Recenzja horroru

Horror Land Of The Dead (2005)

Land Of The Dead (2005) (Ziemia żywych trupów)

Tytuł oryginalny:

Land Of The Dead

Reżyseria:

George A. Romero

Scenariusz:

George A. Romero

Obsada:

Simon Baker, John Leguizamo, Dennis Hopper, Asia Argento

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2005

Czas trwania:

93 minuty

Horror Land Of The Dead - zdjęcie 1Horror Land Of The Dead - zdjęcie 2Horror Land Of The Dead - zdjęcie 3Horror Land Of The Dead - zdjęcie 4Horror Land Of The Dead - zdjęcie 5Horror Land Of The Dead - zdjęcie 6

"Night Of The Living Dead" to jeden z najważniejszych horrorów wszechczasów. Rewolucyjny zarówno jeśli chodzi o stronę formalną jak i treść debiut George'a A. Romero pozostaje do dzisiaj prawdziwym majstersztykiem filmowej grozy. Reżyser powracał do tematu jeszcze dwukrotnie - ze świetnym "Dawn Of The Dead", które było kolejnym kamieniem milowym gatunku. Finalną częścią był "Day Of The Dead" - dość różnie odbierany, choć miał swoje niezaprzeczalne atuty i świetne efekty specjalne. Z powodu słabych wyników finansowych nie powstała kolejna odsłona, choć podobno była w planach. Romero porzucił temat żywych trupów na 20 lat i realizował filmy raczej średniej jakości. Wiadomości o "Land Of The Dead" pojawiały się od dłuższego czasu. Jednak reakcje miłośników gatunku były dość stonowane. Właśnie ze względu na ostatnie dokonania Romero. Od tygodnia film szaleje w polskich kinach - warto się wybrać? Warto! Bo nie jest tak źle jak być mogło, choć nie jest tak bardzo dobrze. Ale dla tej serii i dla tego reżysera warto wyłożyć dwie dychy na bilet - z szacunku i po starej znajomości.

Ziemią zawładnęły żywe trupy. Ludzie chronią się w odizolowanych osiedlach, pilnie strzeżonych przed najazdem woniejących nieświeżo nieproszonych gości. Jedną z takich enklaw względnego bezpieczeństwa jest Fiddler's Green stworzone przez Kaufmana (Dennis Hopper). Miasto podzielone jest na dwie części. W lusksusowych wieżowcach mieszkają bogaci - otoczeni zbytkiem, przepychem i wszelakimi rozrywkami znanymi ze "starych dobrych czasów" (wóda, fruzie, dragi i co sie komu tam zamarzy). Biedota zmuszona jest zamieszkiwać na terenie miasta, które wygląda bardziej jak slumsy, ale cóż - nie każdego stać na luksusy. Riley główny bohater filmu zajmuje się dostarczaniem żywności i zaopatrzenia do miasta (proszę, do czego doprowadziły konserwanty dodawane do jedzenia - po tylu latach od wystąpienia zarazy nadal niektóre konserwy nadają sie do spożycia). Razem z nim plądrowaniem opuszczonych miasteczek para się Cholo, Latynos marzący o mieszkaniu w luksusowym wieżowcu. A także niezbyt rozgarnięty Charlie, prywatny ochroniarz Rileya. Jest jeszcze super bryczka "Dead Reckoning" - pancerny olbrzym, który kosi zombiaków seriami z zamontowanych działek typu Vulcan. A jeśli chodzi o zombi, to nie są już takimi bezmyślnymi istotami jak w poprzednich częściach cyklu (co było już sygnalizowane w "Day"). Pod wodzą Big Daddy'ego uczą się używać przedmiotów i szykują do szturmu na miasto. W tle rozgrywają się mniejsze i większe dramaty wcale nie tak odległe od tych, które znamy dzisiaj.

Romero powraca po dwudziestu latach do serii, która uczyniła go sławnym. "Land Of The Dead" miał być powrotem w wielkim stylu. Czy się udało? Chyba nie do końca. Przede wszystkim George zachorował na coś, co nazwałbym "ukąszeniem holiłudzkim". Film jest przerażająco komercyjny, ale w tym najbardziej negatywnym sensie. Po wywrotowych i krytycznych 3 pierwszych częściach, dostajemy obraz śmierdzący papką na kilometr. Już w sposobie budowania fabuły coś nie gra. Właściciel miasta, grany przed Dennisa Hoppera, to uosobienie szui - postać przerysowana do granicy groteski. Z drugiej strony skontrastowany jest z głównodowodzącym zombie, który przy Kaufmanie jest niemal ludzki i godny współczucia i sympatii. Główny bohater opowieści, Riley, to człowiek bez zmazy i skazy, tak prawy, że aż zęby bolą. Gdzie się podziały pogłębione psychologicznie postacie z poprzednich filmów nie mam pojęcia. Holiłudyzm widać również żartach rzucanych przez Samoańskiego pomocnika Rileya, który wygłasza średnio zabawne twierdzenia o uruchamianiu samochodu "na krótko". A patos wylewający się z niektórych scen pasuje bardziej do Rolanda Emmericha i badziewi w stylu "Independence Day", niż do człowieka, który poprzednimi dokonaniami postawił filmowy horror na głowie.

Po wydarzeniach 11 września i tym co się stało z amerykańską polityką zagraniczną jak i wewnętrzną Romero zapowiadał, że "Land Of The Dead" będzie zjadliwym komentarzem i dosadną krytyką tego co się dzieje na świecie. No i jest komentarz. Tylko jakiś taki miałki i nijaki. Z jednej strony "oni to my", co przyznają ludzie patrząc na zombiaki. Z drugiej nieumarli pokazani jak biedne, zahukane istotki, które nie mogą się odnaleźć w przerażającym świecie. Bo przecież ożywiony trup to całkiem w porządku koleś, a że ma dziwaczne upodobania kulinarne? No nie bądźmy drobiazgowi. Jeśli patrzeć na ten film jako na metaforę i komentarz reżyserski to na pewno trzeba docenić zaangażowanie polityczne i opowiedzenie się za ludźmi przez włodarzy USA uważanych za bydło i hołotę (islam, trzeci świat, to chyba najbardziej o to chodziło Romero). To dobrze,że twórca widzi potrzebę afirmacji inności, uczłowiecza zombich. Ale w świecie przedstawionym "Land" truposzczaki wypadają blado (i nie chodzi mi tu tylko o kolor ich skóry). Jeśli chodzi o ludzkość to nawet w tych apokaliptycznych czasach nie jest w stanie zdobyć się na przezwyciężenie międzyludzkich i klasowych barier. Z morza nędzy, gdzie zamieszkuje biedota wyrastają w górę luksusowe apartamentowce. Okazuje się, że nawet siedząc po uszy w szambie ludzie nadal będą się dzielić na równych i równiejszych, biednych i bogatych. Niewesoła to konstatacja, ale też i niezbyt oryginalna.

Scenariusz jest jedną ze słabszych stron filmu. Postaci zarysowane są sztampowo i zupełnie nieprzekonujące. Kilka razy poważnie zastanawiałem się siedząc w kinie czy Romero nie robi sobie z widza zgrywy, bo sztuczność Hoppera jest naprawdę zaskakująca. To jak została sklecona fabuła również jest zastanawiające. Niektóre wątki pojawiają się na siłę i zupełnie niepotrzebnie (nieszczęsny Samoańczyk i pozostała dwójka pomagierów, wziętych nie wiadomo skąd i po co). Dodatkowo kończone są w sposób równie dziwny jak zostały wprowadzone. Przez sporą część filmu zastanawiałem się co Romero chce pokazać przez swoich aktorów. Którzy nota bene też nie grają jakoś rewelacyjnie. W ogóle sposób w jaki zorganizowany jest świat przedstawiony w "Land Of The Dead" jest cokolwiek frapujący. To że, Kaufman zwiewa z dwiema torbami dolarów, kiedy zaczyna robić się gorąco to powiedzmy jeszcze do przełknięcia (chociaż ile może się tam zmieścić i po co mu kasa w ukrytej pod ziemią kryjówce). Ale skąd wszyscy mieszkańcy luksusowych wieżowców biorą pieniądze, żeby żyć w tychże wieżowcach, skoro banków nie ma? No ale powiedzmy, że wybaczamy reżyserowi, bo chciał pokazać, że ludzie zawsze będą chciwi, okrutni, zachłanni itepe itede. Jak na tyle lat przerwy od ostatniego filmu o zombie, można było jednak nieco ciężej przysiąść nad scenariuszem, a nie bawić się w wykorzystywanie zgranych klisz i mało zabawnych żartów.

Efekty gore i ogólnie zombiaki nie wypadają szczególnie przekonywująco, ale nie jest jakoś bardzo źle. Przede wszystkim postawiono na design komputerowy i to się czuje praktycznie na każdym kroku (zwłaszcza przy charakteryzacji umarlaków). Może jestem staroświecki, ale moim zdaniem wiadro prawdziwej czerwonej farby i gumowe kończyny prezentują się o wiele lepiej na ekranie - bardziej realistycznie. Aczkolwiek trzeba przyznać, że jest krwawo i obrzydliwie i ulubione przeze mnie gumowe kończyny występują w ilościach sporych. A skoro już o efektach specjalnych mowa... Chyba każdy recenzent wspomina o udziale Toma Saviniego w filmie, więc i ja nie będę gorszy. Otóż w filmie pojawia się na moment Tom Savini:-) Gra zombiaka z maczetą i w widowiskowy sposób rozprawia się ze swoją ofiarą. Wypada też wspomnieć o krótkim występie Simona Pegga i Edgara Wrighta twórców "Shaun Of The Dead" - ot taka ciekawostka (a szczerze mówiąc nie zarejestrowana przeze mnie podczas projekcji).

Czy więc "Land Of The Dead" to kompletny niewypał? Otóż nie! Jeśli potrafi się przymknąć oko na kilka scenariuszowych zgrzytów i nieznośny patos pod koniec filmu to bawić się można całkiem nieźle. Zombi pożerają ludzi w widowiskowy sposób, jest kilka naprawdę dobrych i "nastrojowych" scen (nieumarli przekraczający rzekę!), grają fajne babeczki (Asia Argento!), reżyser przygotował parę momentów, gdzie widz podskoczy w fotelu - ogólnie nie jest źle. Szkoda tylko, że film takiego twórcy oceniam kategoriami przynależnymi do produkcji klasy B. Ale jak na Romero, jak na film, który miał być podsumowaniem arcyważnej serii, "Land" zawodzi mocno. I mam wrażenie, że nadal można mówić o trylogii żywych trupów i "Ziemi" jako quasi suplemencie, a nie o tetralogii. Dostaliśmy dzieło miałkie, szablonowe, rozbiegane, mało straszne i z zastanawiającym happy endem - happy end w filmach o żywej śmierci? Proszę państwa, to są jakieś kpiny...

Ocena: 3+/6

Autor: grzEGOrz