Recenzja horroru

Horror Jason X

Jason X (Jason X)

Tytuł oryginalny:

Jason X

Reżyseria:

James Isaac

Scenariusz:

Todd Farmer

Obsada:

Kane Hodder, Lexa Doig, Chuck Campbell, Lisa Ryder

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2001

Czas trwania:

93 minuty

Horror Jason X - zdjęcie 1Horror Jason X - zdjęcie 2Horror Jason X - zdjęcie 3Horror Jason X - zdjęcie 4Horror Jason X - zdjęcie 5Horror Jason X - zdjęcie 6

Nie ma żartów. "Jason X" to dziesiąta odsłona serii o klątwie znad Kryształowego Jeziora (sam Jason Voorhees był bohaterem ośmiu części). Dwadzieścia parę lat i dziesięć części to sukces niemal zatrważający, trzeba jednak przyznać, że "Piątki 13-tego" (za kadencji Paramountu) i "Jasony" (za czasów New Line’u) stale dostosowywały się do zmieniających się potrzeb młodej publiczności, a postać Jasona ulegała ciągłej modyfikacji. W przeciwieństwie do dwóch innych, konkurencyjnych boogeymenów lat 80-tych, mających dziś status ikon kina fantastycznego (a zarazem całej kultury popularnej). Sagi poświęcone Michaelowi Myersowi i Freddy’emu Kruegerowi, choć to bez wątpienia postacie znacznie ciekawsze i o z pewnością bardziej rozbudowanym backgroundzie, szybko pogrążyły się w stagnacji i nie potrafiły się dostosować do nowych wymagań rynku, podczas gdy kult Jasona, na przekór licznym sceptykom, pozostał nie nadszarpnięty. Jest jednak pewnym fenomenem fakt, że słaby pierwowzór (mit "Piątku 13-tego" wymaga gruntownej rewizji) doczekał się szeregu kontynuacji o tak ograniczonej konwencji (jest obóz, są nastolatki = kill’em all) i z równie "ograniczonym" bohaterem (jak przenikliwie stwierdza jeden ze studentów w "Jasonie X", Voorhees ma "tak mały mózg, że trudno uwierzyć, by mógł kontrolować swoje zachowania motoryczne"). Nie chcę tu degradować samych slasherów, które doczekały się wielu znacznie ciekawszych interpretacji (mistrzowski "Halloween", by daleko nie szukać), a wypada mi także przyznać, że i niektóre odsłony "Piątków" wypadły naprawdę dobrze (część druga czy czwarta - moja ulubiona), ale jeśli pomyśleć przez chwilę, to dziesięć filmów o facecie w masce hokejowej, który bez słowa wyrzyna tuziny tępych nastolatków należy naprawdę określić mianem fenomenu.

Trudno się zatem dziwić, że i konwencja serii zaczynała z biegiem czasu, począwszy od epizodu szóstego, osuwać się w coraz bardziej autoparodystyczne rewiry. Wywołało to oburzenie ze strony bardziej zdeklarowanych fanów serii (jeśli w ogóle przyjmiemy założenie, że można być zagorzałym miłośnikiem "Piątków"), ale z drugiej strony stanowiło logiczny etap ewolucji. Jeśli bowiem przyjmiemy, że począwszy od "Jasona żyje" (czy nawet od "Nowego początku") seria stawała się coraz bardziej "samoświadoma", to trudno już było dalej traktować poważnie Jasona, a wreszcie i samą tematykę filmów. Chyba tylko legendarny Kane Hodder, który z miłości do swojego "mistrza maczety" wytatuował sobie na wewnętrznej stronie dolnej wargi słowo "kill", wciąż bardzo mocno bierze sobie do serca swoją rolę (jak nie całkiem poważnie deklaruje Jim Isaac: "On jest Jasonem! A na pewno jest przekonany, że nim jest, co robi dość piorunujące wrażenie!").

Autoparodystyczny etap wieńczy część dziesiąta, "Jason X" aka Jasona przygody w kosmosie, spektakularna mieszanka space opery, komedii, kina akcji, cyberpunku z odrobiną horroru w tle. Mówiąc krótko, prawdziwy gatunkowy melting pot, a także film, który stanowi jedno wielkie mrugnięcie okiem do widza.

Isaac nie za bardzo wziął sobie do serca zakończenia "Jason Goes to Hell" (jedno z tych szczytnych dzieł kinematografii światowej, w których spoiler kryje się w samym tytule!). Pojawia się owszem sugestia w samej czołówce, jakoby Jason był "wyciągany" z piekielnych otchłani za pomocą cudownych wynalazków medycznych, ale tak naprawdę więź między epizodami ma bardzo iluzoryczny charakter. Któż by się tym zresztą przejmował! Toż to kolejna odsłona opowieści o Jasonie, gdzie logika, a nawet elementarne związki przyczynowo-skutkowe, są rzeczą absolutnie względną! Tym bardziej w "Jasonie X", części, w której idea "względności" - konwencji, pomysłów, odwołań - staje się prawem naczelnym, wyznaczającym bieg filmowej akcji.

Po długim okresie hibernacji, Jason Voorhees budzi się w 2455 roku (na pytanie dlaczego zdecydował się umieścić akcję akurat w tym, a nie w innym czasie, Jim Isaac znamiennie odpowiedział: "żebym mógł robić to, co mi się podoba!"). Ulubieniec wszystkich 15-latków znalazł się oto na statku kosmicznym i prawdopodobnie pierwszym sygnałem, jaki wyświetlił mu się w głowie była czerwona lampka i prosty komunikat: "fresh, young meat". I cóż, show must go on!

Co, jak co, ale jedną z nielicznych rzeczy, co do jakiej widz może mieć pewność po zakończonym seansie jest fakt, że Darwin to racji nie miał. Wieki mijają, a ewolucja nie postąpiła ani o krok w przód! Jason, przykładne dziecko behawioryzmu wierne zasadzie "bodziec-reakcja" i zastępy bezprzykładnie głupich nastolatków - jak seria "Piątek 13-tego" świadkiem, w tej materii nic się nie zmieniło, nie zmienia, wprost - zmienić się nie może!

Zatem, "było, jest i będzie", cóż z tego, że zmienił się kostium, ikonografia, konwencja - dekalog serii nie zmienił się co do joty! Znów Jason sieje postrach (tym razem na statku kosmicznym), dokonuje hekatomby ze swoją ulubioną maczetą (a przy tym rozprawia się z całym oddziałem marines!), mówiąc krótko - dobrze się bawi, podobnie jak Jim Isaac za kamerą, który podczas wywiadu co rusz wyznaje swoją miłość do rzeźnika znad Crystal Lake. Pytanie tylko, co na to widzowie, bo jak mi się zdaje, to reżyser o nich chyba zapomniał po drodze…

Bo trzeba przyznać, że koncept dziesiątej odsłony legendarnej już sagi, doprawdy przykuwał uwagę. Radykalna zmiana wystroju, zderzanie ze sobą rozmaitych popkulturowych konwencji, autotematyczna zabawa zużytymi schematami - "Jason X" mógł, i nie mam co do tego wątpliwości, wnieść falę świeżości, która godnie wprowadziłaby ikonę horroru w nowe millenium. Trudno zatem powiedzieć, czy reżysera zgubiło zbytnie przywiązanie do starszych epizodów, czy przerosła go jakże oryginalna koncepcja, czy może wreszcie postanowił wiernie trzymać się scenariusza Todda Farmera. Nieprzypadkowo, jak się zdawało, pierwszą ofiarą Jasona na ekranie padł David Cronenberg, u którego Isaac rozpoczynał swoją filmową karierę. Twórca "Wideodromu" bodaj jako pierwszy, sprowadził filmową rzeczywistość do fantazmatu, w której ścierają się ze sobą rozmaite symulakry, a granica między światem realnym i fikcyjnym ulega zatarciu. Takim fantazmatycznym konstruktem mogły stać się wnętrza statku kosmicznego "Grendel", w którym organicznie splotłyby się rozmaite popkulturowe uniwersa.

Nic z tego, wypada stwierdzić ze smutkiem. Z pomysłu pozostało tylko parę sekwencji-klisz, które rażą jednak wymuszonym dowcipem i mizerią wykonania. Mamy tu na przykład pojedynek Jasona z Lady Terminatrix, androidem o numerze seryjnym Kay-Em 14, stylizowanym na jeden z efektownych gunfights a la John Woo w "Matrixowym" wydaniu; mamy scenę, w której nasz bohater kompromituje się rozprawiając z wirtualnymi tworami; mamy ironiczny finał stanowiący mieszankę "Obcego 4" i "Mrocznej gwiazdy" Carpentera i… i niewiele więcej. W zamyśle inteligentna autoparodia przemieniła się tym samym we własną kalkę, zatrważającą zestawem silonych gagów, karykaturalnych postaci, odniesień, z których niewiele wynika (bo cóż z tego, że stacja kosmiczna, o którą rozbijają się nasi kosmiczni podróżnicy zwie się "Solaris"?), a nawet beznamiętnych i pozbawionych polotu murder-scenes (należy wyróżnić tylko jedną z pierwszych scen, w której Jason chwyta swoją ofiarę za głowę, zatapia w kriogenicznym żelu, a następnie z wdziękiem roztrzaskuje ją o blat laboratoryjnego stołu - nice!).

Ale cóż - film nie wyłamał się z ram konwencji, trudno. Gorzej, że po drodze dewastuje ikonę, którą miał przecież powołać do życia. Jason, miast wzlecieć niczym Feniks z popiołów, zostaje na naszych oczach ostatecznie (?) zrównany z ziemią. Poprzednie części próbowały niekiedy zmitologizować w jakiś sposób postać zabójcy, czy to przez wykorzystanie odpowiednich środków formalnych (sposób kadrowania, slow-motion), czy pomysłów narracyjnych (np. Voorhees na dachu przyczepy kempingowej w "Jason żyje"). Jednak postać niegdysiejszego topielca nigdy nie doczekała się intronizacji. Wydawało się, że wreszcie uczyni to część dziesiąta, jako ta najbardziej dojrzała, zaznajomiona z kanonicznymi slasherami i (co najważniejsze) nakręcona przez fana serii. Niestety, o paradoksie, nie przypominam sobie, żeby któryś z epizodów równie bezlitośnie rozprawił się ze swoim herosem. Jasona wszyscy na pokładzie Grendela traktują z przymrużeniem oka, w porządku, ale gorzej, jeśli jego legenda zostaje wyśmiana, a on sam - sprowadzony do roli bezwolnego idioty, którym wszyscy dyrygują. Ostatecznym akordem tego patetycznego requiem jest wirtualna podróż w czasie Jasona nad jezioro Crystal Lake (w której zresztą Hodder powtarza słynną, "śpiworową" murder-scene z "Piątku trzynastego 7"). Nie wzbudza on już strachu, respektu, jedynie - litość. Evil Gets an Upgrade?

Dobrą metaforą losu, który spotkał całą serię są dla mnie słowa jednego z członków oddziału marines. Masakrowany nieco szczerbioną maczetą przez Jasona wyznaje: "Musisz się bardziej postarać, żeby mnie załatwić". Życzenie staje się rozkazem - Jason paroma mocnymi ciosami dobija swoją ofiarę. "Tak, to wystarczy". Amen.

Ocena: 2-/6

Autor: Flagg