Recenzja horroru

Horror Hood Has Eyez

Hood Has Eyez

Tytuł oryginalny:

Hood Has Eyez

Reżyseria:

Terrence Williams

Scenariusz:

Terrence Williams

Obsada:

Cyd Schulte, Antonio Royuela, Carlos Javier Castillo, Jesselynn Desmond

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2007

Czas trwania:

70 minut

Horror Hood Has Eyez - zdjęcie 1Horror Hood Has Eyez - zdjęcie 2Horror Hood Has Eyez - zdjęcie 3Horror Hood Has Eyez - zdjęcie 4Horror Hood Has Eyez - zdjęcie 5Horror Hood Has Eyez - zdjęcie 6

Czasami się zastanawiam czy we współczesnym świecie kino eksploatacji ma jeszcze rację bytu. Filmy trafiające do głównego obiegu nurzają się we wszelakiej maści ekstremie do tego stopnia, że widz nie musi szukać niskobudżetowych gorefestów, by zobaczyć na ekranie krew i flaki w najwyższym stężeniu na metr taśmy filmowej. Przykłady można mnożyć "Saw IV", "Hostel II", "John Rambo". Po co więc sięgać do kręconych kamerą cyfrową mikrobudżetowych dziełek? Z takim nastawieniem zasiadłem do seansu z "Hood Has Eyez".

Trzy dziewczyny i chłopak postanawiają zerwać się ze szkoły i pojechać na imprezę. Gdzieś w zachodnim LA gubią drogę. Jakby tego było mało potrącają samochodem roznegliżowaną kobietę. W panice postanawiają uciec z miejsca wypadku. Klucząc po nieznanych sobie przedmieściach wpadają w ręce dwóch latynoskich rzezimieszków. Bandyci pod bronią prowadzą złapanych w odludne miejsce, aby tam skroić ich z kasy. Jeden z napastników, Schizo, najwyraźniej niezbyt zrównoważony psychicznie, ma jeszcze kilka sadystycznych pomysłów w zanadrzu. Wagary zamieniają się w koszmar.

Chyba wyrosłem już z kina eksploatacji w taki wydaniu. Jeśli chcę obejrzeć mnie lub więcej golizny to sięgnę po prostu po film porno. Jeśli najdzie mnie ochota na epatowanie wypruwanymi flakami mogę rzucić okiem na którykolwiek z filmów nowej krwawej fali i przynajmniej nie rozczarują mnie efekty specjalne. "Hood Has Eyez" to kino w marnym wykonaniu. Aktorsko straszne (do tego, że trzydziestoletni aktorzy grają nastolatków widzowie zdążyli się przyzwyczaić, ale w przypadku tego dzieła efekt jest przekomiczny), dialogi, jeśli się już pojawiają, są koszmarnie drewniane.

No ale jeśli film otwiera kiepsko nakręcona, prześwietlona, kompletnie nieerotyczna scena prysznicowa wiadomo, że najbliższą godzinę przyjdzie spędzić z produkcją amatorską, która budżetowe i wszelkie inne braki, będzie starała się wynagrodzić zbliżeniami na włosy łonowe i sadystyczną przemocą (w myśl zasady – jak najbardziej drastycznie zadać ból drugiemu człowiekowi, żeby widza aż skręciło z niedowierzania i szoku). Jeśli tytuł dziełka nawiązuje do klasycznego obrazu, to również wiadomo, że twórcy będą się starali jakoś przebić oryginał, żeby to nawiązanie było choć w niewielkim stopniu uzasadnione.

Cóż, trzeba przyznać że pomysłów na drastyczne obrazy twórcom nie zabrakło. Gwałt analny, gwałt butelką, a potem tulipanem z tejże, aborcja za pomocą drutu, wbijanie gwoździa w penisa i kilka innych makabrycznych scen. Szkoda tylko, że wszystko wykonane topornie i mało pomysłowo. Kiedy się czyta opis, można odnieść wrażenie, że film jest wyjątkowo brutalny i przejmujący. Tymczasem w rzeczywistości wypada raczej śmiesznie. No bo jak nie uśmiechnąć się na widok ewidentnie gumowej pochwy, z której wyciągana jest ewidentnie gumowa atrapa płodu. Wszystko wygląda bardzo umownie. I choć twórcy mocno starają się zniesmaczyć i zaszokować widza (np. sceną wysysania tamponu) to efekt jest marny. Nie sposób się przejąć losem postaci, które kompletnie nie umieją się wcielić w swoje role. No ale to w końcu kino eksploatacji – nie można oczekiwać wielkiej gry aktorskiej, dopracowanego scenariusza czy wysokiej jakości efektów specjalnych. Tego rodzaju kino cierpi często na dosłowność, zapominając, że czasem mniej znaczy więcej. Zamiast z detalami pokazywać scenę prymitywnej skrobanki, lepiej pewnie byłoby nakręcić zabieg z dalszego planu, efekt mógłby być lepszy. A tak – cóż, pozostaje pokręcić głową i zadumać – że też im się chciało.

Jest w "Hood Has Eyez" scena, która jest tak absurdalna, że stawia pod znakiem zapytania intencje twórców filmu. Kimberly po gwałcie postanawia zemścić się na swoich oprawcach. I następuje tu scena treningu, jakby żywcem przeniesiona z filmów karate. Dziewczyna robi pompki (!) i wymachuje znalezionym kijem niczym Xena, Wojownicza księżniczka, mieczem (nawiązanie jest tu ewidentne). To po prostu trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. Przyznam się, że w tym momencie kompletnie odpadłem i zacząłem się śmiać jak opętany. Jeszcze jako ciekawostkę można wspomnieć fakt, że w tworzeniu muzyki do filmu maczał palce Łukasz Brzostek, jeden z autorów krótkometrażowego "The Fall".

Po seansie z "Hood Has Eyez" nie mam najmniejszej ochoty na zapoznanie się z innymi dziełami Terrence Williamsa. I to zdanie tak naprawdę powinno wystarczyć za całą recenzję. Ale krótki przegląd recenzji internetowych pokazuje, że są amatorzy takiego kina. Mnie skusił znaleziony na sieci screen, dwóch uczennic w krótkich spódniczkach siedzących na ławce. Uczennice okazały się kobietami w okolicach trzydziestki, nagości w filmie było mało, a przemoc mało realistyczna. Moim zdaniem nie warto zawracać sobie głowy tym dziełkiem, ale każdy ma swój gust.

Ocena: 2/6

Autor: grzEGOrz