Recenzja horroru

Land of the Dead
Tytuł oryginalny:
Mundo de los muertos, El
Reżyseria:
Gilberto Martínez Solares
Scenariusz:
Rafael García Travesi, Jesús Sotomayor Martínez
Obsada:
Santo, Blue Demon, Pilar Pellicer, Antonio Raxel
Kraj:
Meksyk
Rok produkcji:
1969
Czas trwania:
80 minut






Kino grozy w wydaniu meksykańskim? Dla wielu amatorów grozy to pojęcie puste, niektórzy wspomną 'Cronosa' lub 'Alucardę'. A przecież horrory w Meksyku robi się od co najmniej 1934 roku. Lata '50 ubiegłego wieku to początek boomu horroru w kinematografii południowych sąsiadów USA. Filmy takie jak 'El Vampiro', 'Misterios de ultratumba' Fernando Mendeza, czy 'La Maldición de la Llorona' Rafaela Baledón, stanowią doskonałe przykłady przeniesienia na rodzimy grunt doświadczeń niemieckiego ekspresjonizmu z jednej strony i tradycji horrorów universalowskich z drugiej. Wszystko to podlane lokalną specyfiką, jest wyjątkowo satysfakcjonującym doświadczeniem dla każdego miłośnika gatunku. Ale istniał też drugi nurt, który łączył bardziej ludyczne podejście do kina z popularnością meksykańskiego wrestlingu. Nawet jeśli ktoś nie bardzo orientuje się w tamtejszej kulturze, a o luchadores słyszał tylko dzięki 'Nacho Libre' Jacka Black'a, to prawdopodobnym jest, że słyszał o Santo. 'El mundo de los muertos' to jeden z kilkudziesięciu obrazów z tym popularnym ludowym herosem.
XVII wiek, meksykańska inkwizycja walczy z kultem diabła na prowincji kraju. Właśnie ma miejsce proces czterech członków tajnego sprzysiężenia, wszyscy za zbrodnię bluźnierstwa zostają skazani na śmierć w płomieniach. Egzekucji z daleka przygląda się tajemnicza kobieta w czerni, jak się okazuje przywódczyni wzmiankowanego kultu. W trakcie ceremonii na cmentarzu przywołuje ona Szatana, by pomógł jej w walce ze sługami Kościoła. Władca Ciemności posyła jej Niebieskiego Demona, który będzie walczył po jej stronie. Tymczasem bohater wszystkich bohaterów, dzielny Santo, smali cholewki do Aurory. Santo bardzo chciałby, ale trochę się boi, bo wiele niebezpieczeństw czyha na niego i ukochanej nie chce narażać. I słusznie się obawia - przywódczyni kultu, Damiana, gdy nie udaje się jej skaptować Wielkiego Santo, by wspólnie wielbić Lucypera, zabija jego wybrankę. Zostaje za to spalona na stosie, ale w chwili śmierci przeklina swych oprawców... A akcja przenosi się 300 lat do przodu. Okazuje się że klątwa nadal działa, a Zamaskowany Bohater nie postarzał się ani o jotę, tylko szabli już nie nosi...
Meksykańskie zapasy zamaskowanych wojowników to niezmiernie popularna rozrywka, która okres swej świetności przeżywała w połowie ubiegłego wieku. Santo, czyli Rodolfo Guzmán Huerta, to najpopularniejszy z wrestlerów i prawdziwa ikona tamtejszej popkultury. Pomysł by połączyć dwie tradycje - luchadores i kinematografię okazał się strzałem w dziesiątkę. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat Santo pojawił się w ponad 50 filmach, w większości z nich jako główny bohater, stawiający czoła hordom nadprzyrodzonych istot - zombi, kosmitom, mumiom, wampirom; przestępcom, szalonym naukowcom i wielu innym. Filmy te łączy kilka cech wspólnych - przede wszystkim pretekstowa fabuła, która miała być tylko wehikułem do pokazania zapaśniczych walk idola w srebrnej masce. Po drugie, mimo całego splendoru, który otaczał Huerte, obrazy z jego udziałem były kręcone za śmieszne pieniądze, co widać praktycznie w każdym ujęciu. Wreszcie, popularność tych obrazów dla zachodniego widza może być cokolwiek niezrozumiała.
'El mundo de los muertos' jest kiepski, jest bardzo bardzo kiepski. Być może w grę wchodzą nieprzekładalne różnice kulturowe, ale jak nie ryczeć ze śmiechu widząc zamaskowanego wrestlera w sztafażu XVII-wiecznym. Nasz bohater paraduje ze szpadą i nawet fechtuje! Mam wrażenie, że to jest jednak inna jakość od tego co prezentował np. Hulk Hogan, kiedy na nieszczęście widzów próbował swych sił przed kamerą. Podobnie dzisiaj - nawet jeśli gwiazdy amerykańskiego wrestlingu występują w filmach (‘See No Evil’), to nie w swym ringowym emploi. A Santo, oprócz jednego razu, nigdy nie pokazał publicznie swojej twarzy! Więc szpada, karety i trybunały inkwizycyjne współegzystują w filmie z zamaskowaną facjatą Huerty. Scenariusz, który ma jedynie umożliwić Santo obściskiwanie się z innymi mięśniakami przed kamerą nawet nie próbuje być ciekawy czy interesujący. Ot skaczemy od jednej sceny walk do drugiej. Nakręcone to wszystko jest nieporadnie i zabawnie. Charakteryzacja zombi to kilka maźnięć pudrem po twarzy. Do tego pożyczanie scen z innych filmów - wiadomo od kogo uczyli się Bruno Mattei i Jim Wynorski! Po prostu parada żenady i nieudolności. Jedynie sekwencja kiedy Santo zstępuje do piekieł wygląda dość interesująco dzięki zastosowaniu czerwonego filtra obrazu, który nadaje surrealistyczno-oniryczny posmak temu fragmentowi. Oczywiście efekt jest tani i daaaaaleko mu do wizji a la Bosch znanych z 'Jigoku' Nakagawy, ale pozytywnie wyróżnia te sceny spośród mizerii całości.
Szczerze mówiąc nie nadaję się do oglądania tego typu filmów. Chętnie poczytam co miała do powiedzenia Susan Sontag w temacie kampu, pozastanawiać się co jest właśnie kampem, a co kiczem, ale kiedy mam obcować z kinematografią kampową to, niestety, wywieszam białą flagę. Od czasu do czasu jestem w stanie obejrzeć dziełko tak nieporadne i głupie, że aż śmieszne, byle tylko nie za często. Jednak dla miłośników filmów klasy Z 'El mundo de los muertos' może być łakomym kąskiem. Bo i pośmiać się jest z czego - zgromadzenie wyznawców szatana to parada takich osobliwości (zdaje się, że siłą porwanych z teatru osobliwości), że uśmiech sam pojawia się na twarzy. Radosny rechot wywołują też efekty specjalne i ogólny klimat filmu. Ocena nie jest najniższa z możliwych, gdyż omawiany film traktuję jako pewną ciekawostkę. Zwłaszcza, że był to mój pierwszy kontakt z Santo - jeśli wierzyć internetowym recenzjom, ta odsłona przygód srebrzystomaskiego wojownika ma całkiem rozbudowany scenariusz i jest dość sprawnie nakręcona. Takie informacje wywołują prawdziwy dreszcz grozy - jak straszliwe muszą być inne przygody Caballero Enmascarado de Plata! Jeśli mnie naczelny nie zmusi do recenzji jakiegoś innego filmu o meksykańskich wrestlerach przy okazji kolejnej aktualizacji o tamtejszym horrorze, to chętnie zakończę swoją przygodę z Santo. Wolę rozejrzeć się za kolejnym filmem Chano Uruety (taki kamp to ja poproszę) lub Fernando Mendeza.
Jest coś perwersyjnego w oglądaniu spoconych facetów tarzających się w mocarnych objęciach po ringu. Ja jednak wolę inne perwersje...