Recenzja horroru

Horror KM 31

KM 31 (Kilometr 31)

Tytuł oryginalny:

Kilómetro 31

Reżyseria:

Rigoberto Castañeda

Scenariusz:

Rigoberto Castañeda

Obsada:

Iliana Fox, Adrià Collado, Raúl Méndez

Kraj:

Meksyk / Hiszpania

Rok produkcji:

2006

Czas trwania:

103 minuty

Horror Kilómetro 31 - zdjęcie 1Horror Kilómetro 31 - zdjęcie 2Horror Kilómetro 31 - zdjęcie 3Horror Kilómetro 31 - zdjęcie 4Horror Kilómetro 31 - zdjęcie 5Horror Kilómetro 31 - zdjęcie 6

Załamanie się przemysłu filmowego w Meksyku w latach 80. spowodowało, że tamtejszy horror, cieszący się w swoim kraju dużą popularnością, poza właściwie jednym chlubnym wyjątkiem w postaci "Cronosa" Del Toro, zniknął z mapy świata na dobre kilkanaście lat. W tym czasie nawet Ci, którzy wiedzieli o istnieniu tego płodnego gatunkowo rynku zdążyli zapomnieć o wcześniejszych dokonaniach Carlosa Enrique’a Taboada’y, Rene Cardony (starszego), czy Chano Urueta’y. Mimo doskonałych warunków dla rozwoju horroru w ostatnich kilku latach Meksyk nadal nie mógł zbudzić się z letargu. Ożywienie przyniosło dopiero pojawienie się "KM 31", filmu łączącego w sobie elementy współczesnego azjatyckiego kina grozy ze starą ludową legendą o Płaczącej Kobiecie.

Agata ulega poważnemu wypadkowi samochodowemu i zapada w śpiączkę. Jej siostra bliźniaczka, Catelina, z którą kobieta pozostaje w psychicznej więzi od czasu śmierci ich matki, odbiera sygnały, które wskazują, że nie była zwykła tragedia. Wraz ze swoim chłopakiem i przyjacielem postanawia sprawdzić co tak naprawdę się tam wydarzyło. Wkrótce poznają sekret 31 kilometra feralnej drogi…

Legenda o Płaczącej Kobiecie, nierozerwalna część meksykańskiej tradycji ludowej, sięga swoimi początkami kilku wieków wstecz i tragicznych wydarzeń, których dzisiaj już nikt dokładnie nie pamięta. Ale od tamtej pory ludzie przekazywali sobie ustnie różne wersje historii, w której centralną postacią zawsze była kobieta, która utraciła swoje dzieci, a potem błąkała się po ziemi jako duch w ich poszukiwaniu. Ta żywa aż do dnia dzisiejszego opowieść jest też stałym elementem meksykańskiego kina. Począwszy od 1933 r. motyw Płaczącej Kobiety pojawia się na ekranie w blisko 10 filmach, z których część na trwale zapisała się w historii gatunku, że wystarczy wspomnieć "The Curse of the Crying Woman" z 1963 r. Jak się okazało temat ten jest na tyle atrakcyjny, ze postanowiono do niego powrócić po raz kolejny. Reżyser jednak nie opowiedział tej historii w sposób oczywisty, nie podał jej bezpośrednio na talerzu. Przez większość trwania filmu tak naprawdę trudno zdać sobie z sprawę z faktu, że "KM 31" nawiązuje do tej znanej legendy. Z wyjaśnieniami reżyser powstrzymał się właściwie do samej końcówki. Dopiero wtedy niektóre elementy układanki zaczynają do siebie pasować i nabierać sensu. Dla mnie nie miało to jednak większego znaczenia, o czym za chwilę. Nie będę zdradzał finałowych scen, ale zapewniam, że do tej pory nie popsułem zabawy.

Receptą reżysera, a zarazem i scenarzysty, Rigoberto Castañedy na dobry horror okazał się mariaż powszechnie znanej w jego kraju legendy oraz lekko przebrzmiałej już obecnie mody na azjatycką grozę. Wydawać by się mogło, że taki zabieg – ponowne ożywienie starego i wykorzystywanego z powodzeniem w kinie motywu za pomocą współczesnej, sprawdzonej formuły – przyniesie murowany efekt w postaci klimatycznego horroru. Tyle że nie do końca to się sprawdziło. Każda legenda żyje swoim życiem, ale jest jednak silnie zrośnięta z pewnym krajem, regionem itp. I z tego też powodu niekoniecznie jest czytelna czy fascynująca dla innych. I to jest jedna z największych wad "KM 31", który nie umie skutecznie dotrzeć do osób spoza Meksyku. Odbiór filmu, powiedzmy, przez widza europejskiego nie będzie już tak satysfakcjonujący, bo np. nie zauważy on specyficznych relacji pomiędzy trójką bohaterów odwzorowujących postaci z ludowego podania (choć tutaj są one "pozamieniane" rolami). Zostanie mu tylko i wyłącznie wierzchnie okrycie azjatyckiego horroru, który swoje triumfy święcił jednak jakiś czas temu, a w chwili obecnej przejadł się większości fanów gatunku. Reżyserowi po prostu nie udało się stworzyć filmu, który mógłby być na obu płaszczyznach równie dobry, a ta zewnętrzna, najbardziej widoczna, jest jednak daleka od doskonałości. I zapewne tym należy tłumaczyć fakt, że "KM 31" stał się ogromnym sukcesem finansowym w swoim rodzimym kraju (trzeci w historii najbardziej kasowy film wszechczasów), a jednocześnie spotkał się z dość letnim przyjęciem poza granicami Meksyku.

Trudno jednocześnie napisać, że "KM 31" jest filmem złym. Co to, to nie! W końcu reżyser czerpie z dobrych wzorców i niekiedy, odtwórczo, bo odtwórczo, ale potrafi je wykorzystać. Tyle, że stworzenie atmosfery grozy często przychodzi mu z trudem, bo są sceny, które powinny przyprawić o prawdziwe dreszcze, a nie wywołują nawet wrażenia większego niepokoju (początkowy wypadek, spotkanie na drodze ducha jednego z bohaterów). Klasa azjatyckich mistrzów jest jednak dla reżysera nieosiągalna, dlatego próbuje się on ratować oczywistymi zapożyczeniami z największych ich dzieł (da się wyczuć np. szczególnie silne wpływy "Ju-On"), ale to też udaje mu się zrealizować z różnym skutkiem. Autentycznego przerażenia na kilometrze 31 po prostu nie ma. Co jednak zasługuje na uwagę, to fakt, że Castañeda stara się unikać jak ognia natrętnych "jump scares", a powściągliwość w ich wykorzystywaniu przy tego typu produkcjach z pewnością nie była łatwa. Na plus zaliczyłbym również elementy, które nawiązują do wspomnianej legendy oraz momenty, w których bohaterowie opuszczają mury miasta i dostają się w obręb tajemniczego miejsca, znajdującego się na kilometrze 31. Wizyta u starszej kobiety, czy scena, w której jeden z bohaterów przedziera się przez mgłę, która zdaje się żyć własnym życiem należy uznać za jedne z lepszych. Zawodzi za to końcówka, w której niezły pomysł został zaprzepaszczony głównie przez efekty komputerowe. Psuje to intensywność całkiem brutalnej sceny i ostatecznie pozbawia reżysera szansy zrehabilitowania się. Warto jednak zwrócić uwagę, że poza tymi ostatnimi minutami efekty specjalne są bardzo przyzwoite. Na koniec trzeba też zaznaczyć, że cała strona techniczna filmu jest bez zarzutu, a zwłaszcza zdjęcia Alejandro Martíneza.

Mając na uwadze chlubne tradycje meksykańskiego kina grozy, "KM 31" to jednak rozczarowanie. Szkoda, że reżyser nie starał się być ciut oryginalniejszy, nie pokusił się o własną formę wyrazu, czy też nie nadał swojemu filmowi bardziej widocznego rodzimego kolorytu. Trudno bowiem nazwać ten film czymś więcej niż tylko przeciętnym horrorem, który zdecydowanie zbyt dużo inspiracji czerpie z azjatyckich produkcji gatunku. Chciałbym jednak, żeby stanowił zalążek nowej fali meksykańskiego kina grozy, które wkrótce przerazi bez wyjątku cały świat.

Ocena: 3/6

Autor: Mort