Recenzja horroru

Horror Halloween

Halloween (Halloween)

Tytuł oryginalny:

Halloween

Reżyseria:

John Carpenter

Scenariusz:

John Carpenter, Debra Hill

Obsada:

Donald Pleasence, Jamie Lee Curtis, Nancy Kyes, P.J. Soles

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1978

Czas trwania:

91 minut

W przypadku niektórych filmów rola recenzenta jest dość niewdzięczna. Co nowego i ciekawego można napisać o filmach, które wszyscy znają, a większość lubi? Przypominanie o klasykach gatunku – horrorach kina niemego, obrazach z lat trzydziestych i czterdziestych, czy hammerowskich perełkach wydaje się mieć więcej sensu. Bo dla wielu amatorów kina grozy "stary horror" to "Halloween", a filmowy strach ma dla nich swe prapoczątki w roku 1974, ewentualnie cztery lata wcześniej. Ale co ciekawego można napisać właśnie o "Halloween", który znany jest powszechnie i zasłużenie zdobył wierną rzeszę oddanych fanów? Z drugiej strony jednak, wnioskując choćby z nicków zaludniających wszelkiej maści internetowe fora poświęcone gatunkowi, klasyk Carpentera wydaje się być bardziej "elitarny", niż krwawe jatki nad Jeziorem Kryształowym czy seria zabójstw na Ulicy Wiązowej. Wydaje mi się, że ta sytuacja ma swoje wyraźne przyczyny, które wykraczają poza fakt, że seria "Halloween" miała słabszą dystrybucję w Polsce niż przygody Jasona czy Freddy’ego.

Fabuła filmu Carpentera jest większości doskonale znana, a przy tym niezwykle prosta do streszczenia. Oto młodociany morderca, Michael Myers, izolowany dotąd w zakładzie zamkniętym, wydostaje się na wolność i kieruje się do rodzinnego Haddonfield, by szerzyć terror. Za swój główny cel obiera Laurie Strode, sympatyczną dziewczynę, która spędza halloweenową noc w roli opiekunki do dziecka. Śladem psychopaty wyrusza jego lekarz z zakładu, Dr Loomis, który za wszelką cenę chce zapobiec dalszemu rozlewowi krwi. Ale to nie w fabule leży siła i magnetyzm tego obrazu.

Od napisów początkowych Carpenter zaprasza widza do zanurzenia się w niepokojącym świecie swojej wyobraźni. Na czarnym tle, obok tradycyjnej wydrążonej halloweenowej dyni pojawia się tytuł i nazwiska aktorów do dźwięków niesamowitego głównego motywu muzycznego, który od pierwszych chwil kreuje nastrój niepokoju i niepewności. Następnie reżyser oferuje widzowi niesamowitą sekwencję morderstwa. Choć prowadzenie akcji za pomocą subiektywnej kamery, z punku widzenia bohatera nie było nowością w historii gatunku (dość wspomnieć o majstersztyku montażowym Hitchcocka w "Psycho" czy "Black Christmas" Boba Clarka), to użycie wtedy nowatorskiego systemu Panaglide, zapewniło sekwencji niesamowitą płynność i złudzenie rzeczywistości. Efekt jest tym bardziej niesamowity, że gdy kamera porzuca narrację pierwszoosobową, okazuje się, że mordercą jest sześcioletni chłopiec – cherubinek o blond włosach i smutnej twarzy. Kontrast między jego sylwetką i halloweenowym przebraniem, a trzymanym w ręku wielkim kuchennym nożem musiał wbijać w fotel widzów w 1978 roku. A i dziś robi spore wrażenie.

Zresztą cały film jest starannie przemyślany, Carpenter dokładnie wie, jak konstruować poszczególne sceny, by maksymalnie zaskoczyć widza. Dodatkowym atutem jest fakt, że obraz został nakręcony w trybie szerokoekranowym. Dzięki temu wygląda o niebo lepiej niż większość niezależnych produkcji grozy z tamtego okresu. Połączenie dobrego warsztatu zdjęciowego i niezwykle udanej ścieżki dźwiękowej dało piorunujący efekt. Aktorzy, których wybrał reżyser stanowią kolejny mocny punkt tego dzieła. Jamie Lee Curtis (zresztą realnie córka Janet Leigh, którą spotkał sławetny koniec pod prysznicem w "Psychozie") jest niezwykle sympatyczna w roli Laurie. Promieniująca młodzieńczym wdziękiem na początku filmu, wiarygodnie odgrywa rolę terroryzowanej przez maniaka dziewczyny w finale. Donald Pleasence jako Samuel Loomis (kolejny ukłon stronę "Psycho") jest niesamowity jako lekko nawiedzony doktor, który ma wyraźną obsesję na punkcie swojego pacjenta i o którym nie mówi inaczej jak "to". No i sam Michael Myers we własnej osobie. Choć Carpenter instruował Nicka Castle, który chował się za białą maską, by "po prostu był i nie starał się grać", długoletni znajomy reżysera zdołał mimo wszystko nadać swojej postaci cień osobowości. Dzięki temu nie ma się wrażenia, że zamaskowany morderca to nie strach na wróble z zasłoniętą twarzą, tylko realne zagrożenie.

Na temat "Halloween" zapisano tyle papieru, że nie bardzo wiadomo co można by jeszcze dodać, jeśli nie chce się zanudzić czytelnika dajmy na to jakimś nowatorskim ujęciem tego filmu przez pryzmat myśli Deleuza czy Lacana. Ale w polskiej literaturze przedmiotu (a raczej tych kilku pozycjach, które można policzyć na palcach jednej ręki) zostało jeszcze kilka białych plam. Przede wszystkim to właśnie niezależny film Carpentera był kamieniem milowym, inicjującym slashermanię, która zdominowała amerykańskie kina w pierwszej połowie lat 80 ubiegłego wieku. Choć to "Piątek 13" pociągnął za sobą kolejne, coraz marniejsze wariacje na ten sam temat. I już porównanie tych dwóch tytułów pokazuje klasę twórcy "Assault on Precint 13" – dzieło Cunninghama wygląda przy opowieści o Myersie jak tania amatorska wprawka. Schemat fabularny skodyfikowany przez Carpentera został zgodnie z prawidłowością charakteryzującą kino eksploatacji sprowadzony do najniższego możliwego mianownika – gore, nagość, coraz bardziej bzdurne fabuły i koszmarne aktorstwo, wszystko zrealizowane jak najtańszym kosztem. Ale paradoksalnie to właśnie te znacznie słabsze obrazy zdobyły większe rzesze fanów. W końcu nic tak dobrze nie sprzedaje filmu jak krew i gołe biusty. "Halloween" zdobył uznanie nawet w oczach krytyków na co dzień nie piszących o horrorze. Chwalono reżyserię i próbowano na różne sposoby odczytywać film. Sam Carpenter śmieje się, że wcale nie miał zamiaru położyć kresu seksualnej rewolucji i fakt, że Laurie jest nieśmiałą dziewczyną, stroniącą od kontaktów z płcią przeciwną nie jest powodem dla którego to właśnie ona stoczy decydujące starcie z Myersem. Tak więc zasada "żadnego seksu" to wymysł późniejszy i nie do końca prawdziwy, bo postać grana przez Jamie Lee Curtis jest podstawowym celem mordercy. Zresztą zasady slashera, które zidentyfikował Kevin Williamson w "Krzyku" nie do końca pasują do głównej bohaterki "Halloween" – w końcu Laurie pali jointy, a mimo to przeżyje. Jak to określił reżyser – dziewczyna jest po prostu bardziej uważna i zwyczajnie bardziej zaradna, ale nie ma to związku z tym, czy daje się obściskiwać na tylnych siedzeniach samochodów.

Warto jeszcze wspomnieć, że w 1981 roku światło dzienne ujrzała wersja telewizyjna, która zawierała dodatkowe 10 minut świeżo dokręconego materiału (listę dodatków można znaleźć na imdb w sekcji "alternatywne wersje" strony poświęconej filmowi Carpentera). Było to spowodowane wymogami telewizji NBC, by film dokładnie wypełnił ramówkę. I choć dokrętki są doklejone idealnie i klimat jest zachowany, moim zdaniem film traci nieco rytm. Mimo to warto obejrzeć obie wersje i porównać samemu.

Tytułem podsumowania zacytuję Jima Harpera, autora "Legacy of Blood" poświęconej gatunkowi stalk’n’slash – "jeśli miałbyś obejrzeć tylko jeden slasher w życiu, niech będzie to właśnie >>Halloween<<". I myślę, że to wystarczy za rekomendację.

Ocena: 6/6

Autor: grzEGOrz