Recenzja horroru

Goodnight, God Bless (Dobranoc, śpij z Bogiem)
Tytuł oryginalny:
Goodnight, God Bless
Reżyseria:
John E. Eyres
Scenariusz:
Ed Ancoats
Obsada:
Emma Sutton, Frank Rozelaar-Green, Jared Morgan, Jane Price, Alan Rowlands
Kraj:
Wielka Brytania
Rok produkcji:
1987
Czas trwania:
100 min.
Oto horror, który swobodnie może pretendować do miana największego usypiacza lat 80 - tych. "Goodnight, God Bless", znane również jako "Lucifer" bądź "Death Merchant" (polskie wydanie Video Rondo), autora równie tragicznego "Octopus" oraz "Judge and Jury". Zapewniam, iż w tej kwestii tandeta Johna Eyres'a posiada wszelkie niezbędne atrybuty. Od naiwnego scenariusza począwszy na nudnej, potęgującej senność muzyce skończywszy.
Policjant, Joe Yanovich, prowadzi śledztwo w sprawie masakry dokonanej na szkolnym boisku. Sprawcą tej odrażającej zbrodni jest tajemniczy psychopata w przebraniu księdza. Z jatki cudem uchodzi żywa mała dziewczynka Mandy, która jako jedyna jest w stanie zidentyfikować maniaka. Yanovich przesłuchując małą wdaje się w romans z jej matką Lisą. Tymczasem morderca łatwo się nie poddaje - Mandy jest kolejna na jego liście.
Brzmi całkiem nieźle, jednak radzę nie liczyć na zbyt wiele, chyba, że jacyś telewizyjni masochiści uwielbiają się torturować takimi filmami. Trudno nawet stwierdzić czy faktycznie jest to horror. Pomiędzy kolejnymi mordami (chyba użyłem zbyt mocnego słowa) widzimy jak Joe Yanovich zabiera swoja nową miłość wraz z jej córką do parku, na karuzelę itp. Oczywiście w rytm jakiejś standardowej ballady z lat 80 - tych, od której aż się w żołądku ścina. Następnie grupa dorosłych ludzi robi z siebie kompletnych debili nieudolnie wcielając się w role policjantów i próbując rozśmieszyć widza ogranymi tekstami. Tak więc jest tu trochę melodramatu i to wysokosłodzonego, a także odrobina kryminału. Aktorstwo stoi na podobnym poziomie co w "Hollow Gate" Ray`a Di Zazzo, a to oznacza, że należy wykluczyć jakikolwiek profesjonalizm w tej kwestii. Nie mogło również zabraknąć klasycznego motywu z telefonem, przez który morderca gnębi psychicznie swe ofiary. Nie potęguje to jednak napięcia jak w przypadku słynnego "Black Christmas", tu bardziej sprawdza się jako wypełniacz. Inną wadą tego brytyjskiego horroru jest fatalny dźwięk, raz tak głośny, że aż nienaturalny lub na odwrót, za cichy ledwo wychwytywalny dla ucha.
Naprawdę chciałbym odkryć w tym filmie coś wartościowego, jednakże poza pierwszymi pięcioma minutami kiedy to mężczyzna przebrany za księdza w rytm dziecięcej rymowanki kroczy ulicą, wchodzi na teren szkolnego boiska i zatapia nóż w jakiejś nauczycielce, można sobie to "dzieło" podarować. Zero gore, bohaterowie wkurzają swoją infantylnością, dialogi porażają głupotą, a panienki nie grzeszą urodą. Odważnym, którzy skuszą się na ten film serdecznie radzę, jeśli w pobliżu waszego telewizora wisi zegar, to lepiej go odwieście, od spoglądania na jego tarczę rozbolą was oczy.