Recenzja horroru

Grindhouse: Death Proof (Grindhouse vol. 1. Death Proof)
Tytuł oryginalny:
Death Proof
Reżyseria:
Quentin Tarantino
Scenariusz:
Quentin Tarantino
Obsada:
Kurt Russell, Zoe Bell, Sydney Tamiia Poitier, Jordan Ladd, Vanessa Ferlito, Rosario Dawson
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2007
Czas trwania:
116






Kiedy bracia Weinstein ogłosili, że projekt "Grindhouse" dostaje zielone światło w środowisku miłośników filmowej popkultury zawrzało. To szczególne zainteresowanie fanów nie wynikało jedynie z faktu, że oto para największych amerykańskich fanboyów szykuje soczysty pastisz horroru, bowiem tandem Rodriguez/Tarantino przyzwyczaił już swoich wielbicieli do inspirowania się kinem eksploatacji i tzw. B-movies. Klucz do przewidywanego sukcesu "Grindhouse’u" tkwił raczej w zawartym już w samym tytule śmiałym koncepcie; reżyserzy postanowili odtworzyć formułę "double feature" – podwójnych pokazów tanich exploitation-movies, puszczanych w dusznych i zadymionych salach amerykańskich kin grindhouse w latach 70-tych. Każdy z twórców miał nakręcić po jednym epizodzie stylistycznie nawiązującym do utworów z epoki, które następnie zostałyby rozdzielone zestawem fałszywych trailerów. Zgodnie z ideą widzowie multipleksów mieli w czasie trwania filmu przemienić się w publiczność kin grindhouse, która lata temu z entuzjazmem reagowała na szaleńcze produkcje twórców o wyjątkowo wybujałej wyobraźni.
Pomijając już bowiem kwestię jakości filmów eksploatacji (zazwyczaj bardzo wątpliwej), trzeba zaznaczyć, że siłą tego kina pozostaje przede wszystkim jego niezwykła pomysłowość oraz odwaga w przełamywaniu tradycyjnych konwencji i narracji. Dziś, kiedy każda decyzja podjęta na planie musi zostać zatwierdzona przez tabun producentów wykonawczych, perspektywa wskrzeszenia amerykańskiej eksploatacji mogła spędzać sen z powiek wielu zatwardziałym kinomanom. Kampania reklamowa filmu tylko rozbudziła apetyty. Powoli upowszechniane były zdjęcia z planu oraz ekscentrycznie zaprojektowane filmowe plakaty utrzymane w campowej stylistyce. Zapowiedzi zdawały się reklamować raczej cudownie odnaleziony po latach eksploit wyprodukowany przez następców Samuela Z. Arkoffa niż rasowy mainstreamowy produkcyjniak… Nikt nie miał wątpliwości - szykował się piorunujący exploitation-fest! Witajcie z powrotem, lata 70-te!
Te nadzieje rozwiała deklaracja studia The Weinstein Company (wspierana niestety oportunistycznymi wypowiedziami reżyserów), które jakby przewidując przyszłą porażkę filmu w amerykańskim box-officie, postanowiło poza kontynentem amerykańskim dystrybuować "Grindhouse" w postaci dwóch oddzielnych filmów. Zamiast dyptyku europejscy widzowie musieli się więc zadowolić mniej efektowną, ale za to przynoszącą więcej zysków dylogią. Mimo nie zawsze trafionych argumentów studia i rekompensaty w postaci 20 dodatkowych minut odsłony Tarantino "Death Proof", sama idea "double feature" leżąca u podstaw projektu "Grindhouse" została w ten sposób pogrzebana.
Na rozdzieleniu epizodów skorzystał Tarantino. Kultowa aura otaczająca reżysera w Europie pozwoliła mu wysforować "Death Proof" do konkursowych zmagań o Złotą Palmę, a dzięki wspierającej go kampanii medialnej drugi segment "Grindhouse’u" miał jako pierwszy podbić europejskie kina. Ofiarą rozłąki padł niewątpliwie Rodriguez, który przez wielu recenzentów został potraktowany jako rodzaj przystawki do głównego dnia, a dystrybutorzy nawet nie silili się na specjalną kampanię reklamową, skazując film na słabe wyniki frekwencyjne. Autor "Od zmierzchu do świtu" po wspólnym projekcie nie będzie miał chyba najlepszych wspomnień (o czym świadczyła jego skonsternowana mina podczas canneńskiej konferencji prasowej). Niezbyt to sportowe zagranie ze strony Tarantino, co rusz podkreślającego niemal braterską więź łączącą go z Rodriguezem.
Atmosfera wokół epizodu wyreżyserowanego przez Tarantino może stanowić jednak dobry komentarz do filmu. Reżyser nie tylko zdaje się firmować projekt własnym nazwiskiem, ale równocześnie całkowicie podporządkowuje sobie koncept "grindhouse". Trudno się było spodziewać, że ledwie trzy lata po pozbawionym hamulców miłosnym wyznaniu złożonym w "Kill Billu" całemu kinu eksploatacji, twórca "Pulp Fiction" dokona gwałtownego zwrotu i w miejsce rzekomego hołdu nakręci film, w którym gwiazdą na ekranie będzie przede wszystkim on sam – tak przed, jak i za kamerą.
Poczynając od pierwszego ujęcia kobiecych stóp na karoserii samochodu, "przedłużonego" następnie efektownym travellingiem z perspektywy żabiej, Tarantino daje nam czytelny sygnał: "I made this!". Sprawując pełną kontrolę artystyczną nad projektem (rzecz zdarzająca się w studiu Weinsteinów rzadko) oraz pełniąc szereg rozmaitych funkcji na planie (Tarantino jako operator, scenarzysta, reżyser, producent i aktor w jednym!) Quentin niczym dziecko korzysta z zabawek, jakie wpadły mu w ręce i, co do czego trudno mieć wątpliwości, którymi nie ma zamiaru się z nikim dzielić. Miejsce reżysera respektującego "grindhousowe" uniwersum zajmuje świadomy siebie autor, który dekomponuje zastałe konwencje i wpisuje je w swój własny Quentuniverse. I nie byłoby w tym oczywiście nic złego, gdyby nie rodzaj perwersyjnej autosatysfakcji, z jaką reżyser eksponuje swoją osobowość na ekranie. W "Death Proof" wszyscy mówią jak w filmach Tarantino, wszystko wygląda jak w filmach Tarantino, Tarantino za kamerą filmuje Tarantino przed kamerą, a nawet (o zgrozo!) Tarantino odwołuje się do filmów Tarantino…
Quentin do tej pory w swoich filmach przyjmował punkt widzenia pokornego fanboya, który owszem dokonywał eklektycznych kolaży i z wprawą rozbijał zastane wzorce, ale tuszował swoją obecność na filmowym planie. Tym razem, po raz pierwszy w swojej karierze, rezygnuje z wszelkich zahamowań i pozwala sobie na samowystarczalny one-man show. Gdyby sformułować katalog charakterystycznych dla reżysera chwytów i motywów okaże się, że "Death Proof" grzeszy nadmiarem. Ujęcia kobiecych stóp? Mamy ich na ekranie pełno, a raz nawet w czarno-białej scenie w drugiej połowie filmu (skądinąd zrealizowanej w sposób niedbały) Quentin pozwala sobie na fetyszystyczną ekshibicję, kiedy to Kaskader Mike chucha na opuszki palców… Pomińmy… Dialogów? Ich na pewno nie brakuje. Filmowych odwołań? Jest ich mnóstwo, a dodatkowo w jednej ze scen rozgrywającej się w przydrożnej kafeterii Tarantino ustami swoich bohaterek pozwala sobie na kinofilskie popisy. "Dzięki za wykaz filmowej erudycji Quint, ale wolałem, kiedy rozprawiałeś o teledyskach Madonny". Twórca "Pulp Fiction" co chwila szczerzy w stronę kamery swój uśmiech spełnionego golden boya. Biorąc pod uwagę recenzje "Death Proof" – a wszystkie zgodnie podkreślają, że film ma charakter osobisty, wręcz autorski (ba, nawet nie brakowało odniesień do francuskiej Nowej Fali) – to cóż Quint: "brawo! Misja zakończona sukcesem!". Problem w tym, że ta nieustanna autoreklama być może zaprowadzi go na manowce.
Podczas oglądania "Death Proof" odczuwa się bowiem przede wszystkim uczucie sztuczności. Bohaterki portretowane okiem kamery Tarantino zdają się przypominać raczej papierowe figurki beznamiętnie wypowiadające napisane wcześniej kwestie niż pełnokrwiste heroiny. Kreślenie wyrazistych, nawet jeśli niekiedy szytych grubymi nićmi postaci było zwykle atutem reżysera. Tym razem na jakąkolwiek identyfikację czy nawet empatię trudno widzowi się zdobyć. Tarantino ugrzązł w matni nie zawsze dobrze napisanych dialogów, którym brak finezji i błysku zamiast pozwolić aktorkom na odrobinę improwizacji. Mało miejsca w scenariuszu Quentin zostawił nawet na kąśliwe one-linery, które stanowią przecież esencję filmowej eksploatacji, a zamiast tego bezwolnie pogrąża się w dialogowych dłużyznach i rozmowach świadomie prowadzonych o niczym. Nawet sposób portretowania świata, w którym rozgrywa się akcja "Death Proof" pozbawia złudzeń, co do rzeczywistych intencji reżysera: Tarantino minimalizuje liczbę pojawiających się na ekranie miejsc i postaci, usuwając z filmowego planu wszelkie elementy, nad którymi nie może sprawować pełnej kontroli. Wszystko musi być podporządkowane precyzyjnym instrukcjom i wskazaniom reżysera. Daje się odczuć brak niezbędnego elementu chaosu, który pozwoliłby choć na chwilę rozbić skostniałą formułę filmu i wprowadzić jakiś ślad życia. W efekcie obcujemy ze skrajnie hermetycznym filmem, który ani razu nie pozwala widzowi autentycznie zaangażować się w akcję, czy choćby poruszyć się losami ekranowych postaci. Trawestując filmowe motto "Kill Billa" można stwierdzić: "Death Proof – film, który odbiera się na zimno".
Paradoksalnie "Death Proof" najlepiej wypada w tych scenach, w których Tarantino bezpośrednio inspiruje się grindhouse’owym uniwersum. Odwołując się do niesławnych rape & revenge movies Quentin dzieli "Death Proof" na dwa akty. W pierwszej, teksaskiej odsłonie Kaskader Mike (dalekie echo ikonicznych psycho-killerów) postanawia rozprawić się z grupą pięknych Dziewczyn. Tarantino naigrywa się w niej z filmowych slasherów. Demistyfikuje klasyczny obraz ofiary (zapomnijcie o niewyżytych seksualnie podlotkach) i wizerunek filmowego bad guya (Kaskader Mike ubrany w swoją kiczowatą srebrną kurtkę zajada się nachos ociekającymi od majonezu i chwali się Dziewczynom: "Chcecie się przejechać moim samochodem? Pożyczyłem go od mamy.") oraz rozbija strukturę konwencjonalnych horrorów (akt I kończy się w momencie, w którym większość slasherów dopiero się rozpoczyna). Przedłużoną do granic możliwości ekspozycję aktu I finalizuje spektakularną filmową kraksą. Kiedy Stuntman Mike wyrusza w swoim śmiercionośnym aucie na spotkanie z Dziewczynami może się to skończyć tylko krwawym baletem pękającego szkła i rozrywanych części ciała. Tarantino inteligentnie inspiruje się "Furią" Briana De Palmy (któremu zresztą złoży podziękowania w napisach końcowych) i jej słynną sceną zbrodni kontemplowaną z wielu punktów widzenia kamery. Nie ma wątpliwości, że to niezwykle fotogeniczne zderzenie jest jednym z kluczowych momentów "Death Proof", w którym Tarantino udaje się połączyć grindhousowe "esprit" z zabawą konwencją ("czekaliście na sceny zbrodni, to macie!").
Po przerwie, czyli pretekstowym i niezbyt, moim zdaniem, udanym epizodzie szpitalnym, czas na przewrotny akt II, w którym nasz bohater znajdzie kolejną grupę potencjalnych ofiar. Konfrontacja rozegra się na zakurzonych drogach stanu Tennessee. Naprzeciw siebie staną dwa modele Dodge’a: "Charger" i "Challenger". Długa scena pościgu to piękny hołd dla efektownych car-chase flicks, świecących triumfy w latach 70-tych i znakomita odtrutka po przestylizowanych spektaklach wizualnych serwowanych nam w "Matrix: Reloaded" czy "Bad Boys 2". Zrealizowana w tradycyjny sposób, czyli bez pomocy speców od komputerowych efektów końcowa scena "Death Proof" udowadnia, nie po raz pierwszy zresztą, że stara szkoła nie ma sobie równych. Po tej wystawnej uczcie czas na wyjątkowy deser przyszykowany przez Tarantino przy współudziale niedawno zmarłego papy Russa Meyera. Nie wypada zdradzać punktu kulminacyjnego, ale nie mam co do tego wątpliwości - warto było na niego poczekać.
To jednak tylko parę świetlanych momentów tego nie przynoszącego satysfakcji filmu-konceptu. I dowód, że "Death Proof" wiele by zyskał, gdyby tylko Quentin na chwilę zapomniał o swojej narcystycznej świadomości cudownego dziecka kina. Tarantino podporządkowując swoim autorskim kaprysom kino grindhouse osiąga niespodziewany efekt. Na naszych oczach zabija wolnościowego ducha eksploatacji.
Na bardziej zabawny, szalony i pomysłowy hommage złożony kinu eksploatacji trzeba będzie poczekać do epizodu zrealizowanego przez Roberta Rodrigueza. A tymczasem, skoro tyle o Tarantino, wypada na koniec oddać mu głos…
Długa sekwencja wprowadzająca filmu rozgrywa się w meksykańskim barze, którego ściany wytapetowane są plakatami reklamowymi filmów klasy B, zapomnianych już zapewne przez samych autorów. Quentin Tarantino wystąpi w niej przed obiektywem kamery w roli kelnera Warrena. W pewnej chwili zwracając się w stronę gości baru, wypowiada charakterystyczne zdanie: "Uwielbiam tę filozofię. Warren mówi, my to robimy" . Może i uwielbia. Pytanie tylko, co na to widzowie?