Recenzja horroru

Horror Hells Ground

Hells Ground

Tytuł oryginalny:

Zibahkhana

Reżyseria:

Omar Khan

Scenariusz:

-

Obsada:

Ashfaq Bhatti, Sultan Billa, Osman Khalid Butt, Rubya Chaudhry

Kraj:

Pakistan

Rok produkcji:

2007

Czas trwania:

90 minut

Horror Zibahkhana - zdjęcie 1Horror Zibahkhana - zdjęcie 2Horror Zibahkhana - zdjęcie 3Horror Zibahkhana - zdjęcie 4Horror Zibahkhana - zdjęcie 5Horror Zibahkhana - zdjęcie 6

Wielbiciele horrorów, którzy lubią od czasu do czasu zagłębić się w gatunkową niszę i wydobyć na światło dzienne jakiś egzotyczny, mało znany tytuł z pewnością kojarzą nazwisko Pete’a Tombsa. Jego wydana z 1997 roku znakomita książka "Mondo Macabro" to fascynująca podróż po rozległych światach grozy, o których większość czytelników nawet nie zdaje sobie sprawy. Wraz z nadejściem ery DVD Pete Tombs postanowił przybliżyć innym tytuły, o których do tej pory można było jedynie przeczytać w nielicznych pozycjach literatury. Tak powołano do życia Mondo Macabro – czołową firmę dystrybucyjną zajmującą się wydawaniem zapomnianych i trudno dostępnych filmów.

Ten znak firmowy Mondo Macabro stał się w pewnym momencie przekleństwem. Ten moment to właśnie decyzja o współfinansowaniu i wydaniu "Zibahkhana" (po polsku "Rzeźnia"), filmu bardzo słabego i odstającego od reszty katalogu MM, niemniej noszącego w sobie duży potencjał marketingowy. Któż bowiem nie chciałby zobaczyć horroru z Pakistanu, a co dopiero "pierwszy pakistański film gore"? Ten nośny slogan ma być siłą napędową produkcji i przesądzić o jej sukcesie. Jednak podobnie jak w innych tego typu przypadkach stanowi jedynie przyczynek do klęski, bo rozbudzone oczekiwania gasną przy zderzeniu z realizacyjną nieporadnością, nieistniejącą fabułą, ogólnym brakiem pomysłu na wykorzystanie kilku dobrych zamierzeń i jednak małym kanciarstwem w stosunku do widza. To mógł być dobry niskobudżetowy film, a jest jedynie przereklamowanym tworem, w którym wielu widzi coś, czego ja najwyraźniej nie jestem w stanie ujrzeć.

Grupka młodych ludzi wybiera się rockowy koncert. Podczas podróży gubią drogę i zbaczają w odludne tereny. Natykają się na dwójkę tajemniczych wieśniaków, którzy przestrzegają ich przed zapuszczaniem się w te strony. Mimo złowrogo brzmiącego ostrzeżenia cała ekipa w świetnych nastrojach rusza dalej. Wkrótce doświadczają brutalnego ataku zombie, po którym starają się znaleźć schronienie w pobliskim lesie. Nie przypuszczają jednak, że tam czeka na nich jeszcze gorszy koszmar.

Czysto amatorskie walory produkcyjne w wielu przypadkach nie stanowią większej przeszkody w obcowaniu z kinem grozy, jednak w przypadku "Hell’s Ground" trudno napisać, że nie wpływało to na odbiór filmu. Jeżeli ktoś z Was oglądał kiedyś tajlandzki horror przeznaczony dla TV to będzie miał mniej więcej obraz tego, czego może się spodziewać. Jeśli nie widzieliście żadnego podobnego arcydzieła, wystarczy jak wyobrazicie sobie jeden z najgorszych niskobudżetowych filmów z USA, jakie oglądaliście. Całość jest kręcona kamerą wideo przy byle jakim ustawieniu świateł, bez dbałości o jakiekolwiek detale czy chociażby następstwo czasu (dzień, noc), sprawia wrażenie filmowanego na prędce i bez wcześniejszego przygotowania. Lokacje są bardzo nieciekawe, trudno sobie wyobrazić bardziej nijako przedstawiony las czy wiejskie plenery, a jedyny ciekawy element pojawia się pod koniec filmu, kiedy ostatecznie docieramy do miejsca, w którym ukrywa się morderca. Do tej pory jednak byłem już mocno zmęczony i znudzony "Hell’s Ground".

Chcąc wyjść naprzeciw oczekiwaniom widza, który zachęcony hasłem reklamowym zdecyduje się sięgnąć po to dzieło, twórcy postanowili dodać możliwe dużo atrakcji, które miałyby uzasadnić jego status jako pierwszego pakistańskiego filmu gore. Jednak jakiejś olbrzymiej krwawej łaźni moje oko nie wypatrzyło. Owszem pojawia się jakaś odrąbana głowa, którą jeden z bohaterów wyciąga z worka, jest gnijąca noga, a pod koniec krew faktycznie ukazuje się na ekranie dość często, ale nie ma nic takiego co uzasadniałoby postawienie wiadra pod ekranem. Innymi słowy jakieś gore jest, ale jego ilość nie jest jakaś powalająca i fanów jatki może nie usatysfakcjonować (wiem, wiem nie miało być mnóstwo gore, jedynie gore, ale i tak jestem niepocieszony). Efekty specjalne są na standardowym dla takich produkcji poziomie, czytaj bez wielkich rewelacji, mimo że niektórzy bardzo się rozpisują na temat ich jakości tu i tam. Aby jeszcze uatrakcyjnić "Hell’s Ground" oprócz mordów do całości doczepiono kompletnie absurdalną scenę ataku zombich, które ni stąd ni zowąd szturmują pojazd grupki młodych ludzi. To pewnie również posłużyło jako pretekst do afiszowania się hołdem dla Romero i Fulci’ego. Tyle, że poza pewną irracjonalnością tego napadu, w filmami słynnego Włocha nie łączy "Hell’s Ground" zupełnie nic, podobnie jak i z twórczością reżysera "Nocy żywych trupów". Zombie wyglądają tak jak reszta filmu – raczej niedbale i mało przekonująco.

Jak zazwyczaj w każdym filmie, nawet tym z najniższej półki, da się znaleźć coś interesującego. W przypadku horroru Omara Khana jest to postać mordercy ubranego w afgańską burkę i wymachującego gigantycznym kiścieniem. Kapitalny pomysł, bardzo efektownie prezentujący się w horrorze i zostawiający w tyle większość nieudolnych prób nadania oryginalności postaci mordercy, które znamy z licznych slasherów. Jak twierdzi sam reżyser był to jego hołd dla filmów z lat 80 i nie należy z tym wiązać żadnego politycznego przekazu. Szkoda tylko, że zmarnowano taki doskonały wizerunek oprawcy na tak nudne i nieudane widowisko, które nabiera właściwego tempa dopiero pod sam koniec filmu. Wtedy kiedy już nawet sceny inspirowane "Haute Tension" czy innymi klasykami gatunku (np. "The Texas Chainsaw Massacre") nie są już w stanie zmienić ogólnego wizerunku filmu. Do plusów zaliczył bym również brak scen śpiewano-tańczonych, których można by się spodziewać po produkcji z Lollywood, jedyne co otrzymujemy to śmieszny podkład muzyczny, który jednak nie przeszkadza w odbiorze filmu.

"Hell’s Ground" trudno brać na poważnie, to film zrobiony raczej dla zabawy, aktorzy to przede wszystkim naturszczyki, gdzie nie spojrzeć tandeta i taniocha oraz puszczanie oka do widza (choć mnie to wszystko jakoś średnio bawiło). Unosi się też nad nim atmosfera horroru kręconego spontanicznie, bez poczucia tworzenia przełomowego dzieła. Tyle że trudno mi to wszystko zaakceptować, bo cały czas odnoszę wrażenie, że to tylko obliczony na zarobek produkt, który ma jedynie wypromować dystrybutora. Bo jak tłumaczyć cały ten bałagan? Jak można odebrać to inaczej, skoro jeden z bohaterów filmu, trzyma na stoliku wyraźnie widoczne filmy wydane prze Mondo Macabro? Jak w końcu nie zwrócić uwagi na leciwego Rehena w roli wieśniaka, który 40 lat temu wcielił się w postać wampira w "Dracula in Pakistan", klasycznej pozycji pakistańskiego horroru, obecnie dystrybuowanej przez… zgadnijcie kogo? Zastanawia mnie jedno: po co promować tak solidną i zasłużoną firmę, która posiada w swoim katalogu kilka naprawdę znakomitych tytułów, w tak płytki i lekko oszukańczy sposób?

Ocena: 2/6

Autor: Mort