Recenzja horroru

House Of Wax (Dom woskowych ciał)
Tytuł oryginalny:
House Of Wax
Reżyseria:
Jaume Collet-Serra
Scenariusz:
Chad Hayes
Obsada:
Elisha Cuthbert, Chad Michael Murray, Brian Van Holt, Paris Hilton
Kraj:
USA/Australia
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
113 minut






Na początku warto rozważyć kilka faktów. Po pierwsze, film wyprodukowała Dark Castle Entertainment, dodatkowo jest to remake. Po drugie, poza jedną, nie czytałem żadnej pozytywnej recenzji tego filmu. Choć może inaczej - nie czytałem żadnej poważnej recenzji, która by chwaliła obraz Collet-Serry. Po trzecie, w "Domu woskowych ciał" występuje Paris Hilton, a horror ten był dość intensywnie promowany w polskim MTV (kto miał styczność z tą stacją na przestrzeni ostatnich kilku lat ten wie, że żenadą z niej wieje na kilometr). Czy uwzględniwszy te przesłanki warto wybrać się do kina? Cóż, ja się wybrałem, bo może gust mój i pokraczny, ale na Paris Hilton popatrzeć lubię. Dodatkowo Elisha Cuthbert to bardzo urokliwe dziewczę. A Dark Castle potrafi zrobić przeciętny film, który można obejrzeć bez ziewania (remake "House On Haunted Hill"). Dodatkowo, sporo ludzi, zwykłych zjadaczy kinowego chleba, wyrażało umiarkowanie pozytywne o "House Of Wax". Dlatego dałem się skusić.
Szóstka przyjaciół wybiera się na finałowy mecz sezonu futbolu amerykańskiego. Grupa bohaterów składa się z Carly (Elisha Cuthbert) i jej mającego kłopoty z prawem brata, Nicka. Wade to chłopak dziewczyny, a Dalton to kumpel Nicka. Jest jeszcze Paige (Paris Hilton) i Blake - wiecznie napalona parka. W obawie przed korkami ekpia wyrusza dzień wcześniej, zamierzają pojechać skrótem. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa droga jest w remoncie, więc muszą skręcić na mało uczęszczaną trasę. Zatrzymują się na biwak w leśnej głuszy i wszystko byłoby pięknie, nawet romantyczne, gdyby nie niepokojąca wizyta kierowcy tajemniczego samochodu. Ale noc mija szybko i można ruszać w drogę. Pech chce, że w jednym z aut psuje się pasek klinowy. Tym sposobem najpierw Carly i Wade, a potem reszta ekipy trafia do dziwnie opustoszałego miasteczka Ambrose. Największą atrakcją jest w nim majestatyczny Dom woskowych figur, który w całości zrobiony jest właśnie z wosku. A senne miasteczko kryje w sobie mroczną tajemnicę. Wkrótce zacznie się gra o przetrwanie.
Dziwaczny jest to remake. Z filmem Andre de Totha nie ma praktycznie nic wspólnego poza pomysłem na figury woskowe i sposób ich produkcji oraz maską jednego z bohaterów. Niby to żaden zarzut, bo powtarzanie dokładnie tych samych motywów fabularnych (jak Van Sant w "Psycho") rzadko wychodzi na dobre. Z drugiej strony po co wybierać ten sam tytuł? Jak rozumiem strategia produkcyjna była następująca: weźmy tytuł klasyczny, który być może jest pamiętany przez niektórych (w końcu w USA na niezliczonych kanałach kablowych film z Vincentem Price'm na pewno leciał nieskończoną ilość razy) i dostosujmy go do nowej widowni. W tym wypadku należało obraz maksymalnie odmóżdżyć, by był strawny dla przeciętnego widza MTV. Tym sposobem dostajemy opowiastkę o grupce młodych ludzi, których łączne IQ zdaje się nie przekraczać IQ piszącego te słowa. Gra aktorska jest tak porażająca, że po 20 minutach miałem ochotę wyjść z sali kinowej klnąc na czym świat stoi (bodaj krytyk z "New York Timesa" napisała, że postacie próbujące nawiązać niezobowiązującą pogaduszkę to widok bardziej ekstremalny niż sceny ich śmierci). Scenariusz? Ser szwajcarski przy nim to wzorzec konstystencji i spójności. Twórcy mimo nawiązania tytułem do filmu z 1953 roku, wzorowali się raczej na najbardziej gniotowatych slasherach z lat '80. Ale zdając sobie sprawę z grupy docelowej tego obrazu, nie ma się co dziwić. Chodziło o pokazanie atrakcyjnych młodych ciał (no bo przecież nie aktorów!!!) i całkiem sporej ilości krwi. Jeśli chodzi o ciała, to reżyser nie kryje się ze swoimi intencjami kręcąc dziewczyny tak, że w kadrze widzimy raczej biusty niż twarze. Swoją drogą to dosyć ciekawy sposób rezyserii, choć dotychczas kojarzył mi sie bardziej z pornografią, a nie kinem młodzieżowym. Jednak czasy się zmieniają, czyż nie? Odnośnie Paris Hilton, która była najbardziej kontrowersyjnym punktem obsady, to zastanawiam się czy ona zdaje sobie sprawę jak pociesznie wyglądają jej podrygi na ekranie. Szczególnie kiedy się porówna dwie sceny. W pewnym momencie widać ją, jadącą ze swoim chłopakiem samochodem i pewne charakterytyczne ruchy sugerują, że Paris biegła jest w sztuce fellatio. Jest to prefiguracją sceny kiedy "grana" przez nią bohaterka ginie. Otóż umiera również nabita na dzidę;-) Podejrzewam, że to świadomy zabieg reżysera, ale czy Hilton chwyta tę aluzję? W sumie nie moje zmartwienie. Dla tych którzy lubują się w lalkowatych panienkach (choć trzeba przynać, że operator kamery zrobił wiele, by pokazać Paris w sposób jak najbardziej nieatrakcyjny) twórcy przygotowali też striptiz. Stety lub niestety dziewczyna nie idzie na całość, choć ci, którzy widzieli filmik z pewnego hotelu, wiedzą, że stać ją na więcej. Chociaż może to i dobrze, bo jeszcze komuś by przyszło do głowy, by tę scenę również nakręcić przy pomocy noktowizji (te świecące oczy, brrrr...). A poza tym dzieło nie dostałoby wtedy klasyfikacji "od 15 lat" i wpływy z projekcji byłyby mniejsze. Ciekawa sprawa, że film z USA, wyświetlany u nas, miał klasyfikację wiekową nadaną przez BBFC - rozumie ktoś coś z tego?
Najbardziej skandalicznym chwytem twórców "House Of Wax" jest jednak nawiązanie do "What Ever Happened To Baby Jane" Roberta Aldricha. Jest to obraz, który nadal jest wyświetlany w filmowym Ambrose. Ma to wskazywać na pewne rozwiązania fabularne zastosowane w dziele Collet-Serry. Problem w tym, że nijak się mają do faktycznej fabuły, niczego nie wskazują. Te istotne kwestie, mgliście nawiązujące do "Co się stało z Baby Jane" zostają ujawnione gdzieś w środku filmu i zaskoczenia nie ma. Wykorzystywanie świetnego filmu Aldricha, który swego czasu był potężnym szokiem dla widowni, by dodać splendoru obrazowi tak płaskiemu jak "Dom woskowych ciał" uważam za zwykłą bezczelność. Kudy scenarzystom do precyzji intrygi obrazu sprzed lat; kudy reżyserowi do umiejętności Aldricha w budowaniu napięcia, atmosfery osaczenia i bezsilności. Ech, po prostu szkoda słów...
Jak wspomniałem scenariusz tego "dzieła" to prawdziwa tragedia. Dostajemy zbiór najbardziej wyświechtanych klisz, znanych w horrorze od co najmniej stu lat. Miejsce którego nie ma na mapie, odludna okolica, demoniczny gospodarz - wszystko podane w okrutnie sztampowym sosie. Jeśli ktoś widział w swoim życiu 5 horrorów na krzyż to "House Of Wax" może mu się podobać. Bo też i trzeba przyznać, że od połowy film nabiera wyraźnie tempa i kolejne morderstwa ogląda się z umiarkowanym zainteresowaniem (co i tak jest prawdziwym osiągnięciem w porównaniu z tragiczną pierwszą częścią obrazu). Sztampowość przejawia się również w nawiązaniu do klasycznej zasady filmu gatunkowego, a mianowicie znoszenia przeciwieństw zasygnalizowanych w tekście. Od początku wiadomo po co cała banda jedzie na mecz. Żeby brat z siostrą mogli się pogodzić, a że droga do tego wiedzie kręta i najeżona absurdami? A któż z popkornożerców, z którymi dzieliłem salę kinową, w to wnikał? Chyba żaden. Co prawda dostajemy jeszcze chwyt, który mógłby świadczyć o pewnej tendencji do łamania czystości konwencji horroru. Tak, ale ów chwyt przerabiany był tysiące razy co najmniej od lat '70. "Dom woskowych ciał" jest zrobiony tak, żeby zrozumieć go mógł dwunastolatek, stąd obecność nachalnej symboliki (przecinanie pewnej figury woskowej), całkowicie papierowych postaci i muzyki nachalnie wskazującej istotne i "groźne" momenty. Zadziwiające jest jednak to, że film jest momentami dość krwawy i obrzydliwy. Ciekawie kontrastuje to z kategorią wiekową i bezdenną głupotą fabuły. Tę krwawość można zaliczyć do niewielu plusów. Drugim byłaby dość widowiskowa sekwencja końcowa, choć za bardzo zalatuje komputerem (no, ale podobno studio się sfajczyło przy kręceniu tej sceny, więc musieli sobie jakoś radzić). Za to żadnym plusem nie są "jump scenes", bo to potrafi zrobić każdy z intelektem choć odrobinę większym niż potęga intelektualna Paris Hilton. Zresztą w filmy adresowane to tej konkretnej grupy nie mogą operować niczym więcej niż krwią i "boo", bo by widownia pozasypiała w zetknięciu z suspensem.
Dark Castle Entertainment wystartowało całkiem przyzwoicie. Zrobili zupełnie niepotrzebną, ale jednak nadającą się do obejrzenia przeróbkę "Domu na nawiedzonym wzgórzu". Potem było już gorzej - efekciarskie "13 duchów" (również remake), "Ghost Ship" całkiem niewiadomo po co (to najsłabsze dzieło) i "Gothika", której nie pomogli nawet Kassovitz i Berry. "Dom woskowych ciał" usytuowałbym gdzieś między "Ghost Ship" a "13 Ghosts" - plusiki niewielkie tylko za widoczną momentami krwistość, Cuthbert i Hilton (ale tylko za walory, hmmm..., estetyczne) oraz za efektowny (choć głupi) finał. I z tych niewielkich pozytywów uzbierała się 2 w ocenie. Ja jestem już zmęczony wszystkimi tymi przeróbkami. Zresztą obecne odrodzenie horroru dawno przestało nieść w sobie powiew świeżości. Bardziej pachnie kopulacją z trupem (dzieł zasłużenie stojących w panteonie filmowej grozy). Mam nadzieję, że "Devil's Rejects" Roba Zombiego będzie jaśniejszym punktem niezbyt miłościwie nam panującego trendu.