Recenzja horroru

Horror Jigoku

Jigoku

Tytuł oryginalny:

Jigoku

Reżyseria:

Nobuo Nakagawa

Scenariusz:

Nobuo Nakagawa, Ichirô Miyagawa

Obsada:

Shigeru Amachi, Yoichi Numata, Torahiko Nakamura, Fumiko Miyata

Kraj:

Japonia

Rok produkcji:

1960

Czas trwania:

100 minut

Powszechnie uważa się Hershella Gordona Lewisa za twórcę kierunku gore w kinie. Opracowania teoretyczne poświęcone gatunkowi przypisują mu nakręcenie pierwszych obrazów utrzymanych w stylistyce cielesnej, epatującej deformacją i ekscesem. O ile filmy te faktycznie stanowiły nową jakość w kinie niskobudżetowym i można je uznać za swojego rodzaju kamienie milowe w rozwoju horroru, to jednak elementy estetyki gore uwidoczniły się już wcześniej. Palma pierwszeństwa należy się w tym wypadku Japończykom. Warto o tym pamiętać z dwóch powodów. Po pierwsze, często rozważania akademickie grzeszą brakiem dogłębnej znajomości tematu i opieraniu się przy ich tworzeniu wyłacznie na opracowaniach innych, wcześniejszych badaczy horroru (od razu uprzedzam, że mnie samemu daleko do dogłębnej znajomości kina gore i kina japońskiego). Po drugie dlatego, że "Jigoku" to dzieło wyjątkowe i niebanalne. A zważywszy na rok w którym powstało na pewno prekursorskie.

Głównego bohatera, Shiro, poznajemy na wykładzie gdzie słucha wywodów profesora Yajimy na temat eschatologii w religiach świata. Tym razem skupia się na buddyjskiej koncepcji ośmiu wielkich piekieł. Chłopaka rozprasza pojawienie się w ławce obok niego tajemniczego Tamury. Ten przypomina mu wydarzenia ubiegłego wieczoru, kiedy wracając z profesorskiego domu, od Yukiko, z którą jest zaręczony, był współsprawcą wypadku samochodowego. Jakby tego było mało, wkrótce przez upór chłopaka i niewiarę w przesądy, Yukiko ginie w kolejnym wypadku. Dodatkowo dostaje wiadomość, że jego matka jest umierająca. Postanawia więc niezwłocznie wyruszyć do niej na wieś, do ośrodka dla starych mieszkańców Tenojen. Wkrótce pojawiają się tam również pozostałe osoby dramatu, w tym Tamura, który staje się katalizatorem niesamowitych i przerażających wydarzeń. Bohaterowie bowiem będą mogli się naocznie przekonać jak wygląda buddyjskie piekło. A wszystko za sprawą...

Ten niezwykły film jest tak naprawdę moralitetem i filozoficzną przypowieścią, rozważaniami o naturze ludzkiej. W pierwszej połowie opowieści snutej przez Nakagawę poznajemy kilka postaci, uzyskujemy wgląd ich życie. A przynajmniej w tę oficjalną powierzchnię, dzięki której potrafią utrzymywać dobre mniemanie o sobie samych. Jak się okaże później, każda z tych osób nosi w sobie mroczny sekret z przeszłości, za który przyjdzie im odpowiedzieć zgodnie z koncepcją karmiczną. Do połowy filmu mamy do czynienia z psychologicznym dramatem, podszytym wątkiem nadprzyrodzonym. Akcja zawiązuje się wolno i nieco nieprawdopodobnie. Ale to tylko pozór, bo wszystko ma swoją przyczynę i za każdy uczynek czeka kara lub nagroda.

W drugiej połowie trafiamy wraz bohaterami do piekła, dosłownie. W tym momencie następuje całkowity zwrot w sposobie opowiadania. Piekło to wytwór poetyckiej, groteskowej i surrealistycznej wyobraźni. Choć to buddyjskie ognie piekielne, to skojarzenia z Dante'm są jak najbardziej na miejscu (zresztą w całym filmie mieszają się wpływy buddyzmu, chrześcijaństwa, a nawet psychoanalizy). Wizje poddawanych torturom ludzi są okrutne i krwawe. Naprawdę nie wiem, czy wcześniej pokazano na ekranie przecinanie człowieka na pół, czy też odarte ze skóry szczątki ludzkie. Do tego dekapitacja i przeszywanie szyi stalowymi prętami. Jednak krwawe ekscesy są tu tylko po to, żeby uświadomić grzesznikom, co czeka ich za występki. Nie ma epatowania brutalnością dla niej samej, drastyczne obrazy funkcjonują w obrębie filmowej przypowieści o winie i karze. Wydaje mi się, że w roku 1960 to, co pokazał Nakagawa było solidnym kopniakiem wymierzonym we wrażliwość widza usadowionego przed ekranem (pomimo pewnej teatralnej umowności scen przemocy). Reżyser chciał potrząsnąć oglądającym i zmusić go do myślenia.

Tylko czy mu się to udało? Przyznam, że mimowolnie uśmiechnąłem się parę razy widząc za jakie przewiny bohaterowie skazani zostali na potępienie. Szczególnie Shiro - ten lekko ciapowaty młody mężczyzna, który bardziej jest wiedziony przez wir wydarzeń niż jest ich sprawcą, nie wydaje się zbytnio zasługiwać na wycieczkę do piekła. Postępki pozostałych również służą bardziej za alegorię, niż solidnie umotywowane elementy fabuły. "Jigoku" pod tym względem kojarzy się bardziej z umoralniającymi przypowieściami głoszonymi przez wszelkiej maści nawiedzonych fanatyków religijnych. Ale to tak naprawdę detal, bo w oglądanym po latach filmie, nie tyle o wymowę idzie, co o świetnie zrealizowaną sekwencję piekielną. Nakręcona z iście malarską wyobraźnią, pełna niepokojących i groteskowych obrazów stanowi o prawdziwej wartości dzieła japońskiego reżysera. Zmusić do refleksji egzystencjalnej chyba niewielu zdoła ta opowieść, ale zaniepokoić i zafascynować fantasmagoriami rozgrywającymi po tamtej stronie życia niewątpliwie.

Film powstał w niezwykle ważnym dla horroru okresie, kiedy dokonywało się znaczące przewartościowanie w sposobie traktowania filmowej grozy. W tym samym roku ujrzały światło dzienne dwa równie klasyczne filmy - przede wszystkim "Psycho" Hitchcocka, a zaraz obok "Peeping Tom" Powella. O tym, że dzieło Nakagawy wniosło sporo do gatunku świadczą także dwa remake'i, których się doczekało. I hollywoodzka wariacja na podobny nieco temat - "What Dreams May Come" z Robinem Williamsem próbuje stworzyć równie spektakularne wzije. Tyle tylko, że powstałe po latach dzieło Warda trąci wykoncypowanym efekciarstwem i pustym pięknem komputerowych efektów. "Jigoku" mimo swej teatralności i oszczędności środków nadal fascynuje. Ale od strony scenariusza dzieła z obu stron Oceanu Spokojnego prezentują się równie mizernie.

Ocena: 4+/6

Autor: grzEGOrz