Recenzja horroru

Hostel (Hostel)
Tytuł oryginalny:
Hostel
Reżyseria:
Eli Roth
Scenariusz:
Eli Roth
Obsada:
Jay Hernandez, Derek Richardson, Eythor Godjunsson, Barbara Nedeljakova, Jana Kaderabkova
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2005
Czas trwania:
95 minut






Idea scenariusza do "Hostel" pojawiła się w głowie Eli Rotha, gdy natknął się wiele lat temu w Internecie na tajlandzką witrynę oferującą mordowanie ludzi za pieniądze. Wątpię, czy takowa strona istnieje, ale nie mogę tego na sto procent wykluczyć. Nie mam jednak co do jednego wątpliwości: horror ten jest o niebo lepszy od kiepskiego debiutu Rotha "Cabin Fever" z 2002 roku. Firmowany nazwiskiem Quentina Tarantino "Hostel" odniósł spory sukces kasowy w Stanach Zjednoczonych, co może dziwić, bo to obraz momentami autentycznie brutalny i szokujący. Najwyraźniej amerykańska publika była już zmęczona wysypem produkcji grozy z politycznie poprawnym ratingiem PG-13. Gołym zaś okiem widać, że Roth pragnął nawiązać do kina eksploatacji oraz krwawych slasherów z lat 80-tych.
Film rozpoczyna się w Amsterdamie, gdzie wakacyjny czas spędza dwójka młodych Amerykanów, a mianowicie Paxton i Josh. Chłopcy, do których przyłącza się hedonista z Islandii Oli, nie planują zwiedzać amsterdamskich zabytków i muzeów, ich celem jest wyjaranie jak największej ilości trawki oraz zaliczenie wielu pięknych dziewcząt. Po owocnej wizycie w jednym z burdeli nie zostają wpuszczeni do miejsca noclegu. Z pomocą przychodzi uprzejmy nieznajomy, który przekonuje całą trójkę, aby niezwłocznie udali się do Słowacji, a konkretnie do Bratysławy, gdzie znajduje się hostel wypełniony gorącymi kobietami gotowymi zrobić wszystko dla spragnionych seksu turystów zza granicy. Po dotarciu do owego przybytku rozkoszy napalona trójeczka napotyka dwie ponętne dziewczyny: Nataszę i Świetłanę, które praktycznie od razu zabierają się za uprzyjemnianie gościom czasu. Szybko jednak okaże się, że hostel jest śmiertelną pułapką, do której zwabiani są cudzoziemcy. Nasi bohaterowie przekonają się o tym na własnej skórze, kiedy jeden za drugim zostaną porwani, uwięzieni w podziemiach zrujnowanej fabryki i poddani straszliwym torturom w zamian za pieniądze od bogatych degeneratów.
"Hostel" zaczyna się niewinnie, niczym lekko erotyzująca komedia a la "The Last American Virgin", po to by po upływie połowy czasu projekcji przerodzić się w mroczny i sadystyczny horror po brzegi wypełniony gore i scenami tortur. W przygotowaniu krwawych efektów specjalnych maczała palce ekipa KNB-EFX czyli Robert Kurtzman, Greg Nicotero oraz Howard Berger. Widzimy między innymi przypalanie, przewiercanie nogi wiertarką, obcinanie palców u dłoni i bolesne przecinanie ścięgna Achillesa (pokazane wcześniej w znakomitej adaptacji powieści Stephena Kinga "Pet Sematary" w reżyserii Mary Lambert). Najmocniejszym momentem filmu jest jednak odcięcie pewnej Japonce zwisającej na nerwie gałki ocznej – autentycznie wzdrygnłem się z obrzydzenia w trakcie tej odrażającej sceny.
Za kolejne atuty filmu należy uznać przyzwoite aktorstwo odtwórców ról Paxtona i Josha oraz atrakcyjne dziewczęta z lubością pozbywające się ubrań i pokazujące cudowne cycki. Nieźle wypada Jan Vlasak w roli duńskiego biznesmena, który urzeczywistnia swoje marzenie o byciu chirurgiem torturując i mordując turystów. Podobnie jak w przypadku wyśmienitego "Wolf Creek" Roth używa środowiska, aby wykreować atmosferę grozy i terroru. Słowacja jawi się oglądającemu jako posępne, szare i niebezpieczne miejsce pełne opustoszałych zakładów, zardzewiałego metalu oraz pustych zaułków. To kraj biedny i brudny, co oczywiście jest w znacznym stopniu przesadzone, ale na potrzeby filmu sprawdza się doskonale. Na uznanie zasługuje w szczególności wygląd komór tortur i krematorium mieszczących się w czeluściach starej fabryki. Wszędzie widać ślady krwi, gdzieniegdzie można natrafić na poćwiartowane części zwłok, a w każdym z owych upiornych pokoi znajduje się krzesło, na którym unieruchamiane są ofiary. O muzyce w zasadzie nie warto wspominać, bo nie zwróciłem na nią uwagi.
"Możesz wydać wszystkie pieniądze... tam właśnie" – te słowa wypowiada pojawiający się w drobnym epizodzie Takashi Miike ("Audition", "Ichi the Killer") wskazując na ponure ruiny fabryki. Brzmią one niczym zapowiedź wkroczenia w otchłań sadyzmu i deprawacji, tak więc na pewno nie będziecie żałować zmierzenia się z "Hostel", co dobitnie potwierdza niżej podpisany.