Recenzja horroru

Just Before Dawn (Tuż przed świtem)
Tytuł oryginalny:
Just Before Dawn
Reżyseria:
Jeff Lieberman
Scenariusz:
Jeff Lieberman, Mark Arywitz
Obsada:
Gregg Henry, Deborah Benson, George Kennedy, Chris Lemmon, Mike Kellin
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1981
Czas trwania:
90 min.
"A story of survival" – brzmiał złowieszczy tagline na jednym z oryginalnych plakatów do "Just Before Dawn". Niesamowitej historii przetrwania i konfrontacji z drzemiącymi w każdym człowieku słabościami, której udało się wyrwać z macek slasherowej mody lat 80-tych, by zawrócić w kierunku tradycji "Deliverance". Jeffa Liebermana, autora "Blue Sunshine" oraz "Squirm", nie interesowało systematyczne eliminowanie młodzieży przy użyciu wymyślnej broni białej czy narzędzi ogrodniczych. W "Tuż przed świtem" jest tylko maczeta, w pełni uświadamiająca potęgę swego morderczego ostrza, a cel jej użycia nie ma charakteru zemsty, lecz dzikiej zabawy słabszym zwierzem, którą ilustruje chichot tak zboczony i przeraźliwy, że nie zdobyłby się na niego nawet pedofil śniący o placu zabaw za przedszkolem.
Warren wraz ze swą dziewczyną Connie i trójką przyjaciół, wyjeżdża w leśną głuszę, której błogiego skrawka stał się właścicielem. Zabierają ze sobą pogardę dla przyrody, nie będąc nawet do końca jej świadomymi oraz beztroskę towarzyszącą im w całym młodzieńczym życiu. W rytm tandetnych dźwięków "Hart of Glass" przemierzają knieje pokaźnym wozem campingowym, który ostatecznie parkują spory kawałek od obozowiska. Nie wiedzą jednak, iż ta dziewicza okolica ma już swoich rezydentów. Wielkich niczym góra, na której rozbił się Warren ze znajomymi i równie skutecznych, co dzierżone przez nich w dłoniach maczety – dwóch bliźniaków.
"Just Before Dawn" zaczęło powstawać pod koniec lat 70-tych. Mark Arywitz napisał wtedy kilka wersji scenariusza, cały czas dopieszczając historię. Pierwotnie zaczątek projektu brzmiał "The Tennessee Mountain Murders", lecz dopiero jego trzecia wersja, brzmiąca "The Last Ritual", była według Arywitza tą, którą przeczytał Lieberman. Zawierała wspaniałą stronę tytułową, na której zapomniany z nazwiska artysta narysował dwóch bliźniaków, Lucasa i Luthera. Jednak reżyser we wszystkich wywiadach stanowczo temu zaprzecza, twierdząc, iż byli oni jego pomysłem, podobnie jak to miażdżące, nawet po tylu latach od premiery, zakończenie. Prawda jest taka, że wyłącznie, co do tego drugiego faktu ma rację. W "The Last Ritual" bliźniacy po raz pierwszy pojawiają się dopiero na wiszącym moście, bohaterów jest sześciu, a Daniel miał być gejem. Dochodzi jeszcze końcówka filmu tłumacząca tytuł, ekstremalna, iście "survavilowa" wersja rosyjskiej ruletki – "snake ritual". Broń zastępował jadowity wąż, a uniknięcie jego ukąszenia gwarantowało Connie wstąpienie do rodziny jej stręczycieli. Jednakże Lieberman zmienił tę scenę, chciał uczynić finał bardziej bezdusznym, nieludzkim. Stąd ta niespodziewana dla wszystkich reakcja głównej bohaterki, której przemiana z wiecznie zatroskanej harcerki w pełną zwierzęcej furii kobietę, staje się najistotniejszym elementem horroru. Powstało dzięki temu jedno z najważniejszych i najbardziej gwałtownych zakończeń w dziejach kina grozy.
Reżyser przed przystąpieniem do pracy nie widział "Teksańskiej masakry piłą łańcuchową" ani "Wzgórza mają oczy", pomimo, iż "Just Before Dawn" naładowane jest tak podobną dawką intensywności i przemocy. Od początku był zauroczony "Deliverance" Johna Boormana, w wywiadzie dla "Hysteria Lives!" przyznaje nawet, że stało się ono jego bezpośrednią inspiracją. Chciał dla bohaterów swego filmu tego samego koszmaru, jaki Boorman zgotował dla Johna Voighta i jego kompanów. By poczuli ten sam cuchnący oddech strachu, którego przyczyny nie da się jednoznacznie zidentyfikować bądź zdefiniować. Czyni to za sprawą elementu osaczenia, gdy wspaniale daje młodzieży do zrozumienia, iż termin "bezludna okolica" nie jest zupełnie adekwatny do ich położenia. Szczególnie skutecznie czyni to scena kąpieli Megan pod malowniczym wodospadem, gdy jest podszczypywana pod wodą. Od tego prowokującego nerwy momentu las zaczyna zagęszczać się wraz z atmosferą. Przestaje być niewinnym zielonym domem dla uroczych zwierzątek, to nie one muszą obawiać się polowania. Kiedy oko nocy wykwitnie na czarnym niebie oblężone zewsząd milionami gwiazd, o swej sile zapewni nas suspens, dawkowany przez reżysera z początku w skromnych ilościach. Nie trzeba jednak czekać do zapadnięcia zmroku by poczuć lęk. Lieberman w sztuce przerażania widza za dnia jest jeszcze skuteczniejszy niż Peter Carter przy tworzeniu "Rituals". Scena na wiszącym moście z udziałem młodego Chrisa Lemmona (syna Jacka) i sekwencja w drewnianym kościółku, przy wtórze nieznośnego chichotu bliźniaków, mówią same za siebie. Na to wszystko nakłada się muzyka Brada Fiedela, autora ścieżki dźwiękowej "Terminatora", nasączona dzikim pogwizdywaniem, będącym motywem przewodnim większości kompozycji.
Osobiście Lieberman nie przepada za slasherami, wszelkie ich elementy w "Tuż przed świtem" są wynikiem nacisku ze strony producentów. Jednak ku radości widza rozkochanego w kinie przetrwania, pierwiastki te pojawiają się wyłącznie do momentu rozbicia obozowiska. Zaraz po tym następuje kontakt bohaterów z nieskalaną przyrodą, będący wręcz intymnym, biorąc pod uwagę jej "czystość" (film był kręcony w Silver Falls State Park w stanie Oregon), co w slasherach nie ma w ogóle miejsca. Młodzież jest zachwycona, a zarazem pełna fałszywego dla niej respektu, gdyż odchodząc Jonathan wyrzuca na poszycie paczkę po papierosach. Niby nieistotny motyw, ale jeden z sobowtórów jest tego świadkiem. Nie sugeruję od razu, iż scena ta ma równie istotny wyraz jak niedopałek upuszczony przez Julie Adams do zatoki w "Potworze z Czarnej Laguny". Ukazuje jednak wystarczająco pogardliwy stosunek do natury, by móc powiedzieć odnośnie mieszczaństwa odrobinę z tego, co wyłożył Boorman w genialnym "Deliverance".
Liebermana bardziej jednak interesuje survival niźli degeneracja środowiska przez zdegenerowane osobniki ludzkie. Tak jak przyroda musi walczyć o przetrwanie, tak teraz człowiek, uczciwy proces. Potworni bliźniacy zdefasonowanej urody, cudownie odtwarzani przez Johna Hunsakera, niekoniecznie uczynią z niego lekcję szacunku, ale lekcję przetrwania na pewno. A o każdej przegranej kolejnego z pięciu zawodników zaświadczy przeraźliwy chichot, obłąkańczo niosący się ku wierzchołkom drzew.