i nieprzystępne dla ludzkości jest miejsce, w którym się znaleźli, może już być za późno...

Największym magnesem "Long Weekend" zdaje się być powoli i niezwykle starannie budowana atmosfera grozy – nie ma tutaj inkarnacji zła, z którym przyjedzie się zmierzyć dwójce głównych bohaterów, przeciwnikiem Petera i Marcii jest bowiem otaczające ich ze wszystkich stron środowisko, które nie sposób zwalczyć. Kiedy Peter zatrzymuje się w przydrożnym barze na piwo i pyta tam zgromadzonych o plażę, nikt nie ma bladego pojęcia, gdzie się owo miejsce znajduje. Peterowi to jednak nie przeszkadza, podobnie jak nie przeszkadza mu przebywanie w odosobnionym miejscu z kobietą, która kiedyś go kochała, a obecnie skrywa w sobie nienawiść. Niewysłowione piękno odludnej plaży kontrastuje z brzydotą ich związku, wzajemnym oskarżaniem się, pustymi spojrzeniami, nawet flora i fauna wydaje się być wrogo nastawiona w stosunku do nowo przybyłych. Sfrustrowany Peter zachowuje się jakby miał nie po kolei w głowie, rąbie furiacko drzewo siekierą, zagłusza strzałami strzelby ciszę dzikiego krajobrazu. Zarówno on, jak i Marcia nie wzbudzają u widza sympatii, co samo przez się było dość ciekawym posunięciem ze strony reżysera, który przez praktycznie całość filmu skupia na nich uwagę.

Zarzewiem narastającej w "Long Weekend" grozy są drobne incydenty: Marcia do eksterminacji mrówek używa środka owadobójczego i zostaje nieomal zabita przez mały harpun wystrzelony w tajemniczych okolicznościach, Peter uśmierca strzałem kaczkę i pozostawia przy życiu jej młode, po czym zostaje zaatakowany przez orła, itd. Strach dwójki bohaterów zaczyna narastać wraz z stopniowym przybliżaniem się do obozowiska martwego diugonia (ssaka łożyskowego z rzędu syren), zagrzebanego zwałami piasku, a także w momencie odkrycia opuszczonego namiotu z wściekłym psem w środku oraz podtopionego przypływem samochodu. W momencie, gdy para odkrywa, iż zastrzelony diugoń znajduje się coraz bliżej obozu daje się zauważyć w filmie wątek nadnaturalny. Jak mniemam, opiera się on na mitycznym stworzeniu zwanym bunyip wywodzącym się z wierzeń aborygenów. Bunyipy (inaczej: duchy, diabły) według legend i podań zamieszkiwały rzeki i moczary, a nocami słychać było ich upiorne zawodzenia, gdy pożerały zwierzęta i ludzi. Faktem jest natomiast, iż Peter i Marcia nie umieją dokonać prawidłowej interakcji zarówno z naturą, jak i z nimi samymi. Wyniszczają i siebie i środowisko, ale w końcu nadchodzi dla nich noc/dzień zapłaty.

"Long Weekend" wyróżnia znakomite aktorstwo – Hargreaves i Behets stapiają się ze swymi rolami nie tylko wtedy, gdy skaczą sobie wzajemnie do gardeł, lecz również wtedy, gdy przebywają w samotności otoczeni przez mrożące krew w żyłach odgłosy przyrody. Podobnie jak mistrzowski "Who Can Kill a Child?" Serradora, "Long Weekend" stanowi perfekcyjny przykład horroru generującego suspens w trakcie dnia. Dodatkowo zawiera kilka cudownych ujęć budzących grozę zwierząt. Kontynent australijski słynie z obecności niemalże groteskowych oraz jadowitych kreatur, ale to nie lada sztuka pokazać w filmie fabularnym, jakie stanowią bądź mogą stanowić zagrożenie. Ścieżka dźwiękowa "Długiego weekendu" to przerażający konglomerat elektronicznych zniekształceń, instrumentalnych pasaży oraz płaczu ssaków i ptaków. Długa sekwencja, w której Peter siedzi w nocy przy dogasającym z wolna ognisku i słyszy rozmaite zwierzęce odgłosy w gęstniejącym mroku autentycznie jeży włosy na głowie. Natomiast zakończenie zwala z nóg – jest zaskakujące i gwałtowne, ale na swój sposób satysfakcjonujące.

Klaustrofobia. Wyobcowanie. Zwierzęcy strach. Zapowiada się naprawdę długi weekend.

Ocena: 5/6

Autor: Embalmer