Recenzja horroru

Killer Pussy
Tytuł oryginalny:
Kiseichuu: kiraa pusshii
Reżyseria:
Takao Nakano
Scenariusz:
Takao Nakano
Obsada:
Sakurako Kaoru, Natsumi Mitsu, Tomohiro Okada
Kraj:
Japonia
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
60 minut






Kiedy człowiek natyka się na tytuł taki jak 'Killer Pussy' (po polsku to by było "Mordercza Cipa"?) i staje się wyraźnie zainteresowany, to są dwa wyjścia. Albo jest amatorem porno i właśnie zabiera się do projekcji kolejnego odcinka taśiemcowej serii XXX Nacho Vidala, albo nieobce mu są takie słowa jak Cronenberg (ponoć niedoceniany jako reżyser, jak twierdzi pewien serwis internetowy;-), venereal horror, 'Shivers' i ciekaw jest, jak może wyglądać coś na kształt pastiszu/remake'u arcyważnego dla gatunku debiutu Kanadyjczyka. Biorąc pod uwagę zamiłowanie Japończyków do ekstremy i brutalności, którą między innymi rekompensują sobie restrykcyjne regulacje dotyczące seksu na ekranie, można by oczekiwać prawdziwie krwawej uczty. Zresztą oczekiwań miałem dużo - a może reżyser poszedł w ślady Tsukamoto lub Sato i próbuje trochę filozofować, może chciał prześcignąć takich tuzów jak Yamanouchi czy Anaru w drastyczności i nasyceniu obrazu elementami eksploatacyjnymi, może... Ale jak film, który nazywa się tak jak ten może być filmem zrobionym na poważnie? Pewną wskazówką czego się spodziewać mogło być przejrzenie listy filmów jakie dotychczas nakręcił Nakano, a dominują wśród nich komedie i jakieś hybrydy gatunkowe. Ale przecież to, że dzieło nie spełnia wstępnych oczekiwań, nie znaczy, że musi być złe.
W prologu widzimy jak ekspedycja naukowa odkrywa/znajduje w dorzeczu Amazonki (dziwnym trafem znajdującym się na terenie Botswany!!!) jakieś tajemnicze stworzenie. Kiedy dwójka podróżników i ich przewodnik z zaciekawieniem obserwują zwierzę znajdujące się w plastikowym pojemniku, ni stąd ni zowąd pojawia się tambylczy szaman i ostrzega przybyszy przed grożącymi im w związku ze znaleziskiem niebezpieczeństwami. Próbuje odebrać zdobycz, ale sytuacja wymyka się spod kontroli... Film właściwy opowiada historię grupki japońskich młodych ludzi, którym na samochodowej eskapadzie przez leśne głusze psuje się samochód. W poszukiwaniu pomocy trafiają do miejsca, które początkowo wydaje się być opuszczonym gmaszyskiem, a naprawdę okazuje się podziemnym bunkrem. Bohaterowie są młodzi, a bohaterki w wieku rębnym, więc nabierają ochoty na seksualne igrce zaprawione alkoholem. Niezbyt przeszkadza im fakt, że w jednym z pomieszczeń bunkra znajdują zamrożone w bryle lodu ludzkie ciało. Ten brak rozwagi zemści się dość okrutnie. Bo kiedy w jednym z pokoi w najlepsze trwa imprezę, błyskają nagie biusty i alkohol leje się niewąską strugą, w tym samym czasie w drugim zamrożona postać otwiera oczy... Pierwszą ofiarą staje się całkiem niebrzydka amatorka kąpieli w wielkiej wannie, którą ktoś z niewiadomych przyczyn zainstalował w podziemiach.
Jeśli film rozpoczyna się wyraźnym nawiązaniem do 'Braindead' Petera Jacksona to należy porzucić nadzieje na filmowy traktat filozoficzny o uwarunkowaniach naszej cielesności, możliwości transgresji granicy ludzkie/nieludzkie i dialogu z Cronenbergiem na poziomie innym niż zgrywa bez większych ambicji. Jak już wspomniałem, nic w tym złego, bo śmiech i zgrywa są nieodłączną częścią gatunku. Problem w tym, że Nowozelandczykiem Nakano też nie jest. Nie miał on na celu nakręcenia maksymalnie przerysowanego gore festu z komediowymi akcentami. Bliżej mu niestety do swoich krajanów pokroju Yamanouchiego i reżyserów miękkich filmów erotycznych, których imię jest Legion. Twórcę 'Killer Pussy' bardziej interesuje pokazywanie kobiecych wdzięków, niż konstrukcja fabuły, prowadzenie aktorów i takie tam duperele, które składają się na dobrze zrobione dzieło filmowe. Czasami mam wrażenie, że rewolucja cyfrowa przyniosła więcej szkody niż pożytku, bo teraz każde beztalencie może chwycić za kamerę, nakręcić byle co i już uważać się za twórcę (przez wielkie 'Tfu'). Dostajemy więc dziełko nakręcone w estetyce pornosa - ze zbliżeniami na kobiece krocza (ubrane, bo tym, którzy zastrzygą uszami na widok tych słów przypomnę, że to film z kategorii soft, na dodatek japoński - nawet gdyby Nakano bawił się w hardcore, to i tak zobaczylibyście tylko wielkie piksele w strategicznych miejscach;-), nagie biusty podrygujące w rytm muzyki lub miętoszone przez napalonych chłopaków, a spódniczki bohaterek są tak krótkie, że równie dobrze mogłyby nazywać się paskami.
Nazwisko Yamanouchiego padło nie bez powodu, bo twórca 'Killer Pussy' z równą lubością jak reżyser 'Senketsu No Kizuna' pokazuje objawy kobiecego podniecenia i gotowości seksualnej - zbliżenia na śluz pochwowy w ilościach przemysłowych wydają się szczególnie kręcić Japończyków. Ale co kto lubi... Sceny seksu kręcone są bez polotu jak i cały film. Zabawne są ujęcia 'kręcone' z wnętrza pochwy, gdzie pasożyt szykuje się do ataku. Niby brzmi ciekawie, ale komputerowe efekty robione były chyba na Pentium I, więc zachwycać się również nie ma czym. Szczególnie, że żadna to nowość. No właśnie, efekty - tu najbardziej ujawnia się, że Nakano nakręcił komedię. Gumowy srom z wielkimi zębiskami wygląda tak groteskowo, że trzeba samemu to zobaczyć by uwierzyć. A kiedy zainfekowana bohaterka siada jednemu nieszczęśnikowi na twarzy nie można powstrzymać chichotu. Ale sam nie wiem czy to dobrze, czy źle. Jednak strugi krwi płyną malowniczo (nie wiem, czy tylko mi zakrwawione ludzkie ciało wydaje się obiektem zdecydowanie bardzo fotogenicznym?), a reżyserowi udaje się zbudować nieco nastroju w przerwach między kolejnymi zbliżeniami na nagie dziewczyny. W tle przygrywa muzyczka stworzona chyba na pięcioklawiszowym plastikowym dziecinnym keyboardzie. Nie jestem miłośnikiem muzycznego prymitywizmu po linii Burzum, ale całkiem mi się oprawa muzyczna podobała. Idealnie wpasowywała się w ten kiczowaty film.
Mam bardzo ambiwalentne odczucia w stosunku do 'Killer Pussy'. Oczekiwałem jakiegoś ekstremalnego rozwinięcia koncepcji vagina dentata, współczesnej wersji opowieści 'Kiedy pizdy miały zęby', psychoanalitycznego mędrkowania o lękach kastracyjnych i relacjach opozycyjnych płci, hołdów dla Croneberga. Nic z tego. Choć w dziele Nakano obecne są wyraźne odwołania do klasyki, pojawiają się znajome tropy gatunkowe, to cel przyświecający powstaniu tegoż był jednoznacznie jasny - cycki, cycki i jeszcze trochę cycków. Plus gumowa zębata cipa...
Ciekawostka i tyle.