Recenzja horroru

Horror Krasue

Krasue

Tytuł oryginalny:

Krasue

Reżyseria:

Bin Bunluerit

Scenariusz:

-

Obsada:

Lakana Wattanawongsiri, Natthorn Somkanae, Nak-rob Traipoe

Kraj:

Tajlandia

Rok produkcji:

2002

Czas trwania:

105 minut

Horror Krasue - zdjęcie 1Horror Krasue - zdjęcie 2Horror Krasue - zdjęcie 3Horror Krasue - zdjęcie 4Horror Krasue - zdjęcie 5Horror Krasue - zdjęcie 6

Tajlandzki rynek horroru rozwija się całkiem prężnie, przynajmniej ostatnimi czasy. Największy problem z tamtejszymi produkcjami jest taki, że ich twórcy nie potrafią znaleźć własnego języka wyrazu. Obrazy z Tajlandii to najczęsciej marne kopie produkcji zachodnich, czasami podlane jedynie sosem lokalnej egzotyki. Krasue to tajski demon - głowa z przytwierdzonymi wnętrznościami, która poluje na zwierzęta hodowlane, czasem atakuje też ludzi. Punkt wyjściowy filmu jest więc w miarę ciekawy. Jednak egzotyczna demonologia zostaje wprzęgnięta w dziwne widowisko.

W połowie XVII wieku Tajowie podbijają imperium Khmerów. Do niewoli dostaje się księżniczka Tarawatee. Przywódca najeźdźców oszołomiony urodą branki postanawia ożenić się z nią. Jednak dziewczyna kocha innego. Zaskoczona w dwuznacznej sytuacji ze swym ukochanym zostaje skazana na śmierć w płomieniach. Dzięki pomocy swojej babki czarownicy udaje się jej opuścić w krytycznym momencie fizyczną powłokę i przenieść się do ciała Daow - dziewczyny zamieszkującej niedaleką wioskę. Trzeba bowiem trafu, że obie kobiety są do siebie bliźniaczo podobne, co zdaje się być warunkiem udanej podróży astralnej. W wiosce zaczyna grasować straszliwy will-o-wisp. Czy odpowiedzialna za to jest stara kobieta mieszkająca nieopodal, czy może zupełnie kto inny?

Może nie mam wielkiego szczęścia do tajskich produkcji, ale to co dotychczas widziałem nie nastraja mnie na dalsze przekopywanie się przez tamtejsze horrory. "Krasue" zaczyna się dość obiecująco - bitwa, w której do niewoli wzięta zostaje khmerska księżniczka, jest nakręcona całkiem widowiskowo i krwawo. Choć zaraz pojawiają się pierwsze zgrzyty. Przede wszystkim krwiste sceny to popis CGI generowanych chyba na wczesnych Pentiumach. Niestety, dalej jest już tylko gorzej. Od strony wizualnej ten horror kojarzy mi się z najbardziej tandetnymi produkcjami sf z lat '80. Mam wrażenie, że tajlandzcy twórcy zachłystnęli się techniką komputerową i ładują gdzie się tylko da efekty cyfrowe, nie dbając czy ma to sens, czy raczej nie bardzo. Ty sposobem otrzymujemy obraz skrzący się jarmarcznymi efektami - jakieś latające iskierki, świetliki, niewiadomo co. Wykonanie tytułowego demona wywołuje spazmy śmiechu zamiast dreszczu na plecach. Ale czego można się było spodziewać, jeśli design potwora jest rodem z opowiastek dla niegrzecznych dzieci. Niby straszny w zamierzeniu, ale bardziej pocieszny.

Twórcy zresztą nie bardzo wiedzieli jaki film chcą nakręcić. Akcja raz przypomina romans, by zaraz potem przerodzić się niemal w opowieść detektywistyczną, a czasem próbuje widza przestraszyć. Czyni to wielce nieudolnie, przede wszystkim ze względu na wspomniane efekty komputerowe. Zresztą, tak naprawdę mamy do czynienia bardziej z opowieścią fantasy niż horrorem. Bo demon przedstawiony w filmie jest dla bohaterów naturalnym elementem świata. Groźnym i owszem, ale wpisującym się w lokalną rzeczywistość. Na to wszystko możnaby przymknąć oczy, bo liczy się w końcu jakoś filmu, czy jest dobry, czy wręcz odwrotnie. Ano wręcz odwrotnie. Tyle ględzenia, które nie wnosi nic do właściwej akcji nie nasłuchałem się już dawno. Bohaterowie gadają i gadają i nic z tego nie wynika. Reżyser jakby nie do końca wiedział co ma począć z historią krasue. W pewnym momencie pojawia się demon i podobnie jak z gadaniny - niewiele z tego wynika. Tu poleci, tam kogoś postraszy, a tu pożre jakąś krowę. Ładu i składu w tym za grosz. Potem robi się coraz dziwniej, a zakończenie to wybitny przykład wymuszonego długością trwania filmu zwieńczenia perypetii bohaterów. Oczywiście wszystko skąpane w tanich efektach komputerowych. Do tego jeszcze humor nienajwyższych lotów, który twócy wpychają w najmniej odpowiednie momenty. Szczególnie tam, gdzie nieudolnie próbują zbudować nastrój grozy i niebezpieczeństwa. Strachu w "Krasue" za grosz, napięcia też niewiele, a sama hisotryjka opowiedziana bez pasji.

Na plus zaliczyłbym na pewno urodę aktorek. Moim skromnym zdaniem Tajki biją na głowę wszelakie japońskie piękności, które można podziwiać w filmach nowej fali wchodnioazjatyckiego horroru. Co z tego, że jest na kim zawiesić oko, skoro nic poza tym? No dobrze, jest tu jeszcze kilka ciekawych scen - wspomniana już początkowa sekwencja bitwy - zrealizowana z niezłym rozmachem. Jest również kilka ładnych i egzotycznych plenerów. Sam film zmontowany jest w konwencji teledyskowej i ładnie sfotografowany. Pytanie czy wystarczy to, żeby ukryć całkowitą miałkość scenariusza? O ile w przypadku takiej "Piły" (że użyję dość odległego porównania) sztuczka mogła się udać, to tutaj niekoniecznie. Gdyby "Krasue" zostało nakręcone w Hollywood, bez wahania postawiłbym najniższą z możliwych ocen. Tutaj jednak, ze względu na egzotykę, urodę aktorek, nota jest nieznacznie wyższa. Ale nie oszukujmy się, to nie jest dobry film. Tym bardziej zastanawiają mnie wysokie noty na imdb i na różnych stronach poświęconych grozie z Tajlandii. Mam pewną obawę, że skoro tak dobrze oceniany jest obraz tak słaby, to produkcji, które dostają niższe noty mógłbym zwyczajnie nie przeżyć...

Ocena: 2/6

Autor: Grzegorz