Recenzja horroru

Girl Slaves of Morgana Le Fay
Tytuł oryginalny:
Morgane et ses nymphes
Reżyseria:
Bruno Gantillon
Scenariusz:
Jacques Chaumelle
Obsada:
Dominique Delpierre, Alfred Baillou, Mireille Saunin, Michele Perello, Velly Beguard
Kraj:
Francja
Rok produkcji:
1971
Czas trwania:
86 minut






Chateau-de-Val jest jednym z najpiękniejszych piętnastowiecznych zamków wulkanicznego rejonu Auvergne. Znajduje się na wysepce otoczonej wodami jeziora i odznacza sześcioma majestatycznymi wieżami - każda z nich została zaprojektowana w odrębny sposób. W jego sąsiedztwie mieści się przepiękna gotycka kaplica Saint Blaise. Zaprawdę idealne miejsce na dreszczowiec! Zdawał sobie z tego sprawę Bruno Gantillon przy realizacji erotycznego horroru lesbijskiego "Girl Slaves of Morgana Le Fay" odgrzebanego trzy lata temu przez niezawodne Mondo Macabro. Lwia część fabuły filmu toczy się w komnatach i wąskich korytarzach skonstruowanej w 1440 roku fortecy oraz w przyległych do niej leśnych kniejach, gdzie radośnie kwili ptactwo i poraża feeria barw.
Podróżując wiejskimi drogami Francji dwie studentki, Anna i Francoise, tracą orientację w utulonym mrokiem lesie i nocują w opuszczonej szopie. Wypoczynek na słomie sprzyja oddaniu się lesbijskim igraszkom. Nazajutrz Anna znika bez śladu. Natychmiast po przebudzeniu jej kochanka rozpoczyna poszukiwania i natrafia na tajemniczego karła. Niski mężczyzna prowadzi ją przez ostępy do zamczyska na wyspie, którym zarządza Królowa Wiedźm Morgana Le Fay w otoczeniu gromadki nieśmiertelnych lesbijek. Spirytualna wampirzyca więzi Annę w piwnicy składając jej ofertę nie do odrzucenia: dusza dziewczyny w zamian za odwieczne piękno albo powolne gnicie w lochu ze starości wraz z resztą nieszczęśników. Francoise usiłuje zbiec z wyspy, ale Morgana przyprowadza ją z powrotem obiecując nauczyć magii oraz śpiewu ptaków, wiatru, morza...
26-letni reżyser Bruno Gantillon zapragnął zadebiutować politycznym thrillerem, do którego sam napisał scenariusz, lecz mając za sobą jedynie doświadczenie w telewizji nie przekonał producentów do pierwotnego projektu. Na początku lat 70-tych we Francji triumfy święcili Jean Rollin, Jesus Franco, Alain Robbe Grillet i ich surrealistyczne, kipiące od erotyzmu produkcje ("The Rape of the Vampire", "Venus in Furs"), które przynosiły wymierne sukcesy kasowe. Swoistym wyznacznikiem "Girl Slaves of Morgana Le Fay" jest specyficzna atmosfera nieustającej mary sennej nadrabiająca niedosyt grozy. Bardzo wolne tempo akcji współgra z onirycznym nastrojem wspomaganym przez delikatny soundtrack i skutecznie usypia co bardziej niecierpliwych widzów. Postać zmysłowej czarownicy Morgany wywodzi się z legendy o Królu Arturze, niezwykle popularnej na ziemiach francuskich w późnym średniowieczu. Obdarzona wielką mocą wiedźma Morgana, przyrodnia siostra Artura, pobierała nauki magiczne od czarnoksiężnika Merlina i nienawidziła królewskiej małżonki Ginewry. W filmie brakuje jednak wyraźnych nawiązań do celtyckich podań i arturiańskich legend – dziewczęta, które znalazły się w twierdzy Morgany są obowiązane służyć przedtem oddawszy swe dusze; w zamian ich ponętne ciała trawi wieczna młodość. Fantasmagoryczny horror Gantillona ocieka erotyzmem obfitując w nagość i sceny lesbijskie, ale wszystko to pokazane jest ze smakiem i nie ociera się o pornografię. Z drugiej strony nie do końca jestem pewien jak odbierać gniazdo Morgany? Czy świat, w którym nie ma miejsca dla mężczyzn (poza zakochanym w czarownicy brzydkim karzełkiem) stanowi ekspresję fantazmatu czy koszmaru? Utopię czy dystopię?
Wydane przez Mondo Macabro DVD warte jest zakupu ze względu na mnogość dodatków. W ich skład wchodzi interesujący 10-minutowy wywiad z reżyserem wspominającym m.in. o tym, że będąca w czasie produkcji w ciąży Dominique Delpierre obawiała się karłowatego Alfreda Baillou w trosce o nienarodzone dziecko. Ponadto ciekawy esej Pete Tombsa o francuskiej kinematografii wczesnych lat 70-tych, biografie twórców, wycięte sceny (jedna z nich wyemitowana wyłącznie we włoskiej telewizji), kinowy trailer zaopatrzony w poetycki cytat Baudelaire’a i wreszcie 13-minutowa makabreska Gantillona pod tytułem "Un couple d’artistes" (1970) opowiadająca o młodej dziewczynie zabitej przez parę paryskich staruszków i zamienionej w muzealnego manekina.