Recenzja horroru

Infection (Infekcja)
Tytuł oryginalny:
Kansen
Reżyseria:
Masayuki Ochiai
Scenariusz:
Masayuki Ochiai, Ryoichi Kimizuka
Obsada:
Michiko Hada, Mari Hoshino, Tae Kimura, Shirô Sano
Kraj:
Japonia
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
98 minut






Szpitale. Prawie nikt ich nie lubi. Zasadniczy wpływ na to ma przede wszystkim niepokojąca aura śmierci oraz choroby szczelnie wypełniająca szpitalne zaułki bądź zimna, sterylna atmosfera takiego miejsca. Nawet najczystsze i najbardziej zadbane ośrodki zdrowia mogą czasami stać się areną wydarzeń ocierających się o groteskowy, graniczący z obłędem koszmar. Szpitalna lokacja bywała dość często wykorzystywana przez wielu twórców kina grozy, zwykle jednak z różnym skutkiem. Wymienić tutaj trzeba takie horrory jak na przykład "Session 9" Brada Andersona, "Halloween 2" Ricka Rosenthala, "Visiting Hours" Jeana Claude Lorda, "Hardgore" Michaela Hugo czy "Hospital Massacre" Boaza Davidsona. Wyobraźmy więc sobie, że znajdujemy się w charakterze pacjenta w tak mrocznym, ponurym i niegościnnym szpitalu, jaki zaprezentował nam Masayuki Ochiai, reżyser "Parasite Eve" oraz "Saimin". W szpitalu, w którym czuć odór gnicia i rozkładu, umysł wariuje, a po posępnych salach rozchodzi się zwielokrotnione echo szeptów i udręczonych wrzasków umarłych.
Akcja "Infection" rozgrywa się w takim właśnie podupadłym miejscu. Wskutek braku medykamentów oraz dostatecznej ilości lekarzy i pielęgniarek szpitalowi grozi rychłe zamknięcie. Cierpią z tych powodów zwłaszcza nieliczni chorzy, a wśród kilku pracowników służby zdrowia dochodzi do coraz częstszych sprzeczek i niesnasek. Gdy błędna decyzja jednego z doktorów doprowadza do zgonu poparzonego w 70% pacjenta w trakcie zabiegu ratowania jego życia, spanikowana grupka lekarzy (dwójka medyków, dwie pielęgniarki i ich przełożona) postanawia zatuszować tragiczny w skutkach wypadek przy pracy. Ciało zmarłego zostaje przewiezione do pokoju numer jeden i tam poddane naświetlaniu, aby przyśpieszyć proces gnicia. Niedługo potem sanitariusze karetki przywożą nowego pacjenta zainfekowanego dziwnym wirusem. Powoduje on rozkład potencjalnego nosiciela od wewnątrz, jego kompletną cielesną dezintegrację. Kiedy zagadkowy pacjent dosłownie rozpuszcza się w kałuże ohydnej zielonej cieczy, do personelu szpitala zaczyna dochodzić straszliwa prawda. Zaraza przenosi się na inne osoby poprzez najmniejszy nawet kontakt z nosicielem i nikt nie jest bezpieczny, tym bardziej, że zielona maź dostaje się do przewodu wentylacyjnego. Po kolei pracownicy szpitala stają się ofiarami zabójczej epidemii najpierw popadając w szaleństwo, a potem gnijąc od środka...
"Kansen" to pierwszy film grozy, który został nakręcony w ramach sześcioodcinkowego cyklu 'Japanese Horror Theater'. Ten chwalebny pomysł narodził się w głowie producenta Takashige Ichise, który widząc coraz większą popularność azjatyckiego horroru postanowił na tym zarobić i wyłożył pieniądze na wszystkie sześć filmów. Założeniem Ichise było dotarcie do szóstki najbardziej topowych japońskich mistrzów horroru i zapewnienie im odpowiedniego budżetu na przeniesienie ich własnych wizji na ekran. Pierwsze dwie produkcje już zresztą powstały - są to recenzowany przeze mnie "Kansen" oraz "Yogen" Norio Tsuruty, natomiast w sferze realizacji znajdują się kolejne odcinki cyklu autorstwa min. Hideo Nakaty ("Ringu"), Kiyoshi Kurosawy ("Kairo") i Takashi Shimizu (seria "Ju-on").
Przez pierwsze 40 minut trwania "Infection" obserwujemy nerwowe próby pracowników szpitala poradzenia sobie z przerastającą ich sytuacją. Szpital tonie w długach, brakuje leków, lekarzom i pielęgniarkom nie wypłaca się zaległych pensji przez co niektórzy z nich rezygnują z pracy. Stres i przepracowanie obsługi lekarskiej doprowadza do tragedii, gdy wskutek pomyłki umiera jeden z pacjentów. W momencie pojawienia się chorego dotkniętego ohydną zarazą akcja filmu wkracza na bardziej tradycyjne tory kina grozy. Widzimy fizyczne skutki infekcji, gdy pracownicy padają jeden za drugim ofiarami tajemniczego wirusa. Zarażeni doświadczają dziwacznych wizji, widzą zjawy krążące po szpitalnych korytarzach, rozmawiają z nimi. Zaraza najpierw atakuje umysł, a potem pożera ciało. Dotknięta ją osoba zaczyna zachowywać się dziwnie, widzieć rzeczy, które w realnym świecie nie mają miejsca. Znerwicowana pielęgniarka, ćwicząc robienie zastrzyków na swym ciele, wbija sobie strzykawki w obie ręce, a następnie w korpus, po czym jej ciało eksploduje w fontannie zielonej mazi. Kolejna lekarka, w jednej z najbardziej przerażających sekwencji filmu, prowadzi dialog ze starszą kobietą, matką tragicznie zmarłego pacjenta, która przyszła do niego w odwiedziny. Na pierwszy rzut oka wszystko gra, ale jeden rzut oka na pobliskie lustro powoduje, iż mimowolnie przechodzi nas zimny dreszcz grozy, bo staruszka nie ma głowy! Samo umiejscowienie akcji w ponurym szpitalnym budynku, gdzie z każdego kąta wydaje się wyzierać agonia i cierpienie powoduje, że "Infection" ogląda się jednym tchem. Mroczna ścieżka dźwiękowa i porządne aktorstwo to kolejne plusy filmu.
Nie wiem natomiast co myśleć o zakończeniu, w którym Ochiai dokonuje szeregu niespodziewanych zwrotów akcji. Zbyt wiele ważkich pytań zostaje pozostawionych bez odpowiedzi, a sam końcowy twist wydaje mi się mocno naciągany, tak jakby reżyser nie potrafił się zdecydować, w jaki sposób przedstawić finałowe rozwiązanie fabuły. Pomimo braku spójnego zakończenia "Kansen" faktycznie przyprawia o dreszcze. Oby więcej takich miłych niespodzianek!