Recenzja horroru

Horror Genesis

Genesis (Genesis)

Tytuł oryginalny:

Genesis

Reżyseria:

Nacho Cerda

Scenariusz:

Nacho Cerda

Obsada:

Pep Tosar, Trae Houlihan

Kraj:

Hiszpania

Rok produkcji:

1998

Czas trwania:

30 minut

Horror Genesis - zdjęcie 1Horror Genesis - zdjęcie 2Horror Genesis - zdjęcie 3Horror Genesis - zdjęcie 4Horror Genesis - zdjęcie 5Horror Genesis - zdjęcie 6

Nacho Cerda jest znany polskim maniakom grozy głównie z "Aftermath", szokującego i zbyt często płytko odbieranego filmu o szalonym pracowniku kostnicy. Jego inne dzieła z wczesnego okresu były nieznane w lokalnym światku fanów horroru. Dlatego też utalentowany hiszpański reżyser był bardzo długo kojarzony jako specjalista od flaków i szokujących scen. A przecież "Fangoria" w 2001 roku zaliczyła Cerdę do twórców, którzy są nadzieją filmowego horroru. Włączenie Hiszpana do tego elitarnego grona na pewno nie miało za podstawę tylko krwawych ekscesów z "Aftermath". Niezwykły talent reżysera pokazuje jego kolejne dzieło - "Genesis". Na ubiegłorocznej Horror Fieście mieliśmy przyjemność obcować z ze wszystkimi filmami składającymi się na "trylogię śmierci" i nie było chyba nikogo na kinowej sali, kto nie uznałby "Genesis" za dzieło najdojrzalsze, najbardziej urzekające i dopracowane w całym tryptyku.

Ten krótki metraż przedstawia historię rzeźbiarza, który stracił w samochodowym wypadku ukochaną żonę. Pogrążony w rozpaczy, nie mogąc przeboleć straty, postanawia w hołdzie zmarłej wyrzeźbić jej postać. W miarę postępów w pracy z rzeźbą zaczyna dziać się coś niewytłumaczalnego - ukształtowana zręcznymi rękoma bohatera kobieta zaczyna krwawić. Potem zaczynają się pojawiać fragmenty żywego ciała, a rzeźbiarz powoli przeistacza się w glinianą figurę, oddając życie swojemu dziełu.

Ci, którzy znali jedynie "Aftermath" i wcześniej nie słyszeli o innych dokonaniach Hiszpana mogli być nielicho zdziwieni tym poetyckim filmem. Krwi tu prawie nie ma, żadnych ekscesów nie uświadczymy, co więcej oglądamy tak naprawdę historię miłosną. Tak jak poprzednie części tryptyku, również "Genesis" stanowi swoistą medytację nad fenomenem śmierci, momentem oddzielenia duszy od ciała, jak sam to Cerda określa. W "Awakening" podejście było nieco naiwne, wedle słów twórcy; "Aftermath" to agresywne gore, obliczone na jak największy szok; finalna część trylogii to światełko w tunelu.

Widać, że Cerda jest bardzo zdolnym twórcą, który pracował nad własnym stylem ciężko i uczciwie. Film nakręcony jest z wielkim pietyzmem i dbałością o szczegóły. Przepięknie zakomponowane kadry uzupełnione muzyką klasyczną urzekają poetyckością i jednocześnie smutkiem. Świetnie sprawdził się Pep Tosar w roli pogrążonego w rozpaczy męża. W tym obrazie możemy podziwiać jego aktorski talent, którego nie miał wielkiej okazji zaprezentować w "Aftermath", jako że tam jego postać skrywał prosektoryjny kombinezon, a twarz ukryta była za maską. Tu widzimy go w całej gamie emocji - od nieutulonego żalu, przez zadziwienie, po ostateczne pogodzenie się z losem.

Historia przedstawiona w "Genesis" to oczywista wariacja na temat mitu Pigmaliona i Galatei, jak również rozważania o sztuce. Podobnie jak w greckiej opowieści, twórca zakochany jest w swoim dziele. Tyle tylko, że tym razem nie ma dobrej bogini, która wzruszona miłością mężczyzny ożywi posąg. Nie, u Cerdy to twórca musi ofiarować swoje życie ukochanej, by ona mogła żyć raz jeszcze. Sztuka staje się więc sposobem na przeciwstawienie się nieuchronności śmierci. Dzięki niej możliwe jest wyrwanie ukochanej osoby z rąk Tanatosa. Nie ma jednak nic za darmo. Artysta musi złożyć własne życie na ołtarzu sztuki i miłości. To splecenie dwóch niezmiernie ważnych w życiu człowieka rzeczy pozwala uratować to co drogie sercu, lecz za cenę najwyższej ofiary. Choć można również dość zasadnie zakładać, że Cerda bardziej operuje plastyką obrazu, a nie wymową filmu. Mężczyzna w pewnym momencie próbuje podciąć sobie żyły, jednak jego ręka zamieniła się już w materię nieożywioną, twardą rzeźbiarską glinę. Gdyby istotnie był pogodzony z losem, nie starałby się przerwać procesu, który przywraca do życia zmarłych. Być może warto postawić hipotezę, że śmierć artysty jest dopiero całkowitym wyzwoleniem jego dzieła. Jakkolwiek by nie było - czy film opowiada spójną historię czy nie, jest to dzieło wyjątkowe. "Genesis" to obraz, którym należy się delektować, podziwiać piękno kadrów, bo to one grają tu główną rolę. Opowiedziana historia jest w dużej mierze wtórna.

Ten liryczny, poetycki i piękny film stanowi godne zwieńczenie filmowych przemyśleń hiszpańskiego reżysera o ludzkiej śmiertelności. "Genesis" urzeka wizualnym pięknem, a Cerda wręcz maluje kolejne kadry. Wszystko w tym obrazie współgra ze sobą - zdjęcia uzupełniane muzyką, Pep Tosar grający zrozpaczonego męża, piękno wyrzeźbionej postaci - składają się na perfekcyjną całość, której nie można nic zarzucić. Wzruszająca opowieść o niemożności pogodzenia się ze stratą i pocieszeniu urzeknie każdego, kto postanowi spędzić pół godziny przez ekranem. Nic dziwnego, że "Fangoria" uznała Hiszpana za nadzieję horroru. Szkoda tylko, że o ostatnich projektach reżysera nic nie słychać, a współpracował przecież z Karimem Hussainem nad kilkoma filmami, które miały stworzyć nowy cykl. W oczekiwaniu na nowe dzieła spod ręki tego utalentowanego twórcy, dzięki firmie Unearthed Films każdy może zapoznać się z pełną "trylogią śmierci", gdyż została ona wydana na DVD w wersji kolekcjonerskiej.

Ocena: 6/6

Autor: Grzegorz