Recenzja horroru

Jason Goes to Hell: The Final Friday (Piątek trzynastego w piekle)
Tytuł oryginalny:
Jason Goes to Hell: The Final Friday
Reżyseria:
Adam Marcus
Scenariusz:
Dean Lorey, Jay Huguely
Obsada:
John D. LeMay, Kari Keegan, Steven Williams, Steven Culp, Billy Green Bush
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1993
Czas trwania:
93 min.






Zmęczony gwarem wielkiego miasta, Jason opuszcza Manhattan i powraca w rodzinne strony. Wszyscy ciekawi, jakim cudem Voorhees, nawet niedraśnięty, oddala się od ulic Nowego Jorku, by w pełnym rynsztunku ponownie siać postrach nad Crystal Lake, zmuszeni są sięgnąć po komiks wydawnictwa "Topps Comics", który ową nieścisłość wyjaśnia. Jednak szczerze powiedziawszy, któż by się tym faktem przejmował? Każdego, kto przebrnął przez wszystkie "Piątki 13-go" i zatrzymał na części dziewiątej, fakt cudownego odrodzenia Jasona nie powinien dziwić. W końcu najsłynniejszy obozowicz w historii horroru uczynił to nie po raz pierwszy, a my tylko winniśmy być wdzięczni, iż starczyło mu sił by dokonać tego w "The Final Friday". Ale czy na pewno? Czy oglądając "Piątek trzynastego w piekle" jest, czego gratulować panu Voorheesowi? Jeśli o mnie chodzi, pochwały skończyły się na części czwartej, a im dalej w serię zapoczątkowaną przez Seana S. Cunninghama, tym głębsze bagno do pokonania na naszej drodze.
W przypadku "Jason Goes to Hell", polscy fani Voorheesa mają sporo szczęścia. Dostępna na kasetach video wersja jest nieocenzurowana, co pozwala w pełni raczyć się talentem ekipy: Berger, Kurtzman, Nicotero. Niezawodne trio speców od charakteryzacji, które "oporządza" obecnie większość produkcji z gatunku horroru, jako jedyne nie pozwala nam usnąć w czasie projekcji. Kilka rozpasanych ujęć w zakończeniu oraz seria szokujących mordów, jak chociażby rozerwanie korpusu pewnej miłej dziewczyny, stają się jedynym kołem ratunkowym rzuconym Jasonowi w tym odcinku. Za to on sam pojawia się w filmie zaledwie przez 15 minut, wyparty przez dramat rodziny napiętnowanej jego krwawymi wyczynami. Pozbawieni pomysłów scenarzyści, obdzierają do korzeni drzewo genealogiczne Voorheesa, wyraźnie czerpiąc nauki z cyklu "Koszmar z ulicy Wiązów". Niestety w praktyce wypływa ich doświadczenie z serialami telewizyjnymi (np. "Magnum"), nieuchronnie prowadzące do pogrzebania wszelkiej grozy i napięcia na rzecz wyświechtanych gadek i maksymalnego zamotania rodzinnych więzów między postaciami. Ostatecznie zdezorientowany widz, traci wszelki kontakt z bohaterami, czekając tylko, aż panowie charakteryzatorzy przyjdą mu z pomocą. Jak się zapewne domyślacie, na efekty długo czekać nie trzeba i już się na naszych oczach dosłownie roztapia jakiś policjant.
Jednakże "Piątki 13-go" to nie tylko gore. Przez lata seria opowieści o obozowym mordercy wypracowała charakterystyczny dla siebie styl, który ostatecznie ratował nawet najgorsze jej części. Niestety Adam Marcus całkowicie się od tego schematu odcina. Nie dość, że otrzymujemy film o Jasonie bez Jasona, to o jakimkolwiek "ki ki ki, ma ma ma", możemy zapomnieć. Manfredini, wierny dotychczas legendarnemu motywowi przewodniemu, porzuca tradycję i mimo ponownego wykorzystania syntezatora oraz sekcji smyczkowej, tworzy inną od pozostałych ilustrację muzyczną. Prawdę mówiąc nużącą i tuzinkową, słabo zapadającą w pamięć. Przyczepić można się również zdjęć, które zalatują telewizyjną produkcją, a to głównie, dlatego, iż znaczna część akcji rozgrywa się we wnętrzach. Możemy, wyłącznie fantazjować o tych mrocznych ostępach, gdzie każdy listek poruszony wiatrem, przyprawiał o dreszcze lub przynajmniej przyjemne mrowienie w stopach. Jedynie sam wstęp nawiązuje do znanego wszystkim klimatu obozowej klechdy. Chatka w lesie, spokojna noc, samotna kobieta szykująca się by wziąć prysznic. Czegóż więcej potrzeba Jasonowi?
Poza krzykiem przerażenia pięknej niewiasty niczego. Jednak ta, na którą przyczaił się Voorhees, jest przynętą zarzuconą przez siły specjalne, wysadzające psychopatę w powietrze. Rozczłonkowane ciało Jasona zostaje przewiezione do kostnicy, gdzie przeprowadzający autopsję lekarz stwierdza, że "facet jest martwy jak cholera". Odtwarzający tytułową postać Kane Hodder, pojawia się wtedy w epizodzie jako brodaty strażnik i powraca dopiero w finale. Lecz nim do tego dojdzie, nieprzerwanie bijące, czarne serce Jasona sprawia, że jego duch przenosi się z ciała do ciała, póki nie przyjdzie mu się zrodzić na nowo.
Arkana tego tajemnego triku pojął studiując Necronomicon, identyczny z resztą jak w "Evil Dead II". Niestety, aby przekonać się ile zrozumiał z lektury owego śmiercionośnego dzieła, przyjdzie nam spędzić dobrą godzinę na obserwowaniu grupy ludzi udających aktorów. Do tego finał nawet w najmniejszym stopniu nie rekompensuje długiego czasu oczekiwania na ponowne przybycie Voorheesa, co sprowadza się do stwierdzenia, iż debiutancki utwór Adama Marcusa jest beznadziejnie marudnym gniotem, całkowicie grzebiącym dobre imię Jasona.