Recenzja horroru

Horror Left Bank

Left Bank (Lewy brzeg)

Tytuł oryginalny:

Linkeroever

Reżyseria:

Pieter Van Hees

Scenariusz:

Pieter Van Hees, Christophe Dirickx, Dimitri Karakatsanis

Obsada:

Eline Kuppens, Matthias Schoenaerts, Sien Eggers, Marilou Mermans

Kraj:

Belgia

Rok produkcji:

2008

Czas trwania:

102

Horror Linkeroever - zdjęcie 1Horror Linkeroever - zdjęcie 2Horror Linkeroever - zdjęcie 3Horror Linkeroever - zdjęcie 4Horror Linkeroever - zdjęcie 5Horror Linkeroever - zdjęcie 6

Piwo, frytki, czekoladki, komiksy – Belgia zdecydowanie ma się czym pochwalić w stosunku do innych europejskich krajów. To małe państewko pozostaje jednak daleko w tyle jeżeli spojrzeć na nie z perspektywy fana horroru. Tamtejsze kino nie może się poszczycić praktycznie żadnymi większymi dokonaniami na tym polu, pomijając kilka mniej znanych choć często bardzo interesujących tytułów, w szczególności w reżyserii Harry Kümela ("Malpertuis", "Daughters of Darkness"), oraz paru kontrowersyjnych dzieł ("Lucker"), z których część może jedynie ocierać się o estetykę horroru (niesławy "Man Bites Dog" czy zwyrodniały "Pig Fucking Movie"). Trudno się temu dziwić, bo tradycji gatunku właściwie w ogóle tam nie ma, może poza szeroko rozpoznawanym i uznanym międzynarodowym festiwalem filmów fantastycznych i horrorów, czyli BIFFF. Takiego stanu rzeczy raczej nie zmieni "Left Bank", choć pełnometrażowy debiut flamandzkiego reżysera Pietera Van Heesa, którym zyskał sobie uznanie przede wszystkim w rodzimym kraju, zasługuje na obejrzenie.

Jak podkreślał sam reżyser w jednym z wywiadów nie interesuje go kręcenia kina gatunków. Jego intencją jest przede wszystkim przedstawienie historii osób oraz intrygujących relacji pomiędzy nimi, a sam typ filmu, do jakiego można go przypisać kształtuje się dopiero później. Nie stara się z góry trzymać sztywnych ram jakiegoś gatunku, tworzą się one naturalnie podczas kręcenia całości. Ma to swoje uzasadnienie, bo dzięki temu reżyserowi udaje się igrać nieco w widownią, przez co jest w stanie ją zaskoczyć kierunkiem jaki ostatecznie jego film przyjmie. "Left Bank" wydaje się w pełni potwierdzać słowa reżysera: z racji wykorzystanych środków i samego rdzenia historii tuż po zakończeniu seansu łatwo go zaliczyć do horroru, jednak podczas projekcji faktycznie można odnieść wrażenie, że przynależność gatunkowa miała drugorzędne znaczenie, a definitywny kształt całości nie jest jednoznacznie z góry przesądzony. Oczywiście van Hees korzysta z dobrze znanych motywów charakterystycznych dla kina grozy, które można znaleźć w wielu innych filmach (historia zakorzenioną w lokalnym folklorze, motywy okultystyczne, tajemne rytuały, niewytłumaczalne zjawiska) niemniej są to elementy jedynie towarzyszące głównej idei, czyli odkrywaniu sekretów głównych bohaterów oraz przedstawieniu sytuacji wokół nich, która z czasem ulega zupełnej zmianie. Stąd "Left Bank" sprawia wrażenie nieco bardziej ambitnego spojrzenia na to kino, odstawiającego w kąt większość właściwych dla niego cech i rozwiązań a przy tym unikającego koncentrowania się na tak popularnej współcześnie wizualnej atrakcyjności (w tym negatywnym ujęciu) i dynamiczności akcji. Z jednej strony jest to duży plus, bo reżyser stawia sobie poprzeczkę nieco wyżej, z drugiej pewna pułapka, bo to odrzucenie skutkuje nader zbyt bojaźliwym podejściem do wykorzystania tego, co gatunek ma do zaoferowania najlepszego.

I tu chyba tkwi też źródło niespełnionych do końca oczekiwań widza, bo takie podejście, przynajmniej dla mnie, obniżało nieco atrakcyjność "Lewego Brzegu". Reżyser tak stara się uciec od pewnych standardów kina horroru, że w końcu obraca się to przeciwko niemu: gdzieś w trakcie seansu ten dobrze rokujący film z wciągającym początkiem zapowiadającym prawdziwie mroczny sekret staje się zbyt wolny i nie oferuje prawdziwej grozy. Oczywiście, zgodnie z tym co reżyser zadeklarował, ma to przynieść zamierzony efekt zaskoczenia (i faktycznie na końcu przynosi), jednak zanim do tego dojdziemy akcja nie posuwa się do przodu, tylko grzęźnie gdzieś w prezentowaniu uczucia pomiędzy młodymi ludźmi i stopniowego (ale zbyt wolnego) odkrywania ich drugiej natury. Aż się prosi, aby nieco bardziej potrząsnąć widzem, aby szarpnąć nim na tyle mocno by ten dramat nabrał wyrazistości. Niestety takie elementy jak budzący skojarzenia z kinem Davida Lyncha sen Marie przychodzą nieco zbyt późno, a szkoda, bo pewne ożywienie by się zdecydowanie przydało. Czasami też Van Hees nie daje sobie z tym rady: jakoś trudno mi oglądać bez grymasu na twarzy, jak we współczesnym mieście zakapturzony mężczyzna strzelający z łuku ma budzić przerażenie. Wielu recenzentów porównuje "Left Bank" do klasyków Polańskiego takich jak "Dziecko Rosemary" czy "Lokator", jednak w moim odczuciu są to oceny zdecydowanie zawyżone. Faktycznie pewne elementy można uznać za wspólne (osamotnienie i osaczenie głównej bohaterki), jednak sposób narracji, a przede wszystkim konstruowania napięcia jest jednak nieporównywalny. Co prawda flamandzki reżyser przedstawia wszystko dość sprawnie, jednak jego podejście jest zbyt subtelne a jednocześnie nie dorównuje perfekcji z jaką temat przedstawił właśnie Polański.

Olbrzymią rolę w filmie odgrywa tytułowa lokalizacja. Jest to autentyczne miejsce w belgijskiej Antwerpii, znajdujące się po lewej stronie przepływającej przez miasto rzeki Skaldy. W czasach średniowiecznych było skupiskiem zajazdów oraz burdeli i często przyciągało najróżniejszych ludzi w tym kryminalistów i wyrzutków społeczeństwa. W późniejszym czasie tę część miasta zburzono i zastąpiono nowoczesnymi budynkami, jednak niezbyt dobra sława, jaka przylgnęła do tego miejsca przetrwała aż po dzień dzisiejszy. Nic więc dziwnego, że to mało przyjemne i raczej nie budzące pozytywnych skojarzeń miejsce stało się centrum wydarzeń filmu Van Heesa. Zresztą ponoć duża część sukcesu opiera się w przeważającej mierze na lokalizacji, którą reżyser zdecydował się umieścić swoją opowieść. Trudno się dziwić, bo świadomość historii tego miejsca z pewnością jest w stanie lepiej oddziaływać na widza, a nawet jeśli ktoś nie wie czym niegdyś i obecnie jest lewy brzeg nieprzyjemna atmosfera, która roztacza się pośród i wewnątrz budynków, jak również nieco zastanawiające zachowanie ich lokatorów nie pozostawiają złudzeń, że jest to miejsce, do którego raczej nikt nie lubi odwiedzać po zmroku. Łatwo sobie wtedy wyobrazić jakie wpływ może mieć na główną bohaterkę. Nastrój tego miejsca, podobnie zresztą jak i całej historii doskonale podkreślają zdjęcia Nicolasa Karakatsanisa oraz towarzysząca filmowi oprawa dźwiękowa Eavesdroppera oraz Simona Lenskiego.

Debiutująca na dużym ekranie Eline Kuppens okazała się doskonałym wyborem, jest żywa, urodziwa i bardzo charakterystyczna, co pozwala jej zdecydowanie dominować na ekranie przez cały film. Jest również przez cały czas autentyczna: zarówno jako twarda i nieustępliwa, choć nieco uległa i mało samodzielna dziewczyna, jak i osoba, która zmienia się pod wpływem poznanego chłopaka z nieodgadnioną przeszłością. Partnerujący jej Matthias Schoenaerts również wypada przekonująco, co powoduje, że ta ekranowa para zdecydowanie stanowi o sile "Left Bank".

Finałowe minuty filmu przynoszą zaskoczenie i stanowią zdecydowanie najlepszą jego część. Nie ma oczywiście najmniejszego sensu go zdradzać, wystarczy że powiem, że jest ono bardzo dobre i wynagradza niecierpliwe oczekiwanie na rozwój sytuacji. Niemniej jednak już ostatnia scena filmu wprowadza nieco zamieszania i jestem gotów się założyć o wiele, że niektórzy widzowie odwrócą się od filmu właśnie z tego powodu. Wraz z napisami końcowymi pojawia się naprawdę dużo pytań: kim były poszczególne osoby, które w ostatnich sekundach pojawiały się na ekranie, co tak naprawdę się stało, co oznaczały słowa, że "każdy początek jest nowym końcem"... Znaków zapytania jest wiele, jedne intrygują bardziej, inne mniej, jednak klarownych odpowiedzi nie ma, bo scenarzysta poszukiwanie własnej interpretacji pozostawił widzom.

"Left Bank" jest pierwszą częścią trylogii "Anatomii miłości i bólu", której przewodnim tematem są relacje pomiędzy ludźmi, którzy muszą - wedle słów reżysera – stawić czoła nieznanej części samych siebie. Niestety jest to jedyny film, w którym reżyser sięgnął po symbolikę kina grozy, kolejne dwa (ostatnia odsłona jest w trakcie przygotowania) są już utrzymane w innych duchu. Choć, kto wie, może zgodnie z zapewnieniami reżysera okaże się, że trzecia część zacznie się niepozornie, a skończy rasowym, pełnokrwistym horrorem? Niemniej warto zwrócić uwagę na Pietera Van Hebesa, być może Belgii pojawił się kolejny powód do dumy.

Ocena: 4-/6

Autor: Mort