Recenzja horroru

Halloween 5
Tytuł oryginalny:
Halloween 5
Reżyseria:
Dominique Othenin-Girard
Scenariusz:
Michael Jacobs, Dominique Othenin-Girard, Shem Bitterman
Obsada:
Donald Pleasence, Danielle Harris, Ellie Cornell, Wendy Kaplan
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1989
Czas trwania:
96 minut






Założę się, że nikt nie miał wątpliwości, że sposób w jaki rozprawiono się z Michaelem Myersem pod koniec części czwartej nie będzie w stanie powstrzymać go od dalszych morderstw. Przecież złoczyńcy, którzy występują w slasherach z niejednej gorszej opresji wychodzili cało i ponownie wracali do swoich krwawych praktyk. Zazwyczaj pomocną dłoń wyciągali im wtedy pełni zaangażowania i niestworzonych pomysłów scenarzyści, którzy potrafili wykazać nawet zdolność magicznego przywracania ich do życia. Jednak spośród wszystkich specyfików, które wpływają na powrót "bohaterów" slasherów największy wpływ ma jednak uzdrawiająca moc pieniądza. I tak producent serii Moustapha Akkad, który odkupił prawa od Dino de Laurentis, wyraźnie zachęcony sukcesem finansowym poprzedniej części, już rok później zdecydował się przedstawić kolejną odsłonę "Halloween". Z efektem bardzo mizernym.
Film otwiera sekwencja obrazów, które doprowadziły do unieszkodliwienia Myersa przez żądnych odwetu mieszkańców miasteczka oraz stróżów prawa. Zamaskowanemu mordercy udaje się ujść z życiem z zatęchłej studni, a w rok później po raz kolejny przywdziewa słynną maskę i postanawia odszukać swoją siostrzenicę. Jak się okazuje, dziewczynka na skutek poprzednich doświadczeń jest z nim połączona silną więzią psychiczną, która pozwala przewidzieć, gdzie tym razem uderzy mściwy i bezlitosny zabójca.
Choć "Halloween 4: The Return of Michael Myers" nie wyróżniał się w moim przekonaniu niczym pozytywnym, to jednak stanowił w jakiś sposób interesującą odmianę po nonsensownej i niepowiązanej z postacią Myersa części trzeciej. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że dosyć udane końcowe rozwiązanie (ewidentnie kopiujące oryginalny obraz) mogło stanowić dobre przypieczętowanie serii, ale również ciekawą drogę jej rozwoju. Tyle że część piąta dość nonszalancko niweluje te starania i skupia się właściwie na zaserwowaniu banalnej kontynuacji, w której liczy się tylko Myers i jego narzędzia zbrodni. Wątek, który pojawił się pod koniec poprzedniej części jest co prawda pociągnięty dalej, ale w sposób, który trudno uznać za wartościowy dla filmu – wygląda raczej jak wprowadzony na siłę, jedynie dla zachowania ciągłości z "czwórką". Reżyser Dominique Othenin-Girard łącząc napady przerażenia, towarzyszące dziewczynce przy okazji kolejnych mordów ze scenami, w których użyto subiektywnej kamery stara się wytworzyć klimat opowieści, jednak bez żadnego powodzenia. Inne próby wywołania uczucia niepokoju w przeważającej mierze również nie skutkują. Jedyna scena, którą w jakiś sposób zapamiętałem z tej części rozgrywa się w stodole, gdzie jeden z bohaterów zostaje dźgnięty widłami. Utkwiła mi ona w pamięci ze względu lokację i fakt, że to chyba najbardziej krwawa scena filmu. Za efekty odpowiadała słynna KNB, ale jakoś zupełnie nie widać tego na ekranie. Zresztą twórcy w dużej mierze zrezygnowali z mocnych efektów gore, podobnie jak i z ekranowej golizny. Całość ostatecznie psuje Myers w swojej kiepskiej masce, który nie potrafi wzbudzić żadnej grozy, pojawiając się przez dużą część filmu w świetle dnia, koszmarne zakończenie oraz typowe dla slasherów dziury w fabule czy najzwyklejsze w świecie bzdury.
Skoro mowa jest o Michaelu Myersie musi być i Dr Loomis. W tę rolę ponownie wcielił się Donald Pleasence, jednak tym razem grana przez niego postać zdecydowanie różni się od tej, którą mieliśmy okazję oglądać w poprzedniej części. Zamiast zdziecinniałego, spanikowanego staruszka, który sprawiał wrażenie jakby nie mógł sobie poradzić z natrętnym żebrakiem, tutaj mamy zdecydowanego, pewnego siebie bohatera, którego obsesja na punkcie swojego dawnego pacjenta jest wyraźnie zarysowana. Ale co z tego, skoro momentami Dr Loomis jest w ujęciu Pleasence’a osobą nad wyraz irytującą, której niekiedy nie da się wprost oglądać? Być może to po prostu mój uraz, bo nigdy nie podobała mi się ta postać i nadal nie jestem do niej przekonany. Niemniej wypada ona i tak pozytywnie na tle innych bohaterów, które pojawiają się w tej części czy też Malcolma McDowella z niedawnego remake’u w reżyserii Roba Zombie.
Pomimo pewnych różnic często zdarza mi się mylić część czwartą oraz piątą. Być może wynika to z tego, że obie moim zdaniem stoją na dość kiepskim poziomie i są tak samo bez wyrazu jak maska Myersa. Jako że nigdy nie należałem do fanów serii nie mam zamiaru zachęcać do oglądania po raz kolejny tego samego. "Halloween" skończył się po części drugiej i nic nie jest w stanie zmienić mojej opinii na ten temat.