Recenzja horroru

Horror Lizard Woman

Lizard Woman

Tytuł oryginalny:

Tuk Kae Phii

Reżyseria:

Manop Udomdej

Scenariusz:

Obsada:

Rungrawee Barijindakul, Chatthapong Pantanaunkul, Pete Thongchua

Kraj:

Tajlandia

Rok produkcji:

2004

Czas trwania:

94 minuty

Horror Tuk Kae Phii - zdjęcie 1Horror Tuk Kae Phii - zdjęcie 2Horror Tuk Kae Phii - zdjęcie 3Horror Tuk Kae Phii - zdjęcie 4Horror Tuk Kae Phii - zdjęcie 5Horror Tuk Kae Phii - zdjęcie 6

Do seansu "Lizard Woman" skłoniła mnie chęć zapoznania się z filmem, który nie będzie mnie musiał w żaden sposób zajmować intelektualnie. Kierowałem się też przy tym bardzo pragmatycznym bodźcem – filmy słabe, a ten na taki się zapowiadał, bardzo łatwo się recenzuje, nietrudno jest bowiem wskazywać błędy i wady, gdy jest w czym przebierać. A tajlandzkie kino grozy, które jest ostatnimi czasy bardzo popularne w swojej ojczyźnie daje ku temu naprawdę wiele okazji. Tak jest również w przypadku "Lizard Woman", z tą może drobną różnicą, że w efekcie końcowym ten zlepek nonsensownych kadrów i nieuporządkowanych wątków zmienia się jakimś cudem w coś, co odbiega lekko na plus od standardowej tajlandzkiej produkcji. A może ja już po prostu obejrzałem zbyt dużo koszmarnych filmów z tamtej strony świata?

Grupka archeologów odnajduje stare drewniane pudełko, w którego wnętrzu zamknięta jest tajemnicza klątwa gekonów. Wkrótce złe siły zostają wyzwolone i wszyscy giną w tragiczny sposób. Jakiś czas później to samo pudełko wpada w ręce uznanej autorki książek, która właśnie zakończyła swoją najnowszą nadnaturalną powieść o jaszczurkach. W wyniku działania klątwy pisarka stopniowo zaczyna przemieniać się w brutalną bestię, kobietę-jaszczura.

Moje dotychczasowe obcowanie w kinem tajlandzkim to w ponad 95% test wytrzymałości. Lawina fatalnych obrazów, które zalały rynek DVD to niestety efekt uboczny sukcesu "Shutter". Co prawda kino grozy już wcześniej było obecne w Tajlandii, ale to głównie dzięki filmowi Banjonga Pisanthanakuna i Parkpooma Wongpooma (te ich nazwiska…) nastąpiła jego eksplozja, której odłamki raz po raz dosięgają widza niemiłosiernie go kalecząc. "Lizard Woman" to kolejny taki odprysk, tyle że trochę mniej bolesny niż pozostałe. Mimo to nadal nie rozumiem decyzji o skierowaniu go do dystrybucji kinowej, a tym bardziej faktu, że utrzymał się przez kilka tygodni na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych obrazów. Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi na myśl to wspomniane entuzjastyczne przyjęcie "Shutter", z którego zresztą "Lizard Woman" czerpie wyraźny wpływ. Fakt faktem, że sama historia jest oryginalna, ale już pewne rozwiązania, pomysły czy nawet poszczególne ujęcia zdają się zapożyczone, żeby nie powiedzieć żywcem skopiowane od swojego poprzednika. Znaleźć tu można chociażby odpowiedniki scen z ciemni czy zjawy ukazującej się w oknie kierowcy pędzącego samochodu. Oczywiście nie zabrakło elementów związanych z robieniem zdjęć, które jednak są ograniczone do minimum i nie rzucają się tak bardzo w oczy. Poza ewidentnym wpływem "Shutter", "Lizard…" wzoruje się też na innych dokonaniach współczesnego kina grozy, głównie japońskiego, powielając chwyty z najlepszych horrorów przed wszystkim "Ju-On". Co ciekawe to epigońskie podejście, pełne dziewczyn z włosami przesłaniającymi twarz oraz zjawami z trupiobladym makijażem, udaje się przekuć na kilka interesujących scen grozy, co stanowiło dla mnie nie lada zaskoczenie. Niemniej byłoby zdecydowanie lepiej gdyby taki rezultat osiągnięto samodzielnie, bez takiego bezwstydnego odwoływania się do swoich zacnych poprzedników.

Zarys fabuły sprawia wrażenie snu szalonego scenarzysty opętanego wizją, którą tylko on jest w stanie zrozumieć. O ile czasem takie rozwiązanie przynosi irracjonalny, ale za to potężny efekt, tutaj jest to po prostu wynikiem braku umiejętności do uchwycenia poszczególnych elementów w sensowną i spójną całość. Wygląda to tak jakby autor porozrzucał pocięte fragmenty historii, a potem sklejał je na chybił trafił, nie dbając o to czy wszystko trzyma się kupy. A na koniec wstawił kilka ujęć, dorzucił parę pomysłów by zadowolić ewentualnych malkontentów, przetasował to wszystko raz jeszcze i dopiero zmontował. I tak co chwila otrzymujemy nie pasującą do całości wstawkę, która ni stąd ni zowąd zostaje wpleciona do filmu, a np. pod koniec jesteśmy świadkami magicznego rytuału wypędzenia, który stanowi swoisty wyciąg charakterystycznych scen z "Egzorcysty". Z kolei całkiem obiecujący początek filmu, z uwagi na jego zagęszczenie atmosfery (oczywiście w skali tego filmu) i skumulowanie akcji, bardziej pasowałby na jego zakończenie. Najlepiej na to wszystko przymknąć litościwie oko, bo inaczej "Lizard Woman" poniesie całkowitą klęskę. Przy okazji nic dziwnego, że nie sposób znaleźć żadnych informacji na temat scenarzysty, któż chciałby się pod tym wszystkim podpisać?

Pod kątem realizacyjnym, jak na tajlandzkie warunki, film prezentuje się całkiem nieźle, co oznacza mniej więcej tyle, że wszelkie mankamenty tamtejszych produkcji nie są tu aż tak bardzo widoczne. Zazwyczaj mamy ich całe mnóstwo, tutaj udało się to jakoś w miarę zatuszować, a w niektórych przypadkach (zdjęcia) nie ma nawet co specjalnie narzekać. Kiepskie oświetlenie, fatalnie dobrana muzyka, nieporadność przy montażu, natarczywe wykorzystane niektórych zbędnych elementów (zwolnienia akcji) itd. – to wszystko w "Lizard Woman" jest obecne, ale przynajmniej aż tak bardzo nie daje się we znaki. Byłoby też zdecydowanie lepiej gdyby twórcy nazbyt nie wierzyli w zbawczą moc CGI, które na dodatek nie należą tutaj do specjalnie udanych. Ich częste wykorzystanie w filmie wielokrotnie razi niestety swoją sztucznością, przede wszystkim w scenach, w których efekty komputerowe stanowią substytut krwi czy gdy jesteśmy zmuszeni obserwować cyfrowo wykreowane gekony. Czasem ich użycie psuje nawet niezłe pomysły (wydłużająca się ręka otwierająca okiennice), co jest chyba jeszcze bardziej trudne do wybaczenia. Ostatecznie otrzymujemy przewagę pracy programistów komputerowych nad tradycyjnymi formami efektów specjalnych, co trudno niestety uznać za pozytyw.

Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało, mimo negatywnej oceny, jaką zdecydowałem się wystawić, "Lizard Woman" to i tak jeden z ciekawszych tajlandzkich horrorów, jakie zdarzyło mi się ostatnio obejrzeć. Z pewnością nie zachęci to zaznajomienia się z tamtejszym kinem grozy, jednak z drugiej strony nie należy go w pełni przekreślać – poza masą tandetnych pseudo-horrorów, które czyhają na każdym kroku, jest też kilka pozycji godnych uwagi (np. "Alone").

Ocena: 2/6

Autor: Mort