Recenzja horroru

Horror Laid to Rest

Laid to Rest

Tytuł oryginalny:

Laid to Rest

Reżyseria:

Robert Hall

Scenariusz:

Robert Hall

Obsada:

Bobbi Sue Luther, Kevin Gage, Sean Whalen, Nick Principe

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2009

Czas trwania:

90 minut

Horror Laid to Rest - zdjęcie 1Horror Laid to Rest - zdjęcie 2Horror Laid to Rest - zdjęcie 3Horror Laid to Rest - zdjęcie 4Horror Laid to Rest - zdjęcie 5Horror Laid to Rest - zdjęcie 6

Muszę się przyznać, że ostatnio jakoś przeszła mi ochota na taplanie się w hektolitrach krwi i poszukiwanie jak najbardziej ekstremalnych produkcji gore. A zniesmaczony ostatnimi dokonaniami na polu slasher, straciłem zainteresowanie co w tym podgatunku piszczy. Jednak nie samymi starociami człowiek żyje i czasem trzeba sprawdzić co się dzieje we współczesnym kinie grozy. Na seans "Laid to Rest" skusiłem się, bo zafrapowała mnie maska mordercy. Chromowana, stylizowana na ludzką czaszkę, odbijająca obraz – w odpowiednich rękach ten wyjściowy pomysł mógł przerodzić się w inteligentne i świeże kino, być może z większymi ambicjami. Trochę się pomyliłem, oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością, ale nie mogę powiedzieć, że się zawiodłem. Film Roberta Halla to emocjonująca przygoda.

Młoda kobieta budzi się zamknięta w ciasnej przestrzeni. Z przerażeniem odkrywa, że znajduje się w trumnie. Wierzgając i kopiąc udaje jej się wydostać, lecz to dopiero początek jej problemów. W domu pogrzebowym, w którym się znajduje, nie jest sama. Na jej życie czyha przerażający morderca w chromowanej masce. Dziewczynie udaje się wydostać z pułapki i zatrzymać przejeżdżający nieopodal samochód. Tucker, kierowca furgonetki, zabiera kobietę do swojego domu. Żona mężczyzny jest sceptyczna i nie chce udzielać pomocy oszołomionej, cierpiącej na amnezję ofierze. Być może jej stan jest wynikiem nadużywania narkotyków? Czy ścigający ją, jak twierdzi, morderca nie jest tylko wytworem jej halucynacji? Już wkrótce okaże się, że zagrożenie jest jak najbardziej realne...

Pierwsze co się rzuca w oczy to stylizacja świata przedstawionego. Kręcone kamerą cyfrową ujęcia pełne są snujących się dymów, cieni, dominują chłodne kolory. Kadry skąpane są w ciemnościach, z jednym punktem światła, które wydobywa na powierzchnię tylko poszczególne postaci. Buduje to oniryczny gotycki, halucynacyjny nastrój, który stawia pod znakiem zapytania realność wydarzeń. Zwłaszcza, że główna bohaterka cierpi na amnezję, przyznaje, że jest zdezorientowana, nie może znaleźć właściwych słów. Do tego dochodzi irracjonalność zachowań bohaterów i mordercy. Jedni niby uciekają, ale mają czas na długie postoje, podczas których myślą nad sytuacją w której się znaleźli. Morderca niby goni swoje ofiary, ale w kluczowych momentach jakby tracił nimi zainteresowanie. To wszystko przywodzi na myśl logikę sennego koszmaru. I udanie buduje nastrój, gdzie widz nie jest pewny, co tak naprawdę rozgrywa się przed jego oczami.

Pewne wybory rekwizytów każą zastanawiać się, czy reżyser nie chce wzbogacić swojego filmu o głębsze, metafilmowe treści. Oto ChromeSkull skrywa swoją twarz za maską która działa jak lustro. Dodatkowo na ramieniu ma zamocowaną kamerę, którą dokumentuje swoje zbrodnie. Z jednej strony zachęca to do namysłu psychologicznego – maska-lustro. Z drugiej przywołuje klasyczny film Michaela Powella "Peeping Tom". Jak się sprawy mają? Wedle słów reżysera, maska czy sprzęt elektroniczny, którego używa zostały pomyślane tak, by stwarzać poczucie zagrożenia i niesamowitości (maska), ale jednocześnie nie robić z mordercy technologicznego i logistycznego geniusza (kamera, telefony, samochód). Czy widz będzie chciał szukać znaczeń na własną rękę, to oczywiście sprawa indywidualna.

Nie można nie wspomnieć o świetnych efektach gore. Nie bez kozery, reżyser na co dzień jest szefem studia efektów specjalnych Almost Human. Jego firma pracowała na planie takich produkcji telewizyjnych jak "Angel" czy "Terminator: The Sarah Connor Chronicles". W swoim portfolio ma również pracę na planie "Quarantine" czy nowej wersji "Crazies". To co wyczynia ChromeSkull swoim nożem otwiera szerzej oczy. "Laid to Rest" jest niesamowicie brutalny, a kolejne morderstwa powinny spodobać się wszystkim maniakom gore – są pomysłowe i świetnie wykonane. Hall umie jednak dobrze wyważyć proporcje i jego dzieło nie przeradza się w campową rzeź a la "Hatchet" czy pachnący gumą splatter lub nie daj Boże torture porn. Dużą uwagę przywiązuje do swoich bohaterów. Zarówno kobieta, której imienia nigdy nie poznamy, a która zostaje nazwana Księżniczką, Tucker, nawet Steven budzą sympatię i ich postacie prezentują sobą coś więcej niż tylko mięso armatnie.

W pewnym momencie akcja przenosi się na stację benzynową. Z racji tego jak do tej pory rozwijała się historia i pewnych podobieństw konstrukcyjnych, pierwsze skojarzenie jakie pojawiło się w mojej głowie to "Haute Tension". Na szczęście reżyser nie zawraca sobie głowy wymyślaniem przewrotnych zwrotów akcji, żeby za wszelką cenę zaskoczyć widza. Zamiast tego buduje prostą strukturę fabularną, skupiając się na tym co istotne – wyrazistych postaciach i efektach specjalnych. Owszem, momentami można kwestionować logikę wydarzeń, zachowania bohaterów i mordercy, dialogi również nie są najmocniejszą stroną filmu. Ale równie dobrze można złożyć to na karb wspomnianego onirycznego klimatu, który każe do końca kwestionować realność tego co się dzieje na ekranie. Dużym atutem "Laid to Rest" jest fakt, że reżyser nie stara się bezmyślnie kopiować rozwiązań gatunkowych, bawić się w cytaty, wzorować swojego mordercy na panteonie slasherowych gwiazd. Hall postanowił wymyślić swoją historię od podstaw – prostą i na temat, choć niepozbawioną stylistycznych ozdobników. Morderca siejący zniszczenie również jest autorskim wymysłem (choć w takim gatunku jak stalk’n’slash podobieństw nie da się uniknąć). I to są niewątpliwe atuty filmu.

Mimo wielu różnych tropów, powierzchownych nawiązań do mniejszych i większych klasyków gatunku ("Peeping Tom" czy "Haute Tension"), Robert Hall chce po prostu zabrać widza na emocjonującą wycieczkę przez odludne przestrzenie południowych stanów USA. Nie bawi się w budowanie przemyślanej, wielopoziomowej konstrukcji fabularnej, nie chce komentować rzeczywistości. Choć jego pierwszy film "Lighting Bug" ponoć pokazuje, że jest utalentowanym twórcą również jeśli chodzi o nieco ambitniejsze kino. Po seansie z "Laid to Rest" myślę, że wreszcie odkurzę półkę i sięgnę po jego reżyserski debiut. Za to oferuje widzowi prostą, acz interesującą historię, sympatycznych bohaterów (wypada się tylko cieszyć, że nie zdecydował się na młodą obsadę) i świetne efekty specjalne. Na niedostatki, o których pisałem powyżej można spokojnie przymknąć oko. Takie slashery to ja rozumiem!

Ocena: 4+/6

Autor: grzEGOrz